Bez względu na to, która partia wygra zbliżające się wybory w Wielkiej Brytanii, jedno jest pewne: po 12 grudnia 2019 r. skończy się w historii kraju ciemna epoka austerity – oszczędności i zaciskania pasa, jaka zaczęła się krótko po wybuchu kryzysu finansowego.
Powód jest prosty: przed najważniejszymi wyborami od lat żadne z ugrupowań nie zaryzykuje straszenia Brytyjczyków dalszymi oszczędnościami. Zwłaszcza że długotrwałe efekty tych cięć, przede wszystkim pod postacią zapaści w służbie zdrowia i wydłużających się kolejek do lekarzy i na leczenie, zaczynają poważnie doskwierać wyborcom. W końcu to czerwony autobus z wypisaną na boku liczbą dodatkowych 350 mln funtów tygodniowo na służbę zdrowia był jednym z koronnych argumentów przed referendum brexitowym w 2016 r.
Jako pierwsi perspektywami na poluzowanie mieszków z publicznymi pieniędzy zaczęli jeszcze w wakacje mamić konserwatyści. Boris Johnson, wówczas świeżo upieczony przewodniczący torysów i premier Jej Królewskiej Mości, doskonale wyczuł nastroje brytyjskiej publiki. Zrozumiał, że od brexitu ludzie dostają torsji. Więc zaproponował radykalnie inny przekaz: zaczął mówić o tym, jakie niesamowite możliwości rozwód z Brukselą zapewni Londynowi.