W deklaracji końcowej Rosja została wskazana jako zagrożenie. Na szczycie nie pojawił się jednak prezydent Ukrainy.
Patrycja Chomicka, członek Zarządu Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego, szef Komitetu Organizacyjnego Warsaw Security Forum / DGP
Tak jak podawaliśmy w DGP w ubiegłym tygodniu, po naciskach Turcja wycofała swoje weto wobec planów ewentualnościowych dla Polski i krajów bałtyckich. Jeszcze we wtorek, przed wylotem na jubileuszowy szczyt NATO do Londynu prezydent Recep Tayyip Erdoğan groził, że blokada strategicznych dla Warszawy rozwiązań będzie trwała, aż Sojusz nie uzna walczącej w północnej Syrii partyzantki kurdyjskiej YPG za organizację terrorystyczną. Sekretarz generalny Paktu Jens Stoltenberg stwierdził tego samego dnia, że nie może obiecać rozwiązania kwestii planów na spotkaniu liderów organizacji w brytyjskiej stolicy. Wczoraj sytuacja zmieniła się o 180 stopni. – Plan obrony dla Polski i państw bałtyckich został zaakceptowany – powiedział Stoltenberg. – To wielkie osiągnięcie nie tylko dla jednego kraju, lecz dla całego regionu, ponieważ gwarantuje bezpieczeństwo naszych obywateli – powiedział prezydent Litwy Gitanas Nausėda.
O szantażu Turcji jako pierwszy napisał Reuters. Źródłem przecieku mieli być Francuzi, którzy, ujawniając te informacje, chcieli wywrzeć presję na Ankarę. Krótko po tym rozmówcy DGP przekonywali, że stanowisko Turcji odbierają jako formę nacisku na złagodzenie stanowiska m.in. USA, Francji i Niemiec wobec jej polityki w północnej Syrii. Jeszcze zanim wyciekła informacja o wecie, polska dyplomacja pracowała nad zmiękczeniem stanowiska Ankary. Podczas ubiegłotygodniowej wizyty w Kwaterze Głównej NATO w Brukseli szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Paweł Soloch spotkał się z przedstawicielami Turcji. W poniedziałek z Erdoğanem telefonicznie rozmawiał prezydent Andrzej Duda. We wtorek doszło do spotkania obydwu polityków w Londynie. Brali w nim udział również liderzy Litwy, Łotwy i Estonii. W tym samym mniej więcej czasie amerykański sekretarz obrony Mark Esper oświadczył, że nie ma mowy o uznaniu YPG za organizację terrorystyczną. – Mamy gotowe plany, by bronić wszystkich sojuszników. A w krajach bałtyckich i w Polsce po raz pierwszy w historii mamy gotowe do walki wojska sojusznicze. Plany są regularnie aktualizowane, dziś się zgodziliśmy na kolejną aktualizację – precyzował wczoraj na spotkaniu z dziennikarzami Stoltenberg. Nie odpowiedział na pytanie, co Ankara dostała w zamian za złagodzenie swojego stanowiska.
Również wczoraj Sojusz miał potwierdzić zaangażowanie w inicjatywę 4 x 30, czyli przygotowywanie do wystawienia 30 batalionów lądowych, 30 eskadr samolotów i 30 okrętów bojowych w 30 dni. Polska będzie tworzyła najpewniej jedno z sześciu dowództw brygad (obok Niemców, Francji, Hiszpanii, Włoch i Wielkiej Brytanii). Wystawi dwa bataliony oraz dwa niszczyciele min Kormoran (jeden wciąż jeszcze nie wszedł do służby). Dla porównania: Wielka Brytania wystawi brygadę, sześć okrętów, w tym dwa lotniskowce i dwie eskadry samolotów bojowych.
Na zakończonym wczoraj spotkaniu przyjęto również deklarację przywódców NATO. Zapisano w niej sformułowanie o „poważnym zobowiązaniu” do wypełniania zapisów art. 5, który zakłada, że atak „na jednego członka Sojuszu jest atakiem na wszystkich”. Potwierdzono również zasadę dążenia do przeznaczania na cele obronne 2 proc. PKB przez każde państwo należące do organizacji. W dokumencie pojawiły się również zapisy, które wprost definiują Rosję jako zagrożenie („agresywne działania Rosji stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa euroatlantyckiego” oraz „odpowiadamy i będziemy odpowiadać w rozsądny sposób na rozmieszczanie przez Rosję pocisków średniego zasięgu (…) co stanowi znaczne ryzyko dla bezpieczeństwa euroatlantyckiego”). Wspomniano również o utrzymaniu polityki otwartych drzwi do Sojuszu i wskazano Macedonię Północną jako przyszłego członka organizacji. Ani słowem w deklaracji nie zostały wspomniane Ukraina i Gruzja. Wołodymyra Zełenskiego nie było wczoraj w Londynie. Jego poprzednik Petro Poroszenko brał udział w szczytach NATO. Mimo że Ukraina nie jest członkiem organizacji zaangażowana, jest w kilka istotnych programów współpracy z Sojuszem. Jak przekonuje rozmówca DGP, Zełenski do Londynu nie został jednak nawet zaproszony. Kijów reprezentował szef MSZ Wadym Prystajko.
Polskę na spotkaniu przywódców Sojuszu w Londynie reprezentował prezydent Duda, który w gronie dzewięciu państw przeznaczających 2 proc. PKB na wojsko, spotkał się z Donaldem Trumpem. Głowa polskiego państwa miała w Londynie również spotkanie z Emmanuelem Macronem.

rozmowa

Trump odczarował sen Sojuszu o wiecznej gotowości Stanów Zjednoczonych

dr Dominik Héjj, analityk Instytutu Europy Środkowej, twórca portalu Kropka.hu / DGP
Przysłuchiwała się pani rozmowom na szczycie w Londynie. Czy Recep Tayyip Erdoğan swoim działaniem, m.in. w kwestii planów ewentualnościowych dla Polski i państw bałtyckich, trwale upośledza możliwości NATO?
Oświadczenie ze strony prezydenta Erdoğana powinno być traktowane jako blef i karta przetargowa. Niezależnie od celu politycznego, który stał za wypowiedzią prezydenta, należy pamiętać, że każde państwo członkowskie NATO samo analizuje zasadność zastosowania artykułu 5, tj. czy doszło do „agresji” na państwo sojusznicze. Deklaracja Erdoğana jest raczej terapią szokową i próbą uzyskania silniejszej pozycji negocjacyjnej, nie zaś realnym zagrożeniem dla Sojuszu.
Czy to, co Emmanuel Macron nazwał „śmiercią mózgową” NATO, zaczęło się dopiero za Trumpa, czy już pierwsze symptomy były za prezydentury Obamy, kiedy USA zaczęły się koncentrować na Pacyfiku? Macron w rozmowie z „The Economist” nazywał Obamę prezydentem Pacyfiku.
Jeśli przez „śmierć mózgową” rozumiemy brak gotowości Stanów Zjednoczonych do zaangażowania militarnego w Europie w przypadku agresji, nie można wskazać prezydentury Donalda Trumpa jako przełomowej. Polityka malejącego zaangażowania w Europie, na Bliskim Wschodzie, w Azji charakteryzowała drugą kadencję Baracka Obamy. Jeśli chcemy tym pojęciem określić przywiązanie Stanów Zjednoczonych do struktur i wartości NATO, polityka i krytyczne wypowiedzi prezydenta Trumpa – zwłaszcza na szczycie w Brukseli w 2018 r. – są jednak „odczarowaniem” nadziei, że niezależnie od swoich możliwości obronnych Europa zostanie uratowana przez Waszyngton.
Kto i dlaczego mógłby dołączyć do Francji w ocieplaniu relacji z Rosją i Chinami?
Wypowiedź prezydenta Macrona została odebrana jako ostrzeżenie przez wielu przywódców państw członkowskich NATO. Prezydent Trump określił komentarz jako „okropny” i wskazał, że drogi NATO i Francji mogą się rozejść. Jasna pozycja Stanów Zjednoczonych w tym zakresie wpłynęła również na odbiór słów Macrona w Europie – trudno jest sobie wyobrazić, żeby Niemcy, Polska lub państwa bałtyckie miały reagować z entuzjazmem na nową politykę Francji. Wśród państw NATO Francja może liczyć się z poparciem ze strony Węgier – co zasugerował Macron w swojej wypowiedzi – ale nawet Viktor Orbán będzie raczej oszczędny w równie jednoznacznych deklaracjach.

opinia

Putinowi świeczka, Trumpowi ogarek

W szczycie NATO udział bierze także premier Viktor Orbán, który w kolejnym tygodniu uda się do Tokio” – tak brzmiała wczoraj informacja zamieszczona w jednej z sympatyzujących z Fideszem gazet. O obecności premiera w Londynie wiadomo jednak niewiele. Agencja MTI informowała jedynie o uroczystości w węgierskiej ambasadzie, w czasie której premier wręczył odznaczenia państwowe. Widać go także na wspólnym zdjęciu z królową Elżbietą II oraz przed drzwiami przy Downing Street 10.
Kiedy we wtorek płynęły już pierwsze komunikaty dotyczące sporu w łonie NATO, Orbán na portalu społecznościowym zamieszczał zdjęcia z fabryki papryki na Węgrzech. Niemal w tym samym czasie prezydent Rosji Władimir Putin wydawał w Soczi komunikat o szkodliwości rozszerzania NATO oraz jego zaangażowania w Europie Środkowej i państwach bałtyckich.
O szczycie mówił jedynie szef dyplomacji Péter Szijjártó. Polityk, który już tradycyjnie w przeddzień ważnych spotkań z politykami zachodnimi rozmawiał z szefem Gazpromu o nowej, długoletniej umowie gazowej. W jednym z wystąpień Szijjártó stwierdził, że wyzwaniem dla Sojuszu powinno być przeciwdziałanie terroryzmowi. Oznacza to zatem, że NATO powinno mieć na uwadze nie tylko Wschód, lecz także Południe.
Słowa te brzmią szczególnie dobitnie w kontekście postulatów Europy Środkowej. Brak aktywności premiera w czasie szczytu NATO nie był przypadkiem, a kalkulacją i przemyślanym działaniem. Budapeszt dba o dobre relacje z Putinem i Recepem Erdoğanem; obaj gościli w węgierskiej stolicy odpowiednio 30 października i 7 listopada. Poza Bułgarią to właśnie Węgrzy komunikowali, że inwazja turecka na Syrię leży w interesie Budapesztu, bo wstrzymuje nielegalnych migrantów. Mimo to Budapeszt nie uznał kurdyjskich organizacji za terrorystyczne.
Węgierskie media podkreślają, że reset w relacjach z Rosją miał postulować prezydent Emmanuel Macron, oficjalnie zatem to nie stanowisko Orbána jest prorosyjskie, a Francji. Oznacza to, nie po raz pierwszy zresztą, że premier Węgier będzie mógł powiedzieć, iż wpisuje się tylko w główny nurt polityki. Dla Orbána NATO to Donald Trump. W maju premier gościł w Waszyngtonie. Węgry mają łożyć 2 proc. PKB na armię w 2026 r., a na razie zadeklarowały zakup myśliwców bojowych F-35, które mają zastąpić wysłużone gripeny. Ocieplenia z USA nie ma, chociaż fakt niekrytykowania przez amerykańskie władze poczynań węgierskiego rządu to już dużo.
Najciekawszym z perspektywy Węgier wydarzeniem była deklaracja szefa MSZ Ukrainy Wadyma Prystajki, który powiedział „Jewropejśkiej Prawdzie”, że Węgry zaniechają blokowania integracji Kijowa z NATO. Ma się tak stać po tym, jak ukraiński parlament zajmie się nowelizacją ustawy edukacyjnej, która od 2017 r. stanowi kość niezgody między Węgrami a Ukrainą. Postawa premiera wpisuje się w tworzenie trudnych do połączenia sojuszy z Chinami, Niemcami, Rosją, Turcją i USA. W tym układzie pozostaje im jednak coraz mniej miejsca na balansowanie w przewidywalny dla partnerów sposób.