To przecież takie naturalne. Po wyborach musi się zacząć powyborcza gra. Koalicyjna, o podział resortów, i zarazem personalna, o obsadzenie najważniejszych stołków. Na to nakłada się zapowiedziana przez Donalda Tuska reforma ministerstw.
Mamy zatem grę. Tylko czasy mamy takie trochę niezwykłe. A politycy jak gdyby nigdy nic znów odbędą powyborcze podchody o resorty, o zaspokojenie ambicji własnych i swojego zaplecza. I oczywiście o dziesiątki miejsc pracy dla swoich. Przypomnę jednak tylko, że niedzielne wybory były pierwszymi polskimi wyborami w czasach kryzysu. Od ostatnich nieco się zmieniło i być może tradycyjne polityczne rytuały nie są odpowiedzią na wyzwania, jakie w międzyczasie pojawiły się przed Polską.
Nie chodzi mi nawet o drugą odsłonę kryzysu stukającego do naszego kraju. Spowolnienie gospodarki nas czeka, pytanie, w jakim stopniu, ale też rządzący musieliby popełnić jakiś kardynalny błąd, żeby doprowadzić do katastrofy. W tym rozdaniu politycznym jest to raczej niemożliwe, docenił to zresztą złoty, który wczoraj się umocnił, zaprzeczając tezie, że wynik wyborów jest wliczony w jego cenę. Rynek nie był niczego pewien.