Wraz z zakończeniem impeachmentu Donald Trump, najbardziej teflonowy polityk wszechczasów, rozpoczyna marsz po drugą kadencję.
Reklama
Magazyn DGP z 7 lutego 2020 / Dziennik Gazeta Prawna
Clint Eastwood we „Władzy absolutnej” doprowadza do upadku prezydenta, który jest zamieszany w zabójstwo. To samo nie mogłoby się przydarzyć Donaldowi Trumpowi, który przed wyborami w 2016 r. powiedział, że mógłby załatwić kogoś na środku Piątej Alei w Nowym Jorku – a i tak nie straciłby głosów.
Obecnego lokatora Białego Domu nic nie jest w stanie ruszyć. Przetrwał nawałnicę plotek o chaosie wewnątrz swojej administracji, skandal obyczajowy z aktorką porno w tle i wypłatą „hush money” (czyli pieniędzy za milczenie), gigantyczne śledztwo „New York Timesa” dotyczące źródeł fortuny Trumpów, które obaliło mit biznesowego geniusza, dochodzenie zespołu Roberta Muellera w sprawie związków jego otoczenia z Rosją oraz publikację niezbyt pochlebnego raportu końcowego, a także serię książek obnażających fatalne cechy charakteru nielicujące ze wzorem politycznego lidera.
Teraz okazało się, że opinia publiczna jest w stanie wybaczyć Trumpowi także próbę wykorzystania polityki zagranicznej do własnych celów. Zdanie „chciałbym jednak, żebyś wyświadczył nam przysługę”, które padło podczas rozmowy z nowo wybranym prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełeńskim, przejdzie z pewnością do historii Stanów Zjednoczonych.

Reklama
Tak samo jak fakt, że trzeci w historii prezydent USA postawiony w stan impeachmentu jest zarazem pierwszym, który mając ten ciężar na karku, będzie się ubiegał o reelekcję. W minionym tygodniu Trump zainaugurował zresztą swoją kampanię wyborczą.

Sukces czy porażka – 40 proc.

Bez wątpienia największą porażką demokratów, którzy parli do impeachmentu, jest fakt, że nie udało im się przekonać opinii publicznej, że prezydent zrobił coś niewłaściwego. Wskazują na to przede wszystkim sondaże. Według portalu FiveThirtyEight.com, który agreguje i uśrednia wyniki wielu badań nastrojów w społeczeństwie (dając najdokładniejszy obraz preferencji politycznych), w dniu, kiedy Senat oczyścił Trumpa z zarzutów, zadowolonych z pracy swojego lidera było 43,4 proc. Amerykanów.
Nie jest to oczywiście rekord – na rok przed końcem pierwszej kadencji zarówno Barack Obama, jak i George W. Bush czy Bill Clinton cieszyli się poparciem większym, nawet jeśli tylko o parę punktów procentowych. W kontekście kontrowersyjnej prezydentury Trumpa 43,4 proc. to jednak bardzo dużo – zwłaszcza że w ostatnich trzech latach poparcie dla niego oscylowało na poziomie 40–41 proc., nawet w najgorętszych okresach.
Co gorsza, demokratom nie udało się przekonać wyborców GOP (czyli Grand Old Party, jak brzmi zwyczajowa nazwa Partii Republikańskiej), że prezydent zrobił coś złego. Widać to w sondażach sprawdzających akceptację elektoratu dla usunięcia Trumpa z urzędu. I tutaj znów nieoceniony będzie portal FiveThirtyEight.com. Z zebranych tam badań opinii publicznej wynika, że 1 października ub.r. – krótko po tym, jak spikerka Izby Reprezentantów Nancy Pelosi ogłosiła rozpoczęcie dochodzenia w sprawie impeachmentu – za pozbawieniem prezydenta urzędu opowiadało się 13 proc. wyborców Partii Republikańskiej. 5 lutego było to już tylko 9 proc. (w przypadku elektoratu demokratów wartości te wyniosły odpowiednio 79 i 84,2 proc.).
Oznacza to tyle, że jedynym efektem impeachmentu jest okopanie się stron na swoich pozycjach.

Demokraci i desperaci

Być może jednak o to właśnie chodziło demokratom. W czasach ekstremalnej polaryzacji elektoratu doszli bowiem do wniosku, że muszą zewrzeć szeregi w obliczu wspólnego wroga – obecnego lokatora Białego Domu.
Jest to zresztą zagrywka prosto z repertuaru Donalda Trumpa. „Prezydent rozumie, że jak długo będzie się cieszył lojalnością republikańskich wyborców, tak długo nikt w partii mu nie podskoczy” – napisał na łamach magazynu „Politico” we wrześniu 2017 r. Alan Abramowitz, profesor nauk politycznych z Emory University w Atlancie. „Trump doskonale też wie, że najprostszą metodą na utrzymanie poparcia swojego elektoratu jest atakowanie najbardziej znanych postaci Partii Demokratycznej – Hillary Clinton i Baracka Obamy. Z tego względu to, co wygląda na niezdrową, twitterową obsesję, jest po prostu ćwiczeniem z team-buildingu – zręcznym zagraniem mającym na celu skupienie partii na wspólnym wrogu: demokratach. I jak na razie zapewnia to prezydentowi doskonałe wyniki” – podsumował badacz.
W myśl tej logiki demokraci nie mieli innego wyjścia, jak postawić Trumpa w stan impeachmentu, kiedy tylko nadarzyła się ku temu okazja. Partia zaczęła zastanawiać się nad strategią walki z prezydentem po tym, jak w połowie zeszłego roku załamało się wcześniejsze podejście oparte na oczekiwaniu na wyniki śledztwa Roberta Muellera. Były szef Federalnego Biura Śledczego przez prawie dwa lata prowadził dochodzenie w sprawie kontaktów prezydenta i osób z jego otoczenia z Rosjanami. Demokraci mieli nadzieję, że były szef FBI wręczy politykom dymiący pistolet – dowód, z którym nie będzie można polemizować – a ci wykorzystają go następnie do usunięcia lokatora Białego Domu. Tak się jednak nie stało, bo Mueller sformułował treść swojego raportu bardzo ostrożnie, nawet jeśli nie brakowało w nim politycznie obciążających ustaleń.
Ponieważ Mueller ani nie postawił w stan oskarżenia nikogo z bezpośredniego otoczenia Trumpa, ani nie odkrył nieprawidłowości jednoznacznie pogrążających prezydenta, ten zaraz po publikacji raportu mógł z radością ogłosić, że został oczyszczony z zarzutów. Narracji tej nie udało się już zmienić, nawet kiedy parę miesięcy później Mueller stanowczo stwierdził przed Izbą Reprezentantów, że jego raport absolutnie nie uniewinnia prezydenta.

Co dalej, czyli Bolton i kasa

Jeśli faktycznie plan demokratów polegał na tym, aby wywierać presję na Trumpa przy świadomości, że impeachment to przegrana sprawa, to takie podejście ustawia też ich strategię na ten rok. Chodzi o to, by w nadchodzących miesiącach nie dać prezydentowi ani chwili oddechu, a w wyborach zaprezentować swojego kandydata jako anty-Trumpa.
Pewne jest, że lewej stronie sceny politycznej z pewnością nie zabraknie paliwa. Demokraci mogą teraz np. wzywać do złożenia zeznań przed Izbą Reprezentantów wszystkich współpracowników prezydenta, których nie udało im się przesłuchać podczas procedury impeachmentu. Lokator Białego Domu zakazał bowiem swoim podwładnym stawiania się na przesłuchania impeachmentowe i wielu – w tym John Bolton, były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego (jedno z najważniejszych stanowisk w Stanach Zjednoczonych) – usłuchało swojego szefa.
I chociaż za odmowę zeznań można pozwać do sądu, to minęłoby zapewne wiele miesięcy, zanim delikwenci otrzymaliby nakaz stawienia się na Kapitolu. Demokraci zaś chcieli uniknąć wydłużania procedury o kolejne miesiące w trakcie trwania kampanii wyborczej i z tego względu nie zdecydowali się na prawną batalię z krnąbrnymi świadkami. Jednak teraz, kiedy impeachment się skończył, nic nie stoi na przeszkodzie, aby ciągać jednego za drugim (na liście do przesłuchania znajduje się także Mick Mulvaney, pełniący obowiązki szefa prezydenckiego gabinetu).
Szczególnie cennym świadkiem – jeśli faktycznie zdecyduje się zeznawać – będzie John Bolton. „The New York Times” podał niedawno, że były prezydencki doradca planuje wydać wspomnienia, w których znajdzie się fragment mocno obciążający jego eksszefa. Bolton pisze w swojej książce, że prezydent osobiście nakazał mu wykonanie telefonu do Wołodymyra Zełenskiego, aby upewnić się, że ten spotka się z Rudym Giulianim – osobistym prawnikiem Trumpa – i porozmawia o śledztwie w sprawie firmy zatrudniającej w przeszłości Huntera Bidena (syna byłego wiceprezydenta Joego, obecnie jednego z uczestników demokratycznych prawyborów).
Co więcej, Bolton miał również być świadkiem słynnego „quid pro quo” (fraza ta zrobiła w ciągu ostatnich miesięcy oszałamiającą karierę za Atlantykiem), czyli uzależnienia przez Trumpa wypłaty pomocy finansowej dla Ukrainy od gotowości Zełenskiego do współpracy przy poszukiwaniu haków na Bidenów. Jeśli Bolton faktycznie słyszał, że prezydent próbował ubić taki deal, to jego zeznania stanowiłyby poważny dowód podczas impeachmentu.
Jego książka to zresztą nie jest jedyna publikacja zawierająca niepochlebne dla Trumpa fragmenty, która niedługo trafi do księgarń – kolejną jest „Dark Towers: Deutsche Bank, Donald Trump and an Epic Trail of Destruction” (Ciemne wieże: Deutsche Bank, Donald Trump i Epicki Ślad Zniszczenia) autorstwa dziennikarza „New York Timesa” Davida Enricha (premiera zaplanowana jest na 18 lutego). Dotyka ona kolejnej dziedziny, w której demokraci będą chcieli pogrzebać w nadchodzących miesiącach, a mianowicie prezydenckich finansów.
Nie jest to nowy front walki z obecnym lokatorem Białego Domu. W zasadzie otworzył go sam Trump, wbrew tradycji nie udostępniając publicznie swoich formularzy podatkowych. Skutkiem tego jego majątkiem zainteresowali się demokraci, kiedy pod koniec 2018 r. przejęli kontrolę nad Izbą Reprezentantów. Skwapliwie skorzystali wówczas z przysługującego Kongresowi prawa do tego, aby zażądać od fiskusa formularzy PIT dowolnego obywatela. Kiedy jednak administracja skarbowa odmówiła wykonania polecenia, sprawa trafiła do sądu i na razie tam utknęła (31 marca Sąd Najwyższy zajmie się paroma innymi żądaniami o dostęp do zeznań podatkowych prezydenta).
Trump z pewnością będzie walczył wszystkimi dostępnymi środkami z próbami upublicznienia stanu jego finansów, bo dotykają one bardzo wrażliwej dla niego kwestii: mitu, jaki zbudował wokół siebie i swojej kariery jako biznesmen. Każdy dobry sprzedawca musi podkręcać odnoszone sukcesy – inaczej nie byłby dobrym sprzedawcą. Ale istnieją uzasadnione podejrzenia, że autor „The Art of the Deal” trochę w tym podkręcaniu przesadził. Trump stworzył wokół siebie narrację, że co prawda ojciec – majętny deweloper – zapewnił mu pewien kapitał na start (kilka milionów dolarów), ale tylko dzięki genialnemu zmysłowi biznesowemu zamienił go w miliardy.
W tę narrację uderza choćby wielomiesięczne śledztwo „NYT”. Dziennik ustalił, że transfery z ojca na syna były znacznie większe, niż chciałby to przyznać prezydent. Gazeta napisała również, że Trump senior często musiał wyciągać syna z biznesowych tarapatów. Dodatkowe światło na finanse nowojorskiego przedsiębiorcy rzuci z pewnością książka Enricha, której sercem jest historia związków między obecnym lokatorem Białego Domu a Deutsche Bankiem – instytucją finansową, która pożyczyła Trumpowi łącznie ok. 2 mld dol.

Złotousty

To wszystko może jednak nie wystarczyć, bo – jak już wspomnieliśmy – poparcia dla Trumpa nie była w stanie skruszyć żadna afera, a wyborcy go uwielbiają. Kochają za to, w jaki sposób do nich mówi – a mówcą jest doskonałym (chociaż zupełnie innego typu niż antyczni pionierzy sztuki oratorskiej). Ponieważ używa wielu nacechowanych emocjonalnie przymiotników (nie ma chyba zdania, do którego prezydent nie wcisnąłby słowa „wspaniały”), powtarza się, a nawet robi błędy językowe, słucha się jego przemówień, jakby były pogawędkami przy piwnie.
Cztery lata temu nie było na amerykańskiej scenie politycznej nikogo, kto dorównałby Trumpowi w sztuce komunikacji (a w kraju, gdzie takie umiejętności ćwiczy każde dziecko, to już coś znaczy). W nadchodzącym wyścigu prezydenckim także będzie się na tym tle wyróżniał.
Miał rację Cliff Sims, były pracownik biura prasowego Białego Domu, pisząc w książce „Team of Vipers” (Drużyna żmija), że Trump jest człowiekiem srebrnego ekranu (prezydent spędzał całe godziny, wyszukując wpadek i uchybień w realizacji programów telewizyjnych), że doskonała prezencja nie jest u niego czymś świadomym, wypracowanym, ale odruchem. Warto obejrzeć nagranie z któregoś z wieców wyborczych, na których bryluje. Pomimo ósmej dekady życia na karku prezydent nie wygląda na swój wiek i dalej jest w stanie mówić do ludzi przez dwie godziny non stop.
Z punktu widzenia elektoratu Trump jest nie tylko fajnym gościem, lecz także politykiem, który spełnia swoje obietnice. W polityce wewnętrznej tak naprawdę zaliczył tylko dwie wpadki. Jedna dotyczy ochrony zdrowia (nie udało się doprowadzić do likwidacji elementów znienawidzonej przez amerykańską prawicę tzw. Obamacare), druga – infrastruktury (nie doszło do obiecanego renesansu dróg lądowych i morskich w USA).
Ale nikt już tego nie pamięta, bo Trump stanął na czele konserwatywnej rewolucji, której największym osiągnięciem jest przesunięcie w prawo amerykańskiego sądownictwa na szczeblu federalnym – w tym przede wszystkim Sądu Najwyższego dzięki mianowaniu Neila Gorsucha oraz Bretta Kavanaugha. Do tego prezydentowi udało się przepchnąć reformę podatkową, której kluczowym elementem były olbrzymie ulgi dla przedsiębiorstw i osób prywatnych. Co więcej, skończył z cięciami budżetu wojskowego i zobowiązał się do modernizacji arsenału atomowego USA.
Do tego zgodnie z obietnicami skasował mnóstwo przepisów z czasów Obamy, przede wszystkim regulacji środowiskowych, a walkę z walką ze zmianami klimatu uczynił podstawą swojej polityki „America First” (wycofał Stany Zjednoczone z klimatycznego porozumienia paryskiego). Przejawem tego, że interesy amerykańskie są najważniejsze, było również wzniecenie konfliktów handlowych, nawet jeśli nie przyniosły one tak wspaniałych efektów, jak zapowiadał prezydent. Poza tym któremu wyborcy nie podobałoby się, że ich lider ściąga żołnierzy z powrotem do domu?
I nawet jeśli nie wszystkie inicjatywy prezydenckie były dobrze pomyślane lub nie wytrzymały zderzenia z sądami, to przynajmniej dzięki nim Trumpowi udało się zaprezentować jako zdecydowany przywódca, który nie boi się popełniać błędów, który przynajmniej coś robi (jak w przypadku zakazania wjazdu do USA mieszkańcom kilku krajów arabskich).
W nadchodzących wyborach prezydent ma się więc czym pochwalić. Co więcej, tym razem nie będzie musiał mierzyć się z opozycją w Partii Republikańskiej jak ostatnim razem (wielu konserwatywnych polityków podczas kampanii 2016 r. odwróciło się od biznesmena, kiedy upubliczniono taśmę, na której mówi, że jako gwiazda z łatwością może zdobyć względy kobiet, „pozwalają ci na wszystko – możesz nawet łapać je za cipkę”). Jak zauważył podczas impeachmentu były republikański senator z Arizony Jeff Flake, gdyby głosowanie senatorów w procesie było tajne, przeciw Trumpowi opowiedziałoby się co najmniej 35 z nich. A tak przeciw lokatorowi Białego Domu wystąpił jedynie Mitt Romney, senator z Utah i republikański kandydat na prezydenta z 2012 r.
Ostatecznie prezydenta nie spotyka krytyka nawet za grzechy, które wytykał innym. Ivanka Trump i Jared Kuschner – córka i zięć, obydwoje zatrudnieni w Białym Domu na stanowiskach starszych doradców – korzystali z prywatnej poczty elektronicznej do celów służbowych (Trump zrobił z tego jeden z głównych punktów krytyki Hillary Clinton w 2016 r.). To wszystko oznacza, że jego rywal z Partii Demokratycznej nie będzie miał łatwego zadania. Tym bardziej że w czerwonych stanach (głosujących zazwyczaj na GOP) na razie lokator Białego Domu wygrywa we wszystkich sondażach z przewagą kilkunastu punktów procentowych, bez względu na to, kto byłby jego przeciwnikiem.