Standardowa scena z Polski: Małgorzata Kidawa-Błońska jest podobno wściekła na Grzegorza Schetynę za to, że namówił Jacka Jaśkowiaka do kandydowania w prawyborach prezydenckich w Koalicji Obywatelskiej. Konflikt urósł do takich rozmiarów, że wicemarszałek Sejmu nie będzie głosować na Schetynę w wyborach na szefa partii.
Reklama
Jaśkowiak zaprzecza, że szef PO go werbował, jednak informator dziennikarzy dzieli się historiami, jak to Schetyna miał do późnej nocy wydzwaniać do prezydenta Poznania i na niego naciskać. Andrzej Stankiewicz z Onetu pisze, że lider Platformy specjalnie chciał stworzyć pozór rywalizacji różnych nurtów Platformy, żeby odciągnąć uwagę opinii publicznej od własnych kłopotów w partii.
W zasadzie o prawyborach w ścisłym słowa znaczeniu nie może być mowy. To kolejny miraż demokratycznych procedur. Technologia polityczna. A Grzegorz Schetyna swobodnie używa go sobie do załatwiania partyjnych interesów. W PO w kontekście wyborów prezydenckich nie dzieje się to po raz pierwszy. Kiedy startowała kampania 2010 r. i Lech Kaczyński ubiegał się o reelekcję, oczy całej Polski był zwrócone na premiera Donalda Tuska, czy podejmie wyzwanie i zawalczy o Pałac. Ten jednak pozostał na czele rządu, zorganizował w Platformie „prawybory” i... palcem wskazał, że zetrą się w nich Bronisław Komorowski i Radosław Sikorski. Zakładając jednocześnie, że ten drugi nie ma partyjnego zaplecza i kandydatura Komorowskiego będzie tylko przyklepana przez działaczy z regionów. Tak też się stało. Tymczasem jak dotąd jedyne w ścisłym słowa znaczeniu prawybory w PO odbyły się, kiedy partia kiełkowała przed kampanią 2001 r. Odpadli w nich wówczas bardzo znani działacze jak Piotr Żak i Jerzy Borowczak. Ten ostatni po latach wrócił do polityki.
W Polsce przez pierwsze dwie dekady po odzyskaniu wolności organizowano przed wyborami coś, co powszechnie nazywano prawyborami. Tak naprawdę było to jednak quasi-sondażem robionym publicznie (ale nieprofesjonalnym, bo brakowało porządnej naukowej próby) i trochę plebiscytem popularności o ograniczonym zasięgu. Z selekcją kandydatów nie miało to nic wspólnego. Chociaż, przyznajmy – na lata zatruło powszechną wyobraźnię fałszywym znaczeniem tego pojęcia. Po raz pierwszy takie wstępne głosowanie zorganizowano podczas festynu we Wrześni w Wielkopolsce w 1993 r., którą na podstawie wyników poprzednich wyborów uznano za „Polskę w pigułce”.
Była to raczej zabawa połączona z prezentacją kandydatów. Wyniki radykalnie odbiegały od tych, jakie miały miejsce w późniejszych wyborach. Postkomunistyczna lewica oraz Unia Pracy zostały wtedy mocno przeszacowane. Tak samo jak Unia Demokratyczna i Kongres Liberalno-Demokratyczny (było to przed połączeniem obu partii w UW. KLD potem w wyborach nie przekroczył progu). Za to znikomy rezultat we wrześnieńskim plebiscycie uzyskało m.in. Polskie Stronnictwo Ludowe, które w prawdziwym głosowaniu zajęło mocne drugie miejsce i stworzyło rząd w koalicji z SLD z własnym liderem Waldemarem Pawlakiem na czele. Potem jeszcze takie prawybory organizowano przy okazji kolejnych kampanii prezydenckich i parlamentarnych w różnych „Polskach w pigułce”, m.in. w Nysie i Wieruszowie. Po raz ostatni w 2009 r., kiedy wybieraliśmy swoich posłów do Parlamentu Europejskiego.
W Stanach Zjednoczonych prawybory to demokratyczna instytucja. Nie mniej ważna od oficjalnych wyborów. Są one organizowane przez dwa hegemoniczne stronnictwa – Partię Republikańską i Partię Demokratyczną, ale nadzór nad ich przeprowadzeniem jest pilnowany przez władze. Co więcej, każdy stan ma swoje odrębne przepisy i inny kalendarz prawyborczy.
Pierwsza taka próba kandydatów na prezydenta ma miejsce w małym rolniczym stanie Iowa. Trzeba przypomnieć, że w 2008 r. po znakomitym wyniku uzyskanym właśnie tam przez Baracka Obamę zaczęła się droga do prezydentury ówczesnego senatora z Illinois. To były zresztą historyczne prawybory u demokratów, bo pojedynek między nim a faworyzowaną wcześniej Hillary Clinton trwał od stycznia do czerwca, kosztował miliony dolarów i wzięło w nim udział 35 mln wyborców. Osiem lat później sytuacja z prawdziwie demokratycznym procesem powtórzyła się u republikanów, kiedy pewien biznesmen z Nowego Jorku bez partyjnego zaplecza, za to z Twitterem i masą rewolucyjnych poglądów, pokonał senatorów, gubernatorów i innych bonzów establishmentu – zostając w końcu prezydentem.
We Francji prawybory są z kolei kontrolowane przez partyjne kierownictwo. Lider partii jest zawsze naturalnym kandydatem na prezydenta, ale procedur się przestrzega. Kiedy Nicolas Sarkozy planował w 2017 r. powrót do wielkiej polityki, wystartował w partyjnym plebiscycie Republikanów. Przegrał i jak nakazują reguły – poparł zwycięzcę. Czyli swojego byłego premiera Françoisa Fillona. Później zaangażował się w jego kampanię. Podobnie zrobiła Segolene Royal, przegrawszy partyjną rozgrywkę w 2012 r.
Również w Polsce buzuje idea prawyborów. Przecież ruch Pawła Kukiza wziął się od Zmielonych.pl, a potem prezentował całą gamę haseł demokracji bezpośredniej, które udało się zakorzenić w debacie publicznej. Co prawda sam Kukiz wchłonięty przez PSL, które przez lata za brak demokracji krytykował, nie ma już mandatu do walki o takie rozwiązania. Dziś do nich odwołuje się sympatyzujący z PO Komitet Obrony Demokracji, którego działacze też chcieliby mieć większą sprawczość w polityce. Na jednym z ostatnich spotkań tej organizacji szeregowi działacze nie kryli oburzenia, że po czterech latach demonstrowania na ulicy Grzegorz Schetyna ich lekceważy i nie daje prawa zaprezentowania swojego kandydata w prawyborach. Ludzie z KOD chcieli wypromować od zera prof. Marcina Matczaka i przy okazji używają argumentu, że „pięć lat temu Andrzeja Dudy też nikt nie znał”.
Co ciekawe, jedyną formacją, która postawiła na demokratyczną rywalizację w nadchodzących wyborach prezydenckich, jest Konfederacja. Trzeba wpłacić 30 zł, przyjść na spotkanie z kandydatami i wrzucić głos do urny. Tak jest w każdym województwie. To rozwiązanie będzie procentować. Miejmy nadzieję, że nie tylko Konfederacji.