Izraelski resort obrony testuje system masowej inwigilacji obywateli. W Europie każdy kraj wprowadza własne rozwiązania, w różnym stopniu ingerujące w prywatność.
To pierwszy światowy kryzys, który mogą pomóc rozwiązać aplikacje w telefonach. Koncept jest prosty – nasze urządzenia będą śledzić naszą aktywność i gromadzić dane na temat tego, z kim i jak długo przebywamy. Jeśli jedna z osób, z którą spędziliśmy więcej czasu, okaże się zakażona koronawirusem, dostaniemy taką informację. Technologia może więc pomóc w walce z pandemią i umożliwić kontrolowanie ognisk choroby już po zniesieniu ograniczeń w poruszaniu się. Spełnione muszą zostać jednak dwa warunki, co w Europie – gdzie standardy ochrony prywatności i danych osobowych są najbardziej wyśrubowane na świecie – może rodzić problemy.
Po pierwsze, osoby poinformowane o możliwości zakażenia muszą poddać się testowi lub pozostać w kwarantannie. W innych państwach takich jak Chiny przepływ wiadomości kontrolują władze, więc czuwanie nad rozprzestrzenianiem się choroby nie rodzi w praktyce większych problemów. W Europie korzystanie z aplikacji ma pozostać anonimowe, co oznacza, że rządzący mogą mieć jedynie dostęp do danych na poziomie ogólnym, bez możliwości dotarcia do obywatela z imienia i nazwiska. W dużej mierze skuteczność koronawirusowych apek będzie więc zależała od odpowiedzialności i samokontroli ich użytkowników. Po drugie, korzystanie z tego typu rozwiązań musi się stać powszechne, aby było skuteczne. Ale w UE ściągnięcie programu i korzystanie z niego ma pozostać dobrowolne.