Około 90 proc. zakładów fryzjerskich i kosmetycznych przestało działać. Pracownicy nie są w stanie zachować wymaganych odstępów podczas zabiegów.
– Praca zdalna w tej branży nie jest możliwa. W sposób oczywisty przekłada się to na brak przychodów przy nadal istniejących kosztach stałych. Na jak długo? Tego nikt nie wie – mówi Ewa Żabińska-Lubowiecka, prezes Ogólno polskiego Stowarzyszenia Stylistów Paznokci Fantasmagorie oraz Federacji Beauty Pro.
Salony zamknęły się solidarnie ze względu na bezpieczeństwo pracowników i klientów, ale jak twierdzi Żabińska-Lubowiecka, nie ma spójności w komunikatach płynących od wojewódzkich inspektorów sanitarnych. Śląski mówi, że ze względu na brak możliwości zachowania dystansu „wskazane jest zaprzestanie wykonywania zabiegów”.
Reklama
Oddział Higieny Sanitarnej WSSE w Gdańsku zaleca stosowanie odpowiednich środków bezpieczeństwa higienicznego. Powiatowy Inspektor Sanitarny we Wrocławiu radzi natomiast, by regularnie myć ręce i zapewniać czystość w miejscu pracy. – Teoretycznie moglibyśmy pracować, ale mamy zachowywać dystans. Tylko jak to pogodzić? – zastanawia się.
Ankieta przeprowadzona wśród prawie 4 tys. właścicieli zakładów pokazała, że 94 proc. boi się o swoje zatrudnienie, 97 proc. utrzymuje się tylko z usług kosmetycznych. 91 proc. sama je wykonuje, 30 proc. dodatkowo zatrudnia pracowników, z których ponad połowa jest na tzw. umowach śmieciowych, a tylko 34 proc. ma umowy o pracę.
Większość w branży stanowią kobiety. Znalazły się w szczególnie trudnej sytuacji. Tak jak Anna Oleszczuk, która ma salon kosmetyczny w Gdańsku. – Stoi pusty, a mnie zostały ogromne koszty – mówi. Jeszcze przed wprowadzeniem stanu zagrożenia te koszty rosły. Przed wybuchem epidemii za litr płynu do dezynfekcji płaciła 30 zł, a tuż przed zamknięciem salonu – niemal 500 zł. Maseczki chirurgiczne kosztowały góra 8 zł. A potem cena urosła do 50–60 zł. Dziś Anna Oleszczuk jest, tak jak wszyscy, z dziećmi w domu. Jej mąż pracuje w gastronomii, więc jego dochody również gwałtownie spadły. – Nie mamy oszczędności, dopiero spłaciliśmy zobowiązania związane m.in. z salonem. Nie wiem, co będzie za miesiąc – mówi.
Wojciech Wrona, prezes zarządu marki Victoria Vynn, dodaje, że branża to nie tylko fryzjerzy, kosmetyczki, stylistki, właściciele zakładów, ale też firmy szkoleniowe i kosmetyczne, dystrybutorzy produktów. – Ktoś powie: bez nowej fryzury czy paznokci można żyć. Jasne, ty możesz. Ale ktoś inny żył z wykonywania tych właśnie usług. I właśnie stracił tę możliwość – podkreśla.
Piotr Smykla, radca prawny Federacji Beauty Pro, ocenia, że rynek urodowy w Polsce jest wart ok. 20 mld zł. – To jedna z najbardziej perspektywicznych branż UE. Choćby dlatego warto ją ratować – mówi.
Czego potrzebuje branża, by podnieść się z zapaści? Słyszymy, że m.in. zwolnienia całkowitego lub częściowego na czas trwania stanu zagrożenia epidemicznego z konieczności zapłaty składek do ZUS, umorzenia w całości lub w części zaległości względem ZUS powstałych w tym okresie, przyznania ulg lub zwolnień podatkowych dla osób i podmiotów prowadzących działalność gospodarczą, zapewnienia w okresie stanu zagrożenia epidemicznego (i przez kolejne trzy miesiące) ustalonych ryczałtowych kwot dopłat lub „zasiłków” za utrzymanie zatrudnienia pracowników, uruchomienia łatwo dostępnych i nisko oprocentowanych linii kredytowych i pożyczek.
Czy ogłoszona wczoraj tarcza antykryzysowa zaspokoi część tych oczekiwań? – Dofinansowanie zatrudnienia przez państwo czy pożyczki dla mikrofirm to dobry kierunek, ale diabeł tkwi w szczegółach. Inne branże przechodzą na telepracę, wprowadzają rotacyjne dyżury, w naszej jest całkowity zastój – mówi Smykla. – Niestety, nie widzę dla nas skonkretyzowanych rozwiązań – dodaje.