Czy David Cameron pozwie ośrodki badania opinii publicznej za zafundowanie mu choroby wrzodowej? W Wielkiej Brytanii działa co najmniej 11 takich firm i wszystkie twierdziły, że Partia Konserwatywna przegra.
Reklama
Timothy Clapham, psycholog ekonomii, Uniwersytet Warszawski / Dziennik Gazeta Prawna
Jednak kiedy Big Ben wybił w czwartek 7 maja godz. 22, BBC pokazało własne exit polls. Przydarzyło się wam kiedyś coś takiego? Cieszycie się słońcem, a tu nagle nadchodzi oberwanie chmury, jesteście przemoczeni i nieszczęśliwi. Albo wzywa was szef, idziecie, spodziewając się zwolnienia, a kilka sekund później dostajecie awans i podwyżkę. Jeśli tak, to jesteście w stanie sobie wyobrazić, co przeżyli w tamtej chwili przywódcy dwóch głównych partii. Exit polls, wbrew sondażom, wskazywały, że konserwatyści mają dostać 316 mandatów (mieli 302), laburzyści 239 (256), a liberalni demokraci, partner torysów w koalicji, tylko 10 miejsc (56). Poza tym Partia Pracy miała stracić wszystkie miejsca w Szkocji na rzecz narodowców.
Jadalny kapelusz i kilt
Zapanowała ogólna konsternacja oraz niedowierzanie. Lord Ashdown, polityk Partii Liberalnych Demokratów, powiedział, że zje kapelusz, jeśli potwierdzą się wyniki BBC. A jeden z twórców sukcesu Tony’ego Blaira na przełomie tysiącleci, Alistair Campbell, obiecał pochłonięcie swojej szkockiej spódnicy, jeśli exit polls okażą się prawdą. Nawet konserwatyści byli zbyt zdenerwowani, by się cieszyć. Cóż, dziś pozostaje mieć nadzieję, że Lord Ashdown ma smaczny kapelusz, a Campbell jadalny kilt. Bo dane BBC były bardzo dokładne.
Dlaczego ośrodki badania opinii publicznej tak bardzo się pomyliły? Nikt tego nie wie. Firmy te powołały już specjalną komisję, która ma wyjaśnić przyczyny „przestrzelenia”. Niektórzy eksperci twierdzą, że wynik sondaży mieścił się w granicach błędu dopuszczalnego dla badań opinii w ogóle. Ujawniono przy okazji, że wyniki sondażu jednego z ośrodków były bliskie prawdy, ale zostały uznane za aberrację i nie odważono się ich upublicznić. Przez najbliższe kilka miesięcy na pewno zostanie przeprowadzonych mnóstwo analiz. Wiadomo za to, że BBC zwykle prosi 22 tys. osób wychodzących ze 140 lokali wyborczych o wypełnienie duplikatu karty do głosowania. W odróżnieniu od komercyjnych badań opinii publicznej exit polls organizowane są przez grupę naukowców.
Dlaczego wyborcy poparli torysów? Moim zdaniem decydującym czynnikiem była gospodarka. Można nie lubić konserwatystów, ale wzrost gospodarczy i zatrudnienie za ich rządów były na przyzwoitym poziomie. Teoria perspektywy opracowana przez laureata ekonomicznego Nobla, psychologa Daniela Kahnemana, daje nam tu ważną wskazówkę. Według niej ludzie przywiązują o wiele większą wagę do strat niż do zysków. Możemy więc założyć, że w czasach względnej stabilności gospodarczej niegłosowanie na rządzącą partię kojarzy się z potencjalną stratą. Skoro więc konserwatystom dobrze szło, po co głosować na laburzystów. Przecież ich program niezbyt różnił się od manifestu torysów.
Ale choć lubię w Wielkiej Brytanii sporo rzeczy – ciepłe piwo, królową, BBC, lewostronny ruch jazdy, to kiedy mrużyłem oczy w warszawskim słońcu po nieprzespanej wyborczej nocy, dręczyła mnie jedna myśl. Czy brytyjski system wyborczy nie jest z gruntu systemem niedemokratycznym, stworzonym na potrzeby czasów, które dawno minęły?
By zrozumieć, co znaczy słowo „demokratyczny”, musimy zwrócić się do myślicieli Oświecenia. I wtedy uświadomimy sobie, że demokracja to coś więcej niż tylko głosowanie i system przedstawicielski. To również rządy prawa oraz niezawisłe sądy. I że podstawowym elementem demokracji jest prawo wszystkich obywateli do tego, by ich opinie były brane pod uwagę – czy to bezpośrednio, czy przez wybieranych przedstawicieli. Zatem rozsądnie byłoby założyć, że wybrani do parlamentu będą w sprawiedliwy sposób reprezentować różne poglądy istniejące w społeczeństwie.
Proponuję przyjrzeć się w tym kontekście rezultatom wyborów w Wielkiej Brytanii. Izba Gmin składa się z 650 deputowanych. Na początek podzieliłem liczbę głosów uzyskanych przez partie przez liczbę uzyskanych przez nie miejsc w parlamencie. Do otrzymania jednego miejsca w parlamencie Szkocka Partia Narodowa potrzebowała 25 972 głosów; Partia Konserwatywna – 34 243; Partia Pracy – 40 290; Partia Liberalnych Demokratów –301 983; Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa aż 3 881 129 głosów (prawie 4 mln!).
Te liczby świadczą o rażącej niesprawiedliwości. System wyborczy sprawia, że obie ostatnie partie (oraz Zieloni) są niedoreprezentowane w parlamencie w stopniu, który trudno nazwać rozsądnym i który, ośmielę się powiedzieć, w demokracji nie powinien być uważany za akceptowalny.
Brytyjski system większości względnej ma jednak swoje zalety, dlatego warto wytłumaczyć, jak działa. Kraj podzielony jest na okręgi jednomandatowe, które różnią się typem, rozmiarem i liczbą wyborców. Największym jest Wight, wyspa leżąca u południowego wybrzeża i licząca ok. 111 tys. wyborców, najmniejszym są Hebrydy Zewnętrzne z zaledwie 22 tys. wyborców. Partia, która zdobywa w okręgu najwięcej głosów – wygrywa, niezależnie od udziału procentowego w ogólnym wyniku. Weźmy okręg Derby Północne, miasto znane wielu polskim czytelnikom, bo są tam produkowane silniki Rolls-Royce'a. Zwyciężczyni (w tym przypadku atrakcyjna polityk Partii Konserwatywnej) otrzymała 16 402 głosy, co wynosi 36,7 proc., a jej przeciwnik z Partii Pracy – 36,6 proc. Trzech innych kandydatów zdobyło w sumie 26,8 proc. oddanych głosów. Innymi słowy, zwycięzca nie zdobył absolutnej większości głosów, ale wygrał. Ta sytuacja powtarza się w innych okręgach i w rezultacie mamy te dość niesprawiedliwe rezultaty, które przytoczyłem wyżej.
Na czym polegają zalety brytyjskiego systemu? Parlamentarzysta reprezentuje konkretny okręg i jest z nim związany. Kiedy ogląda się wieczór wyborczy w BBC, zwraca uwagę to, jak każdy z kandydatów, zarówno wygrywających, jak i przegrywających, dziękuje wyborcom. Pomiędzy posłem a mieszkańcami jego okręgu z czasem powstaje więź. Właśnie to podoba się Polakom, którzy chcą wprowadzenia okręgów jednomandatowych. Drugą zaletą jest eliminacja z Izby Gmin ekstremistów. Bo zbudowanie partii, która może dostać się do parlamentu, zajmuje wiele lat – najpierw trzeba zasiadać w lokalnych organach władzy, mieć historię osiągnięć i stopniowo zbliżać się do zajęcia miejsc w westminsterskim pałacu. Trzeba być poważnym, by przeżyć. Fala wzlotów i upadków partii, którą można było zaobserwować na początku polskiej transformacji, a nawet podczas ostatnich wyborów, w Wielkiej Brytanii byłaby niemożliwa. Partia Palikota pozostałaby bardzo głośną mniejszością, podobnie do brytyjskiej Oficjalnej Potwornej Partii Skończonych Świrów, która ubarwia wybory, ale nie ma szans dostania się do parlamentu.
Miażdżenie małych
Jednak ci Polacy, którzy myślą, że przeszczepienie brytyjskiego modelu do ich kraju złamie dominację dwóch największych partii, mylą się. Ten system sprzyja konsolidacji władzy i miażdży mniejszych graczy. To, co system reprezentacji względnej może zaoferować, to stworzenie skuteczniejszej relacji między wyborcami i ich przedstawicielem w parlamencie. Ten system również sprawdza trwałość partii i jej zaangażowanie w proces polityczny. Wybory w Wielkiej Brytanii nie pozostawiają za wiele miejsca dla ego.
Problem polega na tym, że mimo swojej oczywistej niesprawiedliwości system dowiódł skuteczności. Żadna rasistowska lub nacjonalistyczna partia nigdy nie doszła do władzy, system w ogóle ma tendencję do promowania centryzmu, choć samo pojęcie politycznego centrum z czasem się zmieniało.

Ci Polacy, którzy myślą, że przeszczepienie brytyjskiego systemu wyborczego do ich kraju złamie dominację dwóch największych partii, mylą się. Ten system sprzyja konsolidacji władzy i miażdży mniejszych graczy. Spójrzcie, jakie są wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii

Niestety dwie największe partie nie bardzo chcą mieszać w istniejącym prawie wyborczym, bo są przez nie faworyzowane, ale zmiany są potrzebne. Pojawienie się nowych poważnych partii, takich jak Zieloni, Szkocka Partia Narodowa, Walijska Partia Narodowa i Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, zmienia polityczny krajobraz Wielkiej Brytanii. Staje się oczywiste, że brytyjski elektorat chce większego wyboru.
Przedstawicielstwo proporcjonalne w tej czy innej formie jest ważne z punktu widzenia demokracji. Idealnie byłoby połączyć to, co najlepsze w systemie brytyjskim, czyli związek parlamentarzysty ze swoim okręgiem, wprowadzając jednocześnie drugi system do zagwarantowania sprawiedliwej reprezentacji partiom, które nie mogą przebić się przez okręgi jednomandatowe, na podstawie procentu głosów uzyskanych w skali kraju.
Wątpię w to, że system wyborczy w Wielkiej Brytanii zostanie zmieniony. Jest specyficzny, niesprawiedliwy w stosunku do milionów wyborców, którzy nigdy nie będą reprezentowani przez partię, na którą głosują, tworzy rządy, którym jest przeciwna większość obywateli, i niszczy mniejsze partie. Ale Szkoci zyskali, mają w końcu deputowanych, których chcieli wybrać. I Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa też się uda, jeśli nie jest chwilowym kaprysem. Tylko nie oczekujcie, że to stanie się szybko.