Niepokoje na tle rasowym po zabójstwie George’a Floyda stały się dla Donalda Trumpa pretekstem do napędzania moralnej paniki białej, zamożnej klasy średniej mieszkającej w rasowo homogenicznych oazach.
Jednym z najbardziej osobliwych punktów wieczoru inaugurującego sierpniową konwencję Partii Republikańskiej było wystąpienie Patricii i Marka McCloskey’ów, małżeństwa białych, zamożnych 60-latków mieszkających w prestiżowej dzielnicy St. Louis w Missouri.
Para – prawnicy od spraw odszkodowawczych – od miesiąca cieszy się statusem ludowych bohaterów w kręgach amerykańskiej prawicy. Rozpoznawalność zyskała po tym, jak w czerwcu media społecznościowe podbiło nagranie ich konfrontacji z uczestnikami marszu Black Lives Matter, pokojowo protestujących przeciwko policyjnej przemocy. Pochód, który miał się zakończyć przed domem burmistrza, napotkał niespodziewane przeszkody, gdy wszedł na teren ekskluzywnego, prywatnego osiedla w historycznej części miasta. Tam, na trawniku przed wystawną, marmurową posiadłością à la renesansowe palazzo, oczekiwała już na nich para bosych, ale uzbrojonych kontrmanifestantów: kobieta z półautomatycznym pistoletem wycelowanym w spokojnie maszerujących demonstrantów pokrzykiwała, by się wynosili z prywatnego terenu; mężczyzna stał u jej boku, trzymając karabin AR-15. Samozwańczymi stróżami porządku w luksusowej enklawie 300-tysięcznego miasta okazali się właśnie państwo McCloskey.
Reklama
Relacja małżeństwa i nagranie z zajścia różnią się co do szczegółowego przebiegu zdarzeń: para twierdzi, że aktywiści sforsowali i zniszczyli ogrodzenie, po czym rzucili się w stronę ich rezydencji w chwili, gdy delektowali się rodzinnym obiadem w ogrodzie. Na nagraniu widać jednak, że brama był otwarta, kiedy uczestnicy marszu zbliżali się do luksusowego osiedla (choć formalnie było to wtargnięcie na teren prywatny i policja wezwała kilka osób do złożenia wyjaśnień). Żaden z nich nie zachowywał się też agresywnie, mimo prowokacyjnych gestów gospodarzy okazałej posiadłości. Prokurator okręgowy w St. Louis nie miał wątpliwości, że małżeństwo stworzyło niebezpieczeństwo dla nieuzbrojonych aktywistów, w efekcie czego mogło dojść do rozlewu krwi. Postawił obojgu zarzuty nielegalnego używania broni palnej – przestępstwa, za które grozi kara do czterech lat więzienia.
Skrajnie prawicowe media odmalowały całą historię jako klasyczną opowieść o erozji prawa i porządku w dobie wojen kulturowych: oto skorumpowana władza chce ukarać dumnych obywateli, którzy skorzystali z konstytucyjnego prawa do noszenia broni, by chronić rodzinę i własność przed hordą anarchistów. Postawie małżeństwa przyklasnął Donald Trump, udostępniając na Twitterze filmik, na którym wymachują bronią palną.

Reklama
Nic więc dziwnego, że wkrótce McCloskey’ów dopisano do listy prelegentów konwencji republikanów, na której gospodarz Białego Domu miał po raz drugi zostać oficjalnym kandydatem partii na prezydenta. Usadowiona sztywno na kanapie w kolorze czekolady, stapiającej się z mahoniową boazerią salonu w stylu kolonialnym, para skierowała do Amerykanów ostrzeżenie: to, co się przydarzyło nam, może spotkać każdego w was.
– [Demokraci] chcą obalić przedmieścia, znosząc zasadę, zgodnie z którą na jednej działce buduje się jeden dom dla jednej rodziny. Takie zmiany sprowadzą przestępczość, bezprawnie i mieszkania w niskim standardzie do kwitnących podmiejskich osiedli – przekonywała Patricia. – Nie miej złudzeń: bez względu na to, gdzie mieszkasz, twoja rodzina nie będzie bezpieczna w radykalnej Ameryce rządzonej przez demokratów – dodała. Oboje podkreślali, że tylko obecny prezydent jest w stanie zagwarantować, że ta złowieszcza wizja się nie ziści.

On zdemoluje amerykański sen

Z przemówienia obojga przebijały te same lęki, które od miesięcy w twitterowych wpisach i na wiecach podsyca Trump. Niepokoje na tle rasowym po zabójstwie George’a Floyda stały się dla niego pretekstem do napędzania moralnej paniki białej, zamożnej klasy średniej mieszkającej w rasowo homogenicznych oazach. W tej katastroficznej narracji liberałowie i inspirowane przez nich „radykalnie lewicowe bandy” – tak prezydent nazywa wszystkich protestujących przeciwko rasizmowi – wykorzystują podziały w amerykańskim społeczeństwie, by szerzyć przemoc i zniszczenie. Chaos rozlewający się teraz po kraju jest tylko zwiastunem anarchicznej dystopii, która nastanie, jeśli kandydat demokratów Joe Biden zwycięży w listopadowym głosowaniu.
Trump przekonuje, że prezydentura jego rywala to egzystencjalne zagrożenie dla spokojnego i dostatniego życia, jakie wiedli dotąd uczciwi, ciężko pracujący obywatele. I nigdzie ten ideał nie jest dziś w większym niebezpieczeństwie niż na amerykańskich przedmieściach, najpełniejszym ucieleśnieniu etosu dążenia do sukcesu i obietnicy awansu społecznego. – Biden zdemoluje wasze osiedla i wasz amerykański sen – alarmował w swoim wystąpieniu na konwencji republikanów. – To wasz głos zdecyduje o tym, czy będziemy chronić praworządnych Amerykanów, czy damy wolną rękę brutalnym anarchistom, agitatorom i kryminalistom – dodawał. A jako dowód wskazywał trwające od sierpnia rozruchy w miejscowości Kenosha w stanie Wisconsin. Pokojowe demonstracje organizowane tam po postrzeleniu przez policję czarnego 29-latka Jacoba Blake’a (przeżył, ale jest sparaliżowany od pasa w dół) zostały przyćmione przez podpalenia, grabieże i zamieszki z użyciem broni, w wyniku których zginęły dwie osoby.
Trump usiłuje przekonać wyborców, że demokratyczny establishment opracował plan, jak „obalić nasze piękne, wspaniale prosperujące przedmieścia”. Kluczowym elementem radykalnej transformacji ma być rzekomo zmiana przepisów o planowaniu przestrzennym – w szczególności zniesienie fundacyjnej zasady podmiejskiego ładu urbanistycznego, zgodnie z którą na jednej działce nie można wybudować nic poza pojedynczym domem jednorodzinnym (single-family zoning). Jak wynika z wyliczeń „New York Timesa”, obecnie regulacje te obejmują aż 75 proc. terenów przeznaczonych w USA pod zabudowę mieszkaniową (w południowych stanach odsetek ten sięga nawet 80–90 proc.). Blokuje to nie tylko zagęszczanie zabudowy i powstrzymanie rozlewania się metropolii; zasada „jedna działka, jeden dom” utrudnia też inwestowanie w przystępne cenowo lokale i rozwój jakościowych usług publicznych, a w konsekwencji stanowi przeszkodę w ukrócaniu praktyk segregacji rasowej w mieszkaniówce. Choć w ostatnich kilku latach władze niektórych miast i stanów zaczęły forsować poluzowanie przepisów o zagospodarowaniu przestrzennym – w 2019 r. regulacje umożliwiające zagęszczanie zabudowy udało się uchwalić w stanie Oregon i największym mieście Minnesoty, Minneapolis – w większości kraju obowiązujące zasady nadal traktowane są jak świętość.
– Trump robi wielki szum wokół czegoś, co nie jest żadnym wiarygodnym zagrożeniem: że niby demokraci chcą skasować regułę „jedna działka, jeden dom” – choć w rzeczywistości nie mają takich planów, oraz zalać przedmieścia lokalami dla osób o niskich dochodach, choć to również nieprawda – mówi DGP prof. Matthew Lassiter z Uniwersytetu Michigan, specjalizujący się w historii i polityce amerykańskich miast i przedmieść.
Mieszkania czynszowe, dostępne dla gorzej zarabiających Amerykanów, to kolejny wątek w trumpowej narracji o ważących się losach podmiejskiego krajobrazu – Demokraci są całkowicie zdeterminowani, by doprowadzić do spadku wartości wybudowanych już domów i całych osiedli, tak jak się to stało w Minneapolis. Wycena waszych mieszkań pójdzie w dół, a wskaźniki przestępczości szybko poszybują w górę – straszył w lipcu Trump, gdy ogłaszał uchylenie zasady z czasów administracji Baracka Obamy, która miała pomóc w walce z dyskryminacyjnymi praktykami w mieszkaniówce. Zakładała ona, że lokalne władze mogą otrzymać federalne subsydia na budowę nowych osiedli pod warunkiem udokumentowania, iż planowane inwestycje przyczynią się do ograniczenia segregacji.
Reguła Obamy doprecyzowała postanowienia ustawy o równouprawnieniu mieszkaniowym z 1968 r. (Fair Housing Act), która zabroniła dyskryminacji przy sprzedaży czy kredytowaniu lokali i nałożyła na agencje federalne ogólny obowiązek nadzorowania realizacji programów mieszkaniowych w taki sposób, by promowały równy dostęp do własnego kąta. Przepisy te, mimo historycznego znaczenia, w praktyce okazały się bezzębne: biali mieszczanie kontynuowali trwającą od lat 50. ucieczkę na przedmieścia (często przenosząc tam również miejsca pracy). Czarni coraz liczniej zaludniali natomiast śródmieścia wielkich metropolii, efektem czego były rozrastające się getta (w latach 1950–1980 afroamerykańska populacja miast wzrosła z 6,1 mln do 15,3 mln).
Częściowo nieskuteczność ustawy wynika z tego, że wzorce zabudowy w wielu rejonach USA opierają się na regulacjach przyjętych w pierwszych dekadach po wyroku Sądu Najwyższego z 1917 r., który uznał projektowanie oddzielnych osiedli dla białych i czarnych mieszkańców za niezgodne z konstytucją (Buchanan v. Warley). By obejść ten zakaz, lokalne władze – z pomocą urbanistów – tworzyły plany zagospodarowania przestrzennego tak, aby administracyjnie wykluczać niepożądane kategorie osób z dzielnic czy miejscowości – na podstawie kryteriów ekonomicznych (exclusionary zoning). Na przykład wprowadzając wymóg, że na danym osiedlu można stawiać tylko domy jednorodzinne o precyzyjnie określonej minimalnej powierzchni mieszkaniowej, a działki muszą mieć odpowiednią wielkość. Formalnie tego rodzaju zabiegi nie dyskryminowały ze względu na rasę. Ale w praktyce ich konsekwencją było pogłębienie segregacji mieszkaniowej, bo czarni Amerykanie rzadko byli w stanie spełnić wyśrubowane kryteria.
Kolejnym administracjom prezydenckim albo nie zależało na walce z wykluczającymi praktykami planistów miast i suburbiów, albo nie wykazywały na tym polu wystarczającej determinacji. I dotyczy to nie tylko republikańskich przywódców. – Demokraci zrobili więcej, by chronić rasowe i klasowe przedmieścia, niż żeby je rozmontować. W rzeczywistości obie partie nie mają zamiaru podważać polityk, które – tak jak reguła „jedna działka, jeden dom” – sprowadzają się do otwartej segregacji ekonomicznej, są dyskryminujące ze względu na rasę oraz szkodliwe dla środowiska – tłumaczy prof. Matthew Lassiter.

Powtórzyć zagrywkę Nixona

Strasząc mieszkańców przedmieść, że jeśli przegra w listopadzie, lokalni biurokraci zapchają ich oazy tanimi blokami dla ludzi bez zdolności kredytowej, Trump sięga po rasistowskie tropy. W tej narracji pobrzmiewa echo argumentacji przeciwników desegregacji, którzy dowodzili, że bronią się jedynie przed naruszeniem wolności indywidualnej i interesów ekonomicznych. Jak opisuje prof. Kevin Kruse, historyk z Uniwersytetu Princeton, w książce „White Flight: Atlanta and the Making of Modern Conservatism” (Biała ucieczka: Atlanta i rozwój nowoczesnego konserwatyzmu): „We własnym mniemaniu walczyli oni o swoje prawo do wybierania sąsiadów i pracodawców, decydowania, z kim chodzą do szkoły ich dzieci; o prawo do korzystania z własności prywatnej, jak im się podoba i – może przede wszystkim – prawo pozostawania wolnymi od niebezpiecznej dla nich ingerencji rządu federalnego”.
Powojenny rozkwit przedmieść to nie tyle zasługa indywidualnej przedsiębiorczości, ile wsparcia ze strony państwa. Od lat 40. XX w. Federalna Administracja ds. Mieszkalnictwa (Federal Housing Administration, FHA) zawierała kontrakty z prywatnymi deweloperami na budowę domów dla powracających z Europy weteranów wojennych i ich rodzin (m.in. udzielała im gwarancji finansowych). Jedna z typowych klauzul umownych przewidywała, że na każdym nowym osiedlu nabywcami nieruchomości mogą być tylko biali (obejmowało to także zakaz odsprzedaży Afroamerykanom). Pionierem podmiejskiej deweloperki był William Levitt, właściciel czołowej w kraju firmy budowlanej, który opracował sposób na zastosowanie metod masowej produkcji w mieszkaniówce. Dzięki temu w ciągu niespełna dekady na polach kartoflanych położonych na obrzeżach Nowego Jorku wyrosło Levittown – osiedle ponad 17 tys. identycznych domów z jedną łazienką i dwiema sypialniami, które stało się prototypem dla budowy suburbiów w całym kraju.
Podmiejski boom mieszkaniowy całkowicie ominął afroamerykańskie rodziny: G.I. Bill, ustawa o pomocy dla weteranów wojennych, która miała zapewnić im dostęp do nisko oprocentowanych kredytów, nie zobowiązywała banków do równego traktowania białych i czarnych klientów. FHA do lat 60. odmawiała Afroamerykanom udzielania gwarancji spłaty pożyczki na zakup domu, uznając, że ich rasa wpłynie na spadek wartości nieruchomości. W efekcie tylko małemu promilowi czarnych weteranów udało się zaciągnąć kredyty hipoteczne. Również podmiejscy inwestorzy blokowali ich przeprowadzkę do nowych osiedli, przedstawiając niemożliwe do spełnienia warunki umowne.
Skrojenie przekazu wyborczego pod właścicieli domów na przedmieściach wynika z prostej demograficznej kalkulacji sztabu Trumpa: oficjalne szacunki wskazują, że mieszka tam ok. 175 mln Amerykanów, ponad połowa populacji kraju. Wielu komentatorów uważa, że odwołując się do niepokojów białej klasy średniej, Trump próbuje powtórzyć strategię, która przyniosła prezydenturę Richardowi Nixonowi w 1968 r. – były to pierwsze wybory rozstrzygnięte przez podmiejską Amerykę. Nixon wyczuł buzujący na przedmieściach gniew w reakcji na brutalne zamieszki rasowe i rosnącą przestępczość, a wraz z nim tęsknotę za twardą ręką, która przywróci prawo i porządek. Został więc głosem wszystkich stojących z boku Amerykanów, przepełnionych niepokojem, że plaga przemocy dosięgnie ich podmiejskiej oazy. – Dla przyzwoitych i praworządnych obywateli musimy przejść do ofensywy przeciwko kryminalnym siłom zagrażającym ich spokojowi i bezpieczeństwu oraz odbudować szacunek dla prawa w całym kraju, jesteśmy im to winni – deklarował Nixon w jednej z reklamówek wyborczych. Odchodzący w niesławie prezydent dał białej klasie średniej z pozoru neutralny język pozwalający wyrażać jej swoje lęki i frustracje związane ze skutkami desegregacji bez używania jawnie rasistowskich klisz – mówić o wzroście przestępczości czy spadku wartości nieruchomości bez przyznawania, że nie chce mieć czarnych za sąsiadów.
Od zwycięstwa Nixona w 1968 r. przedmieścia pozostają polem najbardziej zaciętych rywalizacji wyborczych, a wątek prawa i porządku jest stałym tropem kampanii zarówno kandydatów republikanów, jak i demokratów. W wyścigach prezydenckich to jednak prawicowi kandydaci zwykle dominowali w podmiejskiej Ameryce. Od 1972 r. kandydaci konserwatystów przegrywali tam tylko trzykrotnie: w 1992 r. i w 1996 r. (z Billem Clintonem) i w 2008 r. (z Barackiem Obamą). I nigdy nie więcej niż 5 pkt proc. W 2016 r. Trump zwyciężył na przedmieściach w skali kraju różnicą 4 pkt proc., choć w niektórych stanach jego przewaga była dwucyfrowa (np. w Karolinie Północnej, gdzie sięgnęła 24 pkt proc., a na Florydzie – 10 pkt proc.).
Ostatnie sondaże sugerują, że podmiejska kampania urzędującego prezydenta nie zadziała: w skali kraju przewaga Bidena wśród elektoratu podmiejskiego sięga kilkunastu punktów procentowych; demokrata prowadzi też w kluczowych, wahających się stanach, jak Wisconsin czy Pensylwania. Według badania Reuters/Ipsos nakreślona przez Trumpa perspektywa upadku suburbiów nie przysporzyła mu zbyt wielu wyborców – tylko dla 11 proc. białych mieszkańców przedmieść zamieszki rasowe i surowe podejście do przestępczości są ważnym czynnikiem, który wpłynie na ich głos. Znacznie częściej wskazywali, że liczy się dla nich to, jaki kandydaci mają plan walki z pandemią (obecny prezydent nie ma się tu czym chwalić – w całych USA na COVID-19 zmarło ponad 207 tys. osób). Zdaniem komentatorów sygnały podmiejskiej rewolty przeciwko Trumpowi było już widać podczas wyborów do Kongresów w 2018 r: odbicie przez demokratów ponad 30 okręgów położonych na suburbiach, w których mandaty dzierżyli wcześniej republikanie, pozwoliło im przejąć kontrolę nad Izbą Reprezentantów.

To się już zmieniło

Niewykluczone, że te zmiany w geografii wyborczej są konsekwencją rosnącej różnorodności podmiejskiej populacji. Gospodarzowi Białego Domu najwyraźniej umknęło – sądząc po jego retoryce – że przedmieścia nie są już ekskluzywną oazą białych. – Trump mówi o suburbiach, tak jakby były jakąś monolityczną całością zastygłą w 1955 r. A tak nie jest – podkreśla prof. Lassiter. Obraz suburbiów i stylu życia ich mieszkańców, do którego odwołuje się prezydent, to raczej popkulturowa klisza wyjęta z naiwnych, czarno-białych sitcomów z czasów prezydentury Eisenhowera: młode małżeństwa z dwójką dzieci, o podobnym statusie zawodowym, dochodach, konserwatywnym światopoglądzie i materialnych aspiracjach, zaabsorbowane sprawami domowymi i prowadzące hiperaktywne życie obywatelsko-towarzyskie. Choć już w połowie lat 60. badacze kwestionowali istnienie homogenicznej kultury przedmieść, to dzisiejsi mieszkańcy suburbiów coraz rzadziej wpadają nawet do tych samych rubryk w zestawieniach demograficznych i ekonomicznych.
W największych obszarach metropolitalnych w USA mniejszości rasowe i etniczne stanowią już łącznie ok. 35 proc. podmiejskiej populacji. Ta transformacja jest częściowo efektem imigracji: cudzoziemcy odpowiadają łącznie za jedną trzecią przyrostu społeczności przedmieść od początku XXI w. Jak wynika z analiz Brookings Institution, w przeciwieństwie do imigrantów z ubiegłego stulecia, którzy zwykle dołączali do swoich dużych rodzin w śródmieściach, połowa współczesnych imigrantów zamieszkuje od razu na suburbiach. Dotyczy to zwłaszcza metropolii w tradycyjnie konserwatywnych stanach, jak Teksas czy Georgia.
Z centrów miast wyprowadza się też coraz więcej Afroamerykanów: ci z klasy średniej szukają w elitarnych podmiejskich enklawach wyższego komfortu życia; ci biedni zostali wypchnięci na przedmieścia z gentryfikujących się rejonów city. Obecnie suburbia są także znacznie bardziej rozwarstwione pod względem socjoekonomicznym niż kilka dekad temu. Choć niektóre z nich wciąż stanowią najzamożniejsze enklawy mieszkalne w USA, to od krachu na rynku nieruchomości w 2008 r. przed wieloma miastami rozlewają się obszary ubóstwa. Dzisiejsi wyborcy z suburbiów nie są więc przejęci głównie ochroną swojego bezpieczeństwa i przywilejów – jak sugeruje Trump. Częściej oczekują od polityków inwestycji w usługi publiczne – przystępne cenowo mieszkania, rozbudowaną sieć transportu – które na wielu przedmieściach prawie nie istnieją. – Naprawdę trudno sobie wyobrazić, że małżeństwo McCloskey, opowiadające o „obaleniu przedmieść” w stylu teleewangelistów, mogłoby przekonać kogoś poza tymi, którzy już należą do kręgu prawdziwych wyznawców, wierzących w kłamstwa i rasistowskie groźby Trumpa – mówi prof. Lassiter.