Narkomanów wcale nie jest mniej. Po prostu wtopili się w społeczeństwo, poprawili swój wizerunek. Dziś wzięcie kokainy jest modne. I akceptowane
Reklama
Beata Hoffmann
socjolog, doktor nauk humanistycznych, pracownik Uniwersytetu Warszawskiego, badacz zjawisk społecznych i kulturowych, autorka ponad 80 publikacji polskich i zagranicznych, w tym książki „Narkotyki w kulturze młodzieżowej”, która ukazała się w 2014 r.
Na rynku mamy mnóstwo narkotyków, do wyboru, do koloru. Za to jakby coraz mniej narkomanów. Dziś ćpunów na ulicach nie widać.
O nie, nie tylko zwiększyła się ilość i podaż narkotyków, ale jeszcze rozszerzyła się ich paleta w stosunku do lat dawnych. I w żaden sposób nie potwierdzam obserwacji, że zmniejszyła się liczba narkomanów. Jest ich więcej. Stali się tylko mniej widoczni, wtopili się w społeczeństwo, poprawili wizerunek. Dzisiejszy narkoman w niczym nie przypomina tzw. ćpuna sprzed dwóch dekad, który chwiejąc się na nogach, stał w kącie dworca. Zmieniły się nie tylko narkotyki, ale też model ich przyjmowania i ludzie, którzy są ich użytkownikami.
Oraz postrzeganie narkotyków. Dziś nie do końca wiadomo, co nimi jest, a co nie. Jedni widzą narkotyki we wszystkim – także w alkoholu oraz napojach energetycznych. Dla drugiej grupy nie ma czegoś takiego jak dragi – są używki.
Na to, co jest, a co nie jest narkotykiem, decydujący wpływ wydaje się mieć obowiązująca definicja prawna. Bo prawda jest taka, że wiele substancji działających na ośrodkowy układ nerwowy spotykało się z aprobatą bądź dezaprobatą w zależności od okresu historycznego, uwarunkowań kulturowych czy religijnych, sytuacji ekonomicznej. Ta sama substancja w zależności od czasów była dozwolona bądź zakazywana.
Że weźmiemy pod uwagę najbardziej popularny na świecie narkotyk – czyli alkohol.
Nie tylko on, lecz także substancje, które w większym stopniu uznajemy za środki odurzające. Choćby amfetaminę. Całkiem niedawno, bo jeszcze w latach 60. XX w., była w USA przepisywana na recepty. W dużych ilościach brali ją wojskowi i kierowcy. Albo dwa najstarsze znane środki odurzające: morfina i kokaina – podobnie. Trzeba zaznaczyć, że narkotyki towarzyszyły ludzkości od wieków, były używane głównie w celach religijnych i medycznych, co chętnie podnoszą zwolennicy liberalizacji prawa. Jednak umówmy się, jest różnica w żuciu liści koki przez południowoamerykańskich Indian, którzy świętą dla nich roślinę traktowali jako łagodny środek pobudzający, niwelujący przy okazji poczucie głodu, a współczesnym konsumentem kokainy.
I pomyśleć, że narkotyki w dziś znanej nam postaci zawdzięczamy nauce i postępowi technicznemu.
Morfinę zsyntetyzowano w 1805 r., heroinę w 1874 r., kokaina to 1859 r. Ale zanim substancje te trafiły na ulicę, trochę to potrwało. Najpierw były używane w medycynie, początkowo morfina, potem heroina, na którą patrzono nieufnie – ma działanie wprawdzie silniejsze niż jej siostra, ale krótkotrwałe. Jednak wkrótce pojawili się ich amatorzy – środowisko lekarskie, potem świat bohemy artystycznej, zawsze chętniejszej do eksperymentowania niż zwyczajni ludzie.
Kokaina była początkowo traktowana jako dodatek do żywności, choćby do coca-coli.
I do słynnego wina Mariani. Zaczęto jej używać w 1884 r., a rok później pojawiła się w reklamach. Potrafi wyzwolić z innych nałogów, z milczka zrobi mówcę – brzmiał ich przekaz. I faktycznie, starano się za jej pomocą leczyć coraz częściej pojawiające się, zwłaszcza wśród ludzi sztuki, uzależnienie od morfiny. Doceniono także jej właściwości stymulujące. Miała zresztą wielu zwolenników, wychwalał ją choćby Zygmunt Freud. Była łatwo dostępna, nawet bez recepty. Ale oczywiście były i inne narkotyki, jak choćby znane od dawna opium, była uzyskiwana z kaktusa meskalina. Były wreszcie różne wziewne środki, gdyż XIX w. to początek rozwoju anestezji. Znano już amfetaminę, konkretnie jej pochodną fenylopropanolaminę – uzyskano ją w USA w 1887 r. Przy czym aż do lat 20. XX w. nie testowano jej na ludziach, po raz pierwszy szerzej została użyta podczas wojny domowej w Hiszpanii, później stała się nieodłącznym składnikiem wyposażenia żołnierzy: pozwalała im nie odczuwać zmęczenia i senności. Nie wspomnę o grzybach halucynogennych, te ludzkość znała od zawsze, ale w rozwijających się cywilizacjach zachodnich nie były popularne. Choćby dlatego, że jej przedstawiciele nie byli dopuszczani do obrzędów religijnych, w jakich odgrywały wielką rolę, przez ludy je praktykujące. Tutaj dobrym przykładem mogą być Indianie północnoamerykańscy, którzy z oczywistych przyczyn nie chcieli się dzielić swoimi misteriami z najeźdźcami.
Wychodzi na to, że dawniej paleta produktów na rynku narkotykowym była niemal równie szeroka jak obecnie. Jednak narkomania nie była wówczas problemem społecznym. A może tylko nie była rozpoznana jako problem. Kto wówczas używał środków odurzających?
To nie był problem w dzisiejszym rozumieniu, choć przekrój społeczny osób sięgających po nie był bardzo szeroki. Oprócz lekarzy i wojskowych, oprócz artystów byli to także zwyczajni ludzie z różnych warstw. Od gospodyń domowych poczynając, na imigrantach w USA czy Australii kończąc. Wszyscy oni, choć z różnych powodów, chcieli polepszyć sobie nastrój, poczuć się lepiej. Część z nich się oczywiście uzależniała, ale generalnie rzecz biorąc, środki te były przyjmowane w sposób nieco bardziej umiarkowany niż dziś. Inna sprawa, że nie istniał wówczas rynek przestępczy, bo substancje te zazwyczaj nie były zakazane prawem. Dopiero kiedy weszły w życie regulacje penalizujące ich udostępnianie, kiedy okazało się, że z ich sprzedaży, jako owocu zakazanego, można czerpać wielkie zyski, sytuacja zaczęła się drastycznie zmieniać.
W 1914 r. w USA weszło w życie pierwsze na świecie prawo zabraniające sprzedaży niektórych substancji. Dlaczego je wprowadzono?
No cóż, ludzie zaczęli się coraz więcej dowiadywać o negatywnych skutkach stosowania tych środków, pojawiła się społeczna dezaprobata z tym związana. Rozwijała się prasa, która nagłaśniała przypadki uzależnień i zgonów. To było trochę tak, jak z dopalaczami w Polsce. Najpierw legalne, potem zrobiło się wokół nich głośno, trzeba było zareagować.
Jednak, jak pisze pani w książce, prawdziwy boom narkotykowy pojawił się dużo później. Kiedy ze społeczeństwa wyodrębniła się nieistniejąca wcześniej w nim grupa – młodzież. To były lata 50. XX w.
Bo wcześniej społeczeństwo dzieliło się na dzieci i dorosłych. Młodzież jako odrębna grupa, mająca własne cele, kulturę, muzykę, będąca w opozycji do „starych”, nie istniała, no chyba że w aspekcie demograficznym. Jeśli nie było się już dzieckiem, po prostu czekało się na pełnoprawne wejście do świata dorosłych. To się zaczęło zmieniać z wielu powodów. Dorastało pokolenie, które nagle zaczęło słuchać muzyki, której ich rodzice nie rozumieli, mieć wspólne zainteresowania, chcieć spędzać czas w swoim gronie, wreszcie tworzyć własną ideologię, właściwy tylko młodym system wartości. Gdybym miała szukać jakichś punktów zwrotnych, byłoby to objawienie się filmowych bohaterów jak Marlon Brando i James Dean, a także powstanie pierwszego w historii filmu o młodzieży dla młodzieży, „Szkolnej dżungli” („Blackboard jungle”) z 1955 r., z rockandrollową ścieżką dźwiękową. Zaczęły powstawać pierwsze młodzieżowe subkultury, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i Wielkiej Brytanii. To one kształtowały nowy wizerunek opozycyjnej do świata dorosłych młodzieży.
Bez tych subkultur nie byłoby mody na zażywanie narkotyków. Która była tą pierwszą? Modsi? Te dzieciaki pochodzące ze środowisk robotniczych nie miały żadnej ideologii. Chciały się po prostu dobrze bawić. A narkotyki miały im pomóc kondycyjnie.
Specyfiką brytyjskich subkultur jest ich robotnicze pochodzenie. Modsi nie mieli żadnej ideologii oprócz tej, że chcieli choć symbolicznie uciec ze swojej klasy społecznej, którą pogardzali. Chcieli być lepsi, ładniejsi. Stąd ich perfekcyjne stroje, wyszukane fryzury, skutery Vespa lub Lambretta, na których tak chętnie się pokazywali, poszukiwanie muzyki – najpierw sięgnęli do amerykańskiego jazzu i rock and rolla, potem przerzucili się na rodzimą grupę The Who, stając się jej fanami. To, co ich wyróżniało z późniejszych subkultur zażywających narkotyki, to fakt, że traktowali je jako używki weekendowe. Oni jeszcze się nie całkiem zbuntowali wobec dorosłych, nie byli w stosunku do nich w całkowitej opozycji. Na co dzień tkwili wciąż w tym dorosłym świecie, chodzili do pracy, a w wolnym czasie spotykali się, by imprezować. I narkotyki pozwalały im w sposób maksymalnie intensywny to robić. Dlatego najbardziej popularne w ich gronie były psychostymulanty – amfetamina, ale zażywali także mieszanki różnych środków, czasem znoszących swoje działanie i przez to bardzo niebezpiecznych, choćby drinamyl, zwany także purpurowym sercem (Purple Hearts) – koktajl amfetaminy i barbituranów. Narkotykami zastępowali alkohol, przede wszystkim piwo, które chętnie pili rodzice.
Wcześniej niż modsi byli jeszcze bitnicy, ale mam problem z nazwaniem ich subkulturą młodzieżową.
Bo to był raczej nurt literacko-kulturowy, propagujący idee anarchistycznego indywidualizmu, wywodzący się z USA. To Jack Kerouac, Allen Ginsberg, Aldous Huxley i wielu innych wybitnych twórców, których nazwiska do dziś są znane. Oni jako pierwsi przesunęli granice: słuchali czarnego jazzu, co już samo w sobie było rewoltą, nadużywali alkoholu, mieli swobodny stosunek do seksu, eksperymentowali we wszelkich dziedzinach wcześniej obłożonych społecznym tabu. W dodatku przełożyli to na swoje dzieła, które stały się częścią popkultury. Z tym że środki, których najchętniej używali, to były psychodeliki: LSD, meskalina, marihuana. I więcej było w tym zabawy, eksperymentu niż ideologii.
Ideologia – także jeśli chodzi o używanie środków odurzających – pojawiła się później, w ruchu hipisowskim. Ale zatrzymajmy się na moment jeszcze na Wyspach, bo tam w opozycji do modsów byli rockersi.
Ale oni w tzw. kulturze narkotykowej nie odegrali istotnego znaczenia, podobnie jak wywodzący się z ruchu mods, a w zasadzie hard mods – skinheadzi, niejako programowo odrzucający narkotyki. Z kolei styl życia bitników i ich pojmowania świata znalazł pewne odbicie w powstałych w Stanach Zjednoczonych ruchach kontestacyjnych, które ukonstytuowały się w najsłynniejszy ruch kontrkulturowy – hipisów – wiernych czcicieli psychoaktywnego LSD. Na początku, w 1963 r., był marsz na Waszyngton, kiedy tłumy Amerykanów protestowały przeciwko minimalnej płacy oraz segregacji rasowej, potem doszły protesty przeciwko polityce zagranicznej USA, wojnie w Wietnamie. Branie niektórych narkotyków przestało być przyjemnościowe czy lecznicze, stało się politycznie zaangażowane. Bo w ruchu hippie, jego ideologii – bo taka powstała – w przyjmowaniu środków psychoaktywnych chodziło o coś więcej niż relaks. To miał być sposób na poszerzenie jaźni, na oderwanie się od przyziemności. Dlatego hipisi nie przyjmowali pobudzających psychostymulantów ani otępiających opiatów. Chcąc rozszerzać świadomość, koncentrowali się przede wszystkim na LSD i dodatkowo – marihuanie. Jednak w wielu subkulturach – tych i późniejszych – narkotyki stały się elementem nowego stylu życia, stanowiąc jednocześnie dodatek tożsamościowy. Natomiast ruch hipisowski pokazał, że młodzi ludzie stają w całkowitej opozycji już nie tylko do rodziców, ale wojska, lecznictwa, szkolnictwa, żeby powiedzieć wprost – w opozycji do państwa. Zresztą pod jego wpływem faktycznie zmieniała się także dorosła rzeczywistość: doszło do przełomu m.in. w psychiatrii, psychologii. Niemniej, jak jasno błysnął ten ruch, tak szybko zgasł, bo był zbyt utopijny. Za jego schyłek uważa się 1971 r.
Ale hipisi nie wyginęli. Ich wpływ na kulturę, na większą tolerancję, żeby nie powiedzieć apoteozę niektórych środków psychoaktywnych w pewnych środowiskach, jest wciąż widoczny i duży.
To był ruch absolutnie nierealny, utopijny, ale na swój sposób piękny. Pokazał, że można żyć w opozycji do amerykańskiego snu i społeczeństwa konsumpcji. Choć przez chwilę. Ale część hipisów dorosła, inni przedawkowali, jeszcze inni zupełnie się zagubili. Pod koniec lat 60. poumierali hipisowscy idole, więc i ruch umarł. Pewną kontynuacją ruchu hipisowskiego stali się uczestnicy kultury alternatywnej – ruch posthipisowski nie negował wszystkich instytucji, tylko je zmieniał. I to, że dziś mamy alternatywne rolnictwo czy szkoły społeczne, po części im zawdzięczamy.
Przyroda nienawidzi próżni i kiedy ruch hipisowski się wypalił, na jego miejsce wskoczyły punki. Oni narodzili się w Wielkiej Brytanii.
Niezupełnie wskoczyły. Był rok 1976. Tym razem młodzież ze środowisk robotniczych zbuntowała się przeciw kapitalizmowi i ogólnie mówiąc, sytuacji ekonomicznej w Wielkiej Brytanii, doprowadzającej do ubożenia i braku perspektyw. Negowanie instytucji zagrażających osobistej wolności – wojska, policji, Kościoła – wpisało się w punkowską ideologię. Oni tańczyli pogo, słuchali swojej muzyki, krzyczeli „No Future”. I jako że uważali się za śmieci, zażywali śmieciowe narkotyki. Głównie substancje wziewne, a konkretnie – wąchali klej. A kiedy w pewnym momencie doszło do zbliżenia punkowców z rastafarianami, ci pierwsi zaczęli sięgać po marihuanę.
Mam wrażenie, że w Polsce w tym czasie królowali jeszcze hipisi, punk się zadomowił dobrą dekadę później.
Nasz kraj, podobnie jak inne państwa krajów demokracji ludowej, był odcięty żelazną kurtyną od Zachodu i wszelkie nowinki kulturowe czy kontrkulturowe, a także narkotykowe przychodziły do nas później. Jednak to właśnie w Polsce w 1976 r. dwaj studenci chemii z Gdańska wymyślili polską heroinę, czyli kompot. Było duże zapotrzebowanie na rynku na coś, czym można się było odurzać. Nasza młodzież, tak ja ta zachodnia, chciała ucieczki, odlotu, wspólnych przeżyć. Słyszeli o hipisach, a nie mieli LSD, więc odurzali się lekarstwami, środkami psychotropowymi. Marihuana była rzadkością, dostępną raczej w artystycznych kręgach, a kompot można było łatwo zrobić własnym sumptem z makowej słomy, nie trzeba było być chemikiem. Sięgający po kompot zaczęli tworzyć własne środowisko, grupy, sytuując się w coraz większym stopniu na marginesie społecznym, tworząc typową narkomańską subkulturę, odseparowaną od reszty społeczeństwa.
Brudni, na uginających się nogach, myśleli tylko o tym, jak zdobyć kasę na działkę. Okupowali dworce kolejowe, w każdym większym mieście mieli swój „bajzel”, miejsce, gdzie się spotykali. Budzili odrazę i lęk.
Miałam staż w oddziale detoksykacyjnym w 1987 r. i dwie trzecie pacjentów to byli ekshipisi. Kompot był śmiertelnie niebezpiecznym środkiem, znam tylko kilka osób, którym się udało wyjść z nałogu. Komunistyczne władze nie lubiły się przyznawać do problemów społecznych, narkomania to nie było coś, czym się chwalono w gazetach, ale w 1985 r. zmieniono prawo: uprawy maku znalazły się pod kontrolą, chłopi musieli się rozliczać ze słomy makowej, narkomanom i tym, którzy koniecznie chcieli się czymś odurzać, było coraz trudniej. Jako że milicja zaczynała łapać producentów kompotu i robiła naloty na narkomańskie meliny, zaczęli pojawiać się dilerzy, osoby potrafiące zaopatrzyć w towar tych lękliwych. Wraz z upowszechnianiem się muzyki reggae coraz popularniejsza staje się też marihuana.
Ale nadchodzi 1989 r., a wraz z nim wielka transformacja polityczna i gospodarcza. Oraz narkotykowa.
Otwierają się granice, jest dopływ informacji i substancji psychoaktywnych. Wraz z muzyką i kulturą hiphopową wchodzi crack: palą go amerykańscy raperzy. Z tym że jeśli oni palą kokainę, to u nas jej miejsce częściej zajmuje brown sugar. Taka tańsza, zanieczyszczona heroina. Z tym że – co interesujące – nie palą jej nasi raperzy czy raczej hiphopowcy. W ich tekstach nie znajdzie się, a przeanalizowałam ich sporo, pochwały twardych narkotyków. Używką naszych hiphopowców staje się marihuana. A browna bierze ulica. Tak jak ulica bierze amfetaminę czy mefedron.
Początki naszego hip-hopu wiążą się z kulturą dresiarską, wchodzi w to młodzież z blokowisk, dzieciaki zubożałych, nieoczekiwanie bezrobotnych rodziców. Odrzucane przez tę zamożniejącą i zadowoloną resztę, która z pogardą patrzy na blokersów i ćpunów. Dopiero techno zmienia podejście do środków psychoaktywnych.
Ach, muzyka techno i imprezy rave. To nie subkultura, to element popkultury, a w zasadzie kultury. Dzięki techno odżywa moda na substancje psychostymulujące, które pozwalają przetańczyć całą noc. Ale co najważniejsze: zmienia się sposób postrzegania narkotyków. Kiedyś w Polsce był bardzo wyraźny podział: na narkomanów i nienarkomanów, czyli biorących i niebiorących. W niektórych środowiskach wyjątek robiono jedynie dla marihuany. Jeśli ktoś sięgał po twarde narkotyki, był spychany na margines. Teraz – kiedy łykanie pigułek stało się dość powszechne – zaczęła się zacierać różnica pomiędzy biorącymi a niezażywającymi. Do zażywania narkotyków przyznają się zarówno niektórzy politycy, jak i gwiazdy show-biznesu, biznesmeni czy tzw. korpoludy, żeby móc jeszcze wydajniej tyrać. Pojawia się zjawisko „polydrug use”: przyjmowania kombinowanego. Rano psychostymulanty, żeby się rozruszać, wieczorem marihuana, by się odprężyć i zasnąć.
Nie ma już narkomanów, są konsumenci. Wprawdzie zdelegalizowano dopalacze, wprawdzie policja ściga młodzież palącą trawkę, ale jest sto sposobów, żeby obejść pewne rzeczy, zwłaszcza jak się jest znanym i bogatym. Przecież nie zrobi się sprawy sądowej psu za to, że ktoś wysłał do niego paczkę z narkotykiem.
Narkotyki zostały oswojone, zdjęte z nich zostało odium. Osoba przyjmująca substancje odurzające już nie kojarzy się z leżącym w kałuży moczu ćpunem, bo takich dziś się już nie spotyka. Mało tego, narkotyki zostały wprowadzone do dyskursu publicznego: różni mądrzy ludzie deliberują, które z nich są miękkie, a które twarde, czy marihuana jest zdrowsza niż papierosy, czy nie powinno się jej zdepenalizować. Jak wynika z moich badań, osoby palące marihuanę czy nawet przyjmujące ecstasy często w ogóle nie mają poczucia, by przyjmowały narkotyki. Jedyną substancją traktowaną dziś z niechęcią – podobnie jak jej użytkownicy – jest heroina. Może dlatego, że jeszcze jest świeża pamięć o kompotowych ćpunach. Ale inne już nie. Mało tego – brak jest świadomości o negatywnych skutkach przyjmowania takich substancji. Nawet w popkulturze, np. w filmach, narkotyki przedstawiane są jako rozrywkowe i fajne, w przeciwieństwie do alkoholu. Jedynym zagrożeniem, jakie moi respondenci widzieli w związku z przyjmowaniem narkotyków, było to prawne: że zostaną przyłapani przez policję i będą mieli kłopoty.
Przydałby się Marek Kotański, który jeszcze w 1978 r. założył Monar, by wyciągać ludzi z narkotykowego uzależnienia?
Bardzo by się przydała równie charyzmatyczna osoba, która uświadomiłaby ludziom, w co się pakują. Bo narkomanów nie ubyło, przeciwnie. Tylko również i dziś się tym nie chwalimy. Może z powodu oszczędności: kiedyś terapia w ośrodku odwykowym trwała 18 miesięcy, dziś trzy miesiące, góra pół roku. To nieporozumienie. Niestety, na temat narkotyków w mediach wypowiadają się najczęściej osoby, które nigdy nie miały kontaktu z człowiekiem uzależnionym, nigdy nie były w oddziale odwykowym. To zupełnie inny temat, ale powiem to, bo muszę: jedyne narkotyki, które nie powodują uzależnienia fizycznego, to LSD i grzyby halucynogenne. Marihuana wywołuje słabe uzależnienie fizyczne. Jednak wszystkie wspomniane substancje silnie uzależniają psychicznie. I nierzadko powodują – lub wydobywają na wierzch – psychozy. Ja mam wciąż przed oczyma takiego chłopaka, pacjenta, a przy tym zawodowo sanitariusza, który kilkukrotnie próbował detoksu właśnie z powodu marihuany, a nie innych narkotyków, ale nie potrafił. Wpadł w ciężką psychozę, popełnił samobójstwo. Co innego rozmawiać o narkotykach na poziomie teoretycznym: socjologicznym czy kulturowym. A co innego patrzeć, jak potrafią zniszczyć ludzkie życie.