Ścisły nadzór nad polityką gospodarczą krajów unii walutowej, a w razie złamania zobowiązań dotyczących zadłużenia surowe kary wymierzone przez Komisję Europejską. To finał kampanii o kształt zarządzania kryzysowego Europą, który na dzisiejszym szczycie w Brukseli przyjmą przywódcy Unii.

Sceptycznie wobec nowych rozwiązań odnoszą się premierzy Wielkiej Brytanii, Szwecji, Czech i Węgier. Nie mogą jednak zablokować porozumienia, bo ma ono charakter umowy międzyrządowej. Nowy system to cena, za jaką Niemcy zgodziły się zwiększyć do 440 mld euro Europejski Fundusz Gwarancji Finansowej, a po 2013 r. na powołanie Europejskiego Mechanizmu Stabilności.

Najbardziej surowe regulacje dotyczą stanu finansów publicznych. Do istniejącego już w prawie europejskim przepisu o maksymalnym poziomie deficytu budżetowego dojdzie punkt o utrzymaniu długu publicznego poniżej 60 proc. PKB. Takie zobowiązanie każde państwo ma zapisać w krajowym ustawodawstwie. Jeśli przekroczy wyznaczony limit, musi obniżać swój dług o 5 proc. każdego roku. Za niewypełnienie tego obowiązku grozi kara. Najpierw jest to zdeponowanie 0,2 proc. PKB na nieoprocentowanym koncie Komisji Europejskiej w Europejskim Banku Centralnym, a w razie dalszej zwłoki w redukcji długu – utrata tych środków. Przy wszystkich kolejnych podejściach do uzdrowienia swoich finansów dany kraj może utracić łącznie 0,5 proc. PKB, co w przypadku np. Hiszpanii wyniosłoby 5,35 mld euro.

Decyzja o nałożeniu kary jest automatyczna, o ile nie wystąpi przeciwko niej kwalifikowana większość krajów w Radzie UE (tzw. odwrócona większość w głosowaniu 17 państw strefy euro).

Pakt dla euro ma także zapewnić utrzymanie konkurencyjnej gospodarki przez państwa unii walutowej. Temu m.in. służy uzależnienie wzrostu płac i świadczeń emerytalnych od wzrostu wydajności pracy, podniesienie wieku emerytalnego proporcjonalnie do starzenia się społeczeństwa oraz przebudowa systemu podatkowego w taki sposób, aby obciążona była przede wszystkim konsumpcja (np. przez wzrost VAT), ale nie praca (przez PIT). W tym jednak wypadku kraje będą miały większą swobodę, w jaki sposób chcą wprowadzić te regulacje w życie. Mniejsza (maksymalnie 0,1 proc. PKB) będzie także kara, jaka im grozi w razie złamania tej części paktu na rzecz euro.

W zamian za zgodę na pakt Niemcy poparły zwiększenie EFSF z obecnych 250 do 440 mld euro. Ustalono, że fundusz otrzyma dodatkowy zastrzyk 80 mld euro rzeczywistego kapitału (z czego Niemcy zapłacą 22 mld euro), a reszta brakujących środków (110 mld euro) będzie pochodziła z gwarancji rządowych.

Wszystkie kraje strefy euro popierają przyjęcie paktu, choć z pewnymi wątpliwościami. Państwa Beneluksu chciały, aby system nakładania kar był automatyczny, Włochy zaś domagały się odliczenia od wysokości długu aktywów należących do krajowych firm. Partykularne postulaty najskuteczniej udało się jednak przeforsować Niemcom, które wymogły, aby wysoka nadwyżka rachunku bieżącego nie była uważana za problem strukturalny.

Przywódcy krajów spoza strefy euro jadą na szczyt Unii podzieleni. Wczoraj premierzy Szwecji, Węgier i Czech zapowiedzieli, że nie przystąpią do paktu (wcześniej taką zapowiedź złożył brytyjski premier David Cameron). Polska, Dania, Litwa, Łotwa, Bułgaria i Rumunia chcą natomiast przystąpić do paktu, aby nie znaleźć się na marginesie Wspólnoty. Cała dziesiątka podpisała także list Davida Camerona do przywódców Unii, w którym domaga się nie tylko obrony wspólnego rynku, lecz także liberalizacji handlu i otwarcia strategicznych sektorów gospodarki na większą konkurencję. Zdaniem Camerona dzięki temu dochód narodowy Wspólnoty mógłby wzrosnąć o 140 mld euro.

Albo pakt dla euro, albo scenariusz dalszych kryzysów zadłużenia

Pakt na rzecz euro jest porozumieniem międzyrządowym i dotyczy tych aspektów polityki gospodarczej państw unii walutowej, co do których Bruksela nie miała do tej pory żadnych kompetencji: systemów emerytalnych, indeksacji płac czy wysokości długu.

Wraz z utworzeniem unii walutowej te obszary nie są już jednak tylko wewnętrzną sprawą każdego państwa. Utrata konkurencyjności powoduje bowiem, że kraj przestaje się rozwijać, jego przychody podatkowe spadają, narastają dług i deficyt budżetowy i w końcu staje on na skraju bankructwa. Jeśli rządy nie zaczną w porę przeciwdziałać utracie konkurencyjności danego kraju, koszty uratowania jego finansów stają się gigantyczne. Stąd konieczność ustanowienia systemu monitorowania przez niezależną instytucję wielu kluczowych parametrów ekonomicznych, które także są częścią paktu na rzecz euro. A system kar za złamanie zaleceń Brukseli jest logiczną konsekwencją prowadzenia przez dany kraj polityki, która na dłuższą metę szkodzi innym państwom unii walutowej.

Pominięto kwestię banków. A to one są największym problemem

Pakt na rzecz euro nie zagwarantuje stabilności finansowej unii walutowej. Problemem Eurolandu jest bowiem nie brak koordynacji polityki gospodarczej, ale brak gospodarczego wzrostu. To jest przyczyna, dla której coraz więcej państw traci dochody podatkowe i nie jest już w stanie utrzymać rozbudowanego państwa socjalnego.

Wpadają w pułapkę rosnącego długu, bo z politycznego punktu widzenia odebranie ludziom zabezpieczeń jest bardzo trudne. Szybszy wzrost jest możliwy, tylko jeśli zostanie przeprowadzona dogłębna restrukturyzacja sektora finansowego w krajach Eurolandu. Dotyczy to nie tylko Hiszpanii, Portugalii i innych krajów unii walutowej, ale także Niemiec i Francji. Na to jednak państwa te się nie zdecydowały, bo obawiają się, że w takim przypadku ich banki znajdą się pod kontrolą zdrowszych, zagranicznych instytucji finansowych. Ich zdaniem to zagrażałoby ich suwerenności. Na tej samej zasadzie także inne, dziś uważane za strategiczne, sektory gospodarki powinny być otwarte na konkurencję. To drugi warunek szybszego wzrostu.

Można mieć poważne wątpliwości, czy zapisy paktu będą egzekwowane. Nawet w Chinach, gdzie władze mają o wiele większy wpływ na rozwój gospodarki niż w Unii, byłoby to niezwykle trudne.