Zanim Donald Trump trafił na karty historii jako 45. prezydent Stanów Zjednoczonych, znany był głównie jako biznesmen gospodarz programu „The Apprentice” („Praktykant”). Niczym Gordon Ramsey (minus przekleństwa) pozwalał tam sobie na bezpardonową krytykę uczestników chcących liznąć świata wielkiego biznesu, niejednokrotnie kończąc ją słowami „jesteś zwolniony” (celując przy okazji w ich stronę palcem wskazującym).
Reklama
Tegoroczne wybory w USA to „Praktykant” à rebours: to Donald Trump jest ocenianym czeladnikiem. Podczas kampanii w 2016 r. biznesmen sprzedawał bowiem wyłącznie pewną wizję. W 2020 r. sprzedaje jednak głównie to, co udało mu się zrobić. I można za obecnym lokatorem Białego Domu nie przepadać lub wręcz go nie znosić, ale sukcesów nie można mu odmówić.
Weźmy chociażby gospodarkę. Politycy często przeceniają swój wpływ na tę dziedzinę życia, biorąc pod uwagę, że jest uzależniona od czynników poza ich kontrolą – i nie inaczej jest w tym wypadku („nasza gospodarka ma się najlepiej w dziejach” – to z tegorocznego przemówienia o stanie unii, zanim uderzyła pandemia). Mając to na uwadze, należy jednak przyznać, że przez większość kadencji liczby były po stronie Trumpa: wzrost gospodarczy był niezły, giełda rosła, a firmy nie tylko inwestowały, lecz także sprowadziły do USA część trzymanej dotychczas za granicą kasy (konkretnie bilion dolarów – tak jest, jedynka z dwunastoma zerami).

Reklama
Z punktu widzenia wyborców prezydenta najważniejsze było jednak rekordowo niskie bezrobocie, które sprawiło, że wreszcie drgnęły uposażenia najsłabiej zarabiających (mniej więcej o 4 proc. rocznie). Mediana dochodów gospodarstw domowych osiągnęła rekordową wartość. A przecież to właśnie w 2016 r. obiecał Trump: poprawę losu zwykłych Amerykanów. Udało się to na tyle, że podejrzewam, iż jego rządy pod tym akurat względem będą wspominane z rozrzewnieniem jako dobre czasy, podobnie do prezydentury Clintona.
Swoim wyborcom Trump dał jednak znacznie więcej. Wprowadził trzech konserwatywnych sędziów do Sądu Najwyższego. Muru na granicy z Meksykiem co prawda nie zbudował, ale przestawił politykę migracyjną na mniej gościnne tory. Pamiętacie krytykowany zakaz wjazdu do USA dla obywateli wybranych krajów muzułmańskich? Wciąż obowiązuje, chociaż w nieco zmienionej formie. Te zmiany mogą się nie podobać, ale stanowią powód, dla którego wielu Amerykanów odda na Trumpa swój głos. Prezydent może więc zapisać je po stronie „sukcesów”.
Prawdziwego trzęsienia ziemi Trump dokonał jednak w polityce zagranicznej. Co prawda już Obama chciał przestawić amerykańską politykę na Pacyfik, ale dopiero Trump ustawił się plecami do Atlantyku. Znów to może się nie podobać, ale z perspektywy Waszyngtonu skupienie się na Chinach była tylko kwestią czasu. W końcu tamtejsza gospodarka jest na najlepszej drodze, żeby wyprzedzić amerykańską pod względem PKB. Przy okazji 45. lokator Białego Domu dał sobie spokój z niesprawdzonymi założeniami, które dotychczas kierowały polityką wobec Pekinu ‒ przede wszystkim przekonaniem, że w miarę wzrostu zamożności w Państwie Środka dojdzie do liberalizacji. Tymczasem stało się dokładnie na odwrót: niedawno przewodniczący Xi Jinping zabezpieczył sobie możliwość dożywotniego sprawowania władzy w Państwie Środka.
Odwrócenie się plecami do Atlantyku ma również inny sens. Na początku kadencji Trumpa szokowała nas łatwość, z jaką rugał on europejskich sojuszników, zwłaszcza w kontekście wydatków na zbrojenia. Prawda jest taka, że robił to praktycznie każdy prezydent USA, włącznie z Obamą. Efekty były jednak mizerne, więc Trump postanowił walnąć pięścią w stół. Zaowocowało to nie tylko wzrostem wydatków na zbrojenia w Sojuszu, lecz także silniejszym przekonaniem w krajach UE, że na Stanach nie można polegać. Z perspektywy Waszyngtonu to jest OK: silniejsza Europa oznacza, że nie trzeba się będzie aż tak przejmować atlantycka flanką.
Oczywiście oprócz sukcesów są też porażki. Trump obiecał odbudować amerykańską infrastrukturę, ale pomysł ten zniknął gdzieś w połowie kadencji. Kampanie „maksymalnego nacisku” na Iran i Wenezuelę nie przyniosły rezultatów. Efekty wypowiedzenia traktatu zabraniającego budowę rakiet balistycznych o zasięgu o 0,5‒5 tys. km dla globalnego bezpieczeństwa staną się jasne być może dopiero za kilka lat. Trump niepotrzebnie wypisywał się z porozumienia paryskiego, ściągając za to na siebie gromy za amerykański egoizm (czym innym, jeśli nie strategią „China First”, jest deklaracja od drugiej co do wielkości gospodarki na świecie, że redukować emisje zacznie dopiero po 2030 r.?).
Po czterech latach czeladnik nabrał szlifów. Czy pracodawcy wyciągną palec i powiedzą: „jesteś zwolniony”?