Wróbel: Liberalizm na dorobku. By się liczyć, musi mówić ciekawym językiem [OPINIA]

Jan Wróbel
Jan WróbelDGP / Wojtek Gorski
2 maja 2020

Liberalizm korzystał w Polsce z koniunktury, która nie mogła trwać wiecznie – i znowu jest na dorobku. Aby wciąż się liczyć, musi mówić jasnym i ciekawym językiem

Zasada, że podstawą dobrobytu narodu jest bogactwo pracowitych i przedsiębiorczych jednostek, jest zacna i piękna. Cóż z tego? Myślenie wolnościowe dostało przez ostatnie lata po grzbiecie, a w ostatnich tygodniach po łbie. Ledwo zipie. Nad Wisłą zmiana jest szczególnie wyraźna, bo liberalizm miał się u nas przez długi czas całkiem dobrze. Będzie truizmem przekonywanie, jaką rolę odegrał w tym triumfie specyficzny klimat lat 80. i 90. Pomagały niewiara w zdolności państwowych służb (często przesadna; ileż to musiał się nasłuchać np. ZUS, który działał całkiem dobrze), pragnienie zdecydowanej odmiany losu przez poważną część PRL-owskiego aparatu, narodowe zmęczenie „komuną” itd. Ważny był także fakt, że dochodzące do władzy pokolenie opozycji antykomunistycznej niosło ze sobą doświadczenie przedsiębiorczości i walki o wolność. Dziś mamy inną sytuację. I wyzwanie, by liberalizm stał się drogowskazem również teraz, kiedy czas transformacji jest już przeszły dokonany.

. Wypada natomiast klepać jak pacierz, że Wielkie Państwo powinno rozporządzać ogromnymi pieniędzmi, a jeszcze większe pieniądze powinno obywatelom dawać. W obronie wolnego rynku i praw ekonomicznej wolności jednostki wypowiadają się, z grubsza, dwa środowiska – dinozaurów oraz prawicowych alterglobalistów. Ci pierwsi (jeszcze) mieszczą się w sektorze opozycji spod znaku Koalicji Obywatelskiej i „Gazety Wyborczej”, chociaż ich głos jest wyciszany – by nie drażnili wyborców. Ci drudzy krążą po Konfederacji albo Kukiz’15 i internecie. Są głosem sprzeciwu „wobec wszystkiego”. We Francji źli na system stają się zwykle trockistami bądź ekofanatykami, u nas częściej korwinowcami.

Zwolennik gospodarczej wolności może się zżymać na ujawnione pragnienie Polaków, aby ich kraj stał się „normalny” – z dużym udziałem państwa w zapewnianiu dobrego poziomu systemu ochrony zdrowia, bezpieczeństwa socjalnego oraz tarcz przeciwko kryzysom. Nie może jednak tych pragnień ignorować ani wrzucać do worka z napisem „homo sovieticus”.

Ach, ileż zła wyrządziło to popularne w latach 90. określenie, zrównujące w potocznym odbiorze Wszelka dyskusja z tymi, którzy podnosili hasła socjaldemokratyczne, została sprowadzona do rozprawiania się z ciemnym, postkomunistycznym (a właściwie komunistycznym) ludem. Po dowód można sięgnąć np. do pracy Anny Malewskiej-Szałygin „Wyobrażenia o państwie i władzy we wsiach nowotarskich”, rejestrującej przekonania społeczne z końca lat 90. Respondenci wyrzekają w niej, że „całą Polskę rozkradli”, że „50 lat my pracowali, harowali wszyscy, a dzisiaj to wszystko zostało sprzedane! Wszystko sprzedane! Za frajerskie pieniądze!”, a przecież „oni” powinni tak rządzić, „aby każdy miał pracę” itd.

Nie ma powodu, by takie opinie wyszydzać. Były zapisem ludzkich emocji wywołanych rzeczywistymi zmianami o rozmiarach kataklizmu, elegancko zwanymi transformacją – a bardziej potocznie Balcerowiczem.

„W rozmowach słowo «Balcerowicz» pojawiało się w kilku znaczeniach. Po pierwsze jako określenie czasu i związanych z nim doświadczeń. Tak rozumiane było terminem stosowanym wymiennie z wyrażeniami «za kapitalizmu», «za demokracji» do opisania lat dziewięćdziesiątych. «Za Balcerowicza» było przeciwstawiane określeniu czasowemu «za komuny» i streszczało w sobie wszystkie złe doświadczenia okresu transformacji: upadek państwowych zakładów pracy i związane z nim bezrobocie, załamanie się koniunktury w rolnictwie oraz w rzemiośle, zwłaszcza kuśnierskim, a w efekcie konieczność migracji zarobkowych oraz utratę wartości góralskich oszczędności gromadzonych w dolarach, (…) wyprzedaż polskich banków obcemu kapitałowi” – pisze Anna Malewska-Szałygin.

Chciałoby się w tym miejscu włączyć do dyskusji sprzed prawie 20 lat i zacząć prawić nowotarskim chłopom i drobnomieszczanom, że nie mieli racji. Zaraz, zaraz! A źle wam z tymi niemieckimi bankami? A może chcielibyście dalej jeździć rozklekotanymi PKS-ami, a teraz, proszę, prywatne busiki sobie jeżdżą jak złoto – i przecież to nowotarscy biznesmeni na nich zarabiają. A w miejsce zakładu, który upadł, to nie powstały żadne inne? Nowocześniejsze, z ubraniami roboczymi w ładnych kolorach? Czy przypadkiem nawet kuśnierze nie znaleźli nowych, europejskich rynków zbytu? A czy wyjazd za granicę na zarobek nie był często spełnieniem ambicji, a nie żadnym wykluczeniem?

Gdyby – hipotetycznie – rozmówcy autorki pojawili się w głównym nurcie publicystki sprzed kilkunastu czy więcej lat, zapewne taka byłaby reakcja środowisk opiniotwórczych Trzeciej Rzeczypospolitej. Gdyby to nieco ex cathedra edukowanie narodu się nie powiodło, pozostałoby tylko machnąć ręką: a narzekajcie sobie, biegu koła historii i tak nie odmienicie. Byłoby w tym sporo znanej nowotarskiemu ludowi prawdy zapisanej w kolejnych doświadczeniach XIX i XX w.

W 2020 r. jest po prostu inaczej. Nie ma co łajać ani wyjaśniać, kto miał rację w roku 1993, a kto w 2005. Po pierwsze, Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło do głównego nurtu resentymenty. Stwierdzenia, że państwo abdykowało i porzuciło zwykłych ludzi, dając swobodę działania przegniłym moralnie elitom, przestały być opiniami z kosmosu. W niejednym PiS wykracza poza śmiałą retorykę Andrzeja Leppera! Tyle że Samoobrona pozostawała intelektualnie marginesem, a politycznie przystawką, czego o prawicy Morawieckiego, Rafalskiej i Kaczyńskiego powiedzieć się nie da. Po drugie, wprowadzając szybko i sprawnie 500 plus, PiS wywrócił stolik. Reakcja najważniejszej, najbardziej opiniotwórczej części antypisowskiej opozycji okazała się bardzo kosztowna. Oto polityczno-dziennikarska rodzina zaczęła się prześcigać w przewidywaniach rychłego kryzysu środków publicznych. Do kryzysu nie doszło, liberalna opozycja połknęła własny język. Jaś, który zbyt często i zbyt głośno alarmuje, że wilki idą, traci na wiarygodności. A powtarzanie poniewczasie przez Grzegorza Schetynę, że „nic, co dane, nie będzie odebrane”, było niczym przyznanie się Jasia na środku wsi, że z wilkami to bujda.

Po trzecie – i wydaje mi się, że najmniej przemyślane przez obrońców wolnego rynku – liberalizm korzystał w Polsce z koniunktury, która nie mogła trwać wiecznie, a teraz znowu jest na dorobku. I aby wciąż się liczyć, musi mówić jasnym i ciekawym językiem, a dał się zagłuszyć opozycyjnemu, europejsko-demokratycznemu brzęczeniu.

Wydaje mi się, że dobrze będzie wyjaśnić, iż autor tego artykułu nie tylko wierzy w wolność i przedsiębiorczość, lecz także czuje się full time Europejczykiem i woli żyć w demokracji niż w półdemokracji. Jednak wolnorynkowiec nie ma się dzisiaj komfortowo w Europie Zachodniej, która przeszła długą drogę od państwa dobrobytu do państwa socjalliberalnego. Bardzo upraszczając, państwo dobrobytu zrealizowane po II wojnie światowej w Europie Zachodniej ma historyczną zasługę podniesienia klasy robotniczej do poziomu wyedukowanej i uobywatelnionej podpory demokratycznego państwa, a także wprowadzenia pokoju społecznego. Z punktu widzenia wartości, którymi kieruje się liberał, dzisiejsza forma „państwa dobrobytu”, z jej ochroną prawa jednostki w sferze hedonistycznego używania życia („liberalizm”), z pilnowaniem przez biurokrację, aby obywatel miał podsuniętą miękką poduszeczkę, kiedy się wywraca, jest jednak nieatrakcyjna, antyliberalna. Uderzanie przez polskich liberałów w tony „Europo, ratuj przed PiS-em” zamula przekaz wolności – tej ekonomicznej nie ma na Zachodzie w nadmiarze, a my i tak chcemy „Europy”. Obrona demokracji, przecież chwalebna, naprawdę zręcznie została przez PiS (a niezręcznie przez opozycję) utożsamiona z obroną stanu posiadania „kast”, „salonów”, „samozwańczych elit”, „elyt” i uprzywilejowanych w III RP. Liberałowie, którzy podczepiają się pod sztandar oskarżeń PiS o antyeuropejskość i rządy silnej ręki, giną ze swoim przesłaniem w tłumie.

Tak dochodzimy do tego, co po czwarte. Wielu Polaków pomstuje na państwo, które mamy, i chce takiego czy innego socjalizmu bądź zamordyzmu. Wielu ma pretensje do III RP, ale chciałoby mniej, a nie więcej państwa, za to dobrze zorganizowanego i przyjaznego. Sprawnego, ale wąskiego, pozostawiającego jak najwięcej przestrzeni. Wydawałoby się, że powinni oni głosować z zasady przeciwko PiS. Tak jednak nie jest, ponieważ PiS – budujący państwo szerokie i bałaganiarskie – jednocześnie w społecznym odbiorze „karze elity”, odpłaca pięknym za nadobne.

Liberalizm zawsze ma kłopot – jest stosunkowo demokratycznym wyznaniem wiary, kiedy mniej więcej wszyscy startujemy z tych samych pozycji. Kiedy jedni dziedziczą milion, a drudzy tysiąc, kiedy jedni otrzymali wyborną, drudzy kiepską edukację etc., liberalizm staje się wyznaniem wiary tych, którzy mają lepiej. Bolidy startujące z poll position inaczej patrzą na problem wykluczenia niż bolidy z końca peletonu. W regułach rynku wolnego na papierze, a w rzeczywistości wygodnego dla już uprzywilejowanych, zaklęta jest nierówność niewynikająca z indywidualnych predyspozycji. Z takim liberalizmem mamy dzisiaj do czynienia – i taki musimy przekształcić, jeżeli życzymy mu (i krajowi) sukcesu..

Nie jest łatwo przebić się myśli liberalnej w galimatiasie pojęć, emocji i projekcji roku 2020. Nie ma innej drogi, aby ten stan rzeczy zmienić, niż ukształtowanie się opozycji potrafiącej złączyć w jednym przekazie trzy kwestie naraz: gniewu na (czasem urojone) krzywdy III RP, zmęczenia chaotycznym PiS-owskim nacjonalsocjalizmem i gwarancji, że wolny rynek nie oznacza odkopywania na bok obywateli nieprzedsiębiorczych. To ostatnie jest szczególnie ważne, bo „Balcerowicz” kojarzy się wielu z ideologią nierówności. Dla przykładu: rodzice i opiekunowie niepełnosprawnych dzieci oraz dorosłych są często przedsiębiorczy i zapracowani, ale efektów ich pracy nie będzie widać w wymiarze rynkowym. W cywilizowanym państwie nie mogą oni żyć gorzej niż ci, którym życie ułożyło się łatwiej.

Jeżeli odpowiedzi na tego typu zagadnienia będzie udzielało tylko albo „państwo dobrobytu”, albo kółko wyznawców Korwin-Mikkego, to możemy łatwo obstawić wynik ideologicznych sporów. Sporów, które jeszcze się toczą, ostatkiem sił. 

Liberalizm korzystał w Polsce z koniunktury, która nie mogła trwać wiecznie – i znowu jest na dorobku. Aby wciąż się liczyć, musi mówić jasnym i ciekawym językiem

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.