Władysław Kosiniak-Kamysz zaproponował kolejny raz emeryturę bez podatku, dobrowolny ZUS czy 1000 zł stypendium dla każdego studenta, który zobowiąże się przepracować co najmniej 10 lat w Polsce. Z kolei Robert Biedroń proponował dochód podstawowy na czas koronawirusa, emeryturę minimalną 1600 zł czy znaczące podwyższenie wydatków na zdrowie do 7,2 proc. PKB. Szymon Hołownia nie pokazywał konkretnych propozycji, mówił za to o znaczącym ulepszeniu systemu edukacji, zdrowia i rozbudowie systemu opieki dla seniorów, co nazwał „Polską solidarną”. Kandydat KO przejął w II turze wiele pomysłów, a od siebie dorzucił np. podwyżkę emerytur kobiet o 200 zł za każde dziecko lub przyspieszenie dojścia do wydawania 6 proc. PKB na zdrowie już w przyszłym roku – co nazwał „Nową solidarnością”.
Warunki gry, jakie od lat – a zwłaszcza w minionym „wyborczym czwórboju” – narzuca PiS, powodują, że w zakresie politycznych postulatów pewne rzeczy stały się nienaruszalne. Ci, którzy próbują je podważać, są skazani na marginalizację. Choć rywalizacja między Andrzejem Dudą i Rafałem Trzaskowskim miała na celu wykazanie drastycznych różnic między krzewionymi przez nich wizjami Polski, to gdyby spojrzeć na chłodno, w kilku kwestiach między obu kandydatami zbyt wielkich różnic nie było.
I tak Trzaskowski wielokrotnie przekonywał, że będzie bronił sztandarowego dla PiS programu 500 plus i zawetuje każdą ustawę, która będzie próbowała go ograniczyć. Punkty wspólne między kandydatem KO i PiS można było także znaleźć w polaryzujących tematach. Przede wszystkim w tym, który dotyczył LGBT. Trzaskowski i Duda są przeciwnikami adopcji dzieci przez pary jednopłciowe (choć kandydat KO krytykował inicjatywę swojego rywala, dotyczącą zmian w konstytucji w tym zakresie). Oficjalnie zatarły się także podziały między PiS a PO dotyczące wieku emerytalnego. Rząd PO–PSL w prosty sposób go podniósł, a PiS w prosty sposób obniżył i z wypominania tej sprawy swoim konkurentom uczynił oręż. Tym samym zmuszono Trzaskowskiego do debaty na warunkach PiS. – Nie będzie podnoszenia wieku emerytalnego, to jest jasne, wszyscy mamy w tej sprawie takie samo zdanie. Ta kwestia jest rozstrzygnięta i tym różnimy się od konkurencji, że wyciągamy wnioski i słuchamy obywateli – przekonywał kandydat KO na jednym z wieców. W ostatnim czasie okazało się, że nawet w kwestii obowiązkowych szczepień na COVID-19 obaj kandydaci mają to samo zdanie (nie chcą, by były obowiązkowe), choć przecież Trzaskowski, gdyby chciał, mógłby w kampanijnej retoryce spróbować zaatakować Dudę (ten musiał prostować swoje słowa wypowiedziane w Końskich). Jeden i drugi kandydat nie odżegnywał się w swoich programach od oferowania kolejnych świadczeń socjalnych, a gdy Rafał Trzaskowski zaoferował program „inwestycji za rogiem” (po 30 mln zł dla każdego miasta powiatowego na rozwój), PiS zareagował błyskawicznie – przygotował Rządowy Fundusz Inwestycji Lokalnych o wartości 6 mld zł, a premier ruszył w Polskę, by wręczać samorządowcom promesy (choć chwilowo bez pokrycia, bo bez podstawy prawnej). Symbolem tego „wybiórczego pojednania” była deklaracja Trzaskowskiego, że byłby skłonny pójść na Marsz Niepodległości, pod warunkiem że „nie będzie wykorzystywany politycznie i nie będzie na nim scen, jakie widzieliśmy lata temu”.
Skoro wszyscy się zgadzają co do tego, że państwo powinno dawać więcej, to nasuwa się pytanie, za co? Jak wynika ze statystyk Eurostatu, wydatki publiczne Polski to 42 proc. PKB. Sytuuje to nas poniżej średniej unijnej, która dla 27 państw wynosi powyżej 46 proc. PKB (np. Niemcy to 45,4 proc.). Jak na razie wzrost wydatków był pokrywany ze wzrostu gospodarczego i uszczelnienia podatków. Dlatego od 2015 r. dochody wzrosły z 39 proc. PKB do ponad 41 proc. bez zasadniczych zmian w podatkach. Ale w roku 2020 deficyt pofrunie do blisko 10 proc. PKB w związku z wydatkami na amortyzowanie skutków kryzysu związanego z COVID-19. Nawet bez tych wydatków sytuacja w finansach publicznych zaczęła się robić napięta. Po wyborczym maratonie, w trakcie którego wprowadzono 500 plus na pierwsze dziecko bez kryterium dochodowego, 13. emeryturę i obniżki podatków, pełne skutki tych działań dla finansów publicznych miały się ujawnić w tym roku. Paradoksalnie kłopoty z COVID-19 pozwolą zamaskować napięcia wynikające z wyborczych gestów. Możliwe, że za chwilę usłyszymy, że kryzys wymaga cięć. To akurat nie byłoby takie złe, gdyż nieustanny wzrost dochodów bud żetu od kilku lat przyzwyczaił rządzących do tego, że pieniądze zawsze się znajdą. W przeciwieństwie do ulubionej przez Wiadomości TVP wypowiedzi Jacka Rostowskiego z 2015 r., że „pieniędzy nie ma i nie będzie”, minione pięć lat przyzwyczaiły polityków do tego, że jakieś pieniądze gdzieś w końcu się znajdą. Jeden z członków rządu powiedział niedawno, że przydałby się kryzys. Po to, by pozbyć się zbędnych wydatków i przypomnieć politykom, że jeśli finanse publiczne nie będą stabilne, to formuła „co raz dane, nie będzie odebrane” stanie się pustym zaklęciem. Kilka lat temu straszono nas greckim scenariuszem. Relacja wydatków do PKB pokazuje, że na razie jesteśmy od niego daleko. Ale jeśli nasza klasa polityczna nie otrzeźwieje i w każdej kampanii będzie obiecywała dziesiątki miliardów złotych, to nie będzie można go wykluczyć.