Lwów nie przypomina 800-tysięcznego miasta. Cisza, wyludnione ulice i powiewające na wietrze ukraińskie flagi przystrojone kirem
Granica w Medyce. Piesze przejście, którego zazwyczaj używają drobni przemytnicy. Pusto. Przechodzę w towarzystwie pięciu babć targających reklamówki z kontrabandą. Jedyna oznaka epidemii to maseczki chirurgiczne na twarzach znudzonych brakiem ruchu ukraińskich pograniczników.
Za granicą właściciele marszrutek, którzy kursują z handlarzami do Lwowa i z powrotem, klną w żywy kamień: – Jak, k..., świńska grypa? Ludzie nie jeżdżą, my nie mamy roboty. Przez godzinę uzbierało mi się 6 pasażerów do Mościsk. Razem zarobię niecałe 5 złotych – skarży się Mykoła. – Wszyscy popadli w jakąś paranoję. Grypę mamy co roku i co roku leczymy ją tak samo: czosnek, miód i seta. Wczoraj miałem temperaturę, dziś jestem jak nowo narodzony. Jutro idę polować na zające! Lepsze to od stania tutaj bez sensu.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.