Sankcje to najczęściej używana broń Donalda Trumpa. Turcja otrzymała na razie ostrzeżenie.
Reklama
Waszyngton ma obecnie sankcje nałożone na 31 krajów. Zwłaszcza dla obecnego lokatora Białego Domu stanowią one często używany instrument polityki zagranicznej. Także na inwazję wojsk tureckich amerykańska administracja zareagowała zapowiedzią obłożenia Ankary sankcjami.
Prezydent zdecydował się na ten krok po tym, jak spadła na niego fala krytyki za decyzję o wycofaniu amerykańskich żołnierzy z Syrii. Jeszcze w niedzielę tłumaczył na Twitterze, że prace nad środkami dyscyplinującymi Ankarę trwają pełną parą. Prawdopodobnie zostaną nałożone do końca tego tygodnia. „Departament Skarbu jest już gotowy, chociaż może trzeba będzie dopisać nóżkę prawną. Mamy co do tego zgodę. Turcja prosiła, aby tego nie robić. Nie wyłączajcie odbiorników!” – napisał prezydent.
Nie oglądając się na USA, własne sankcje planują również państwa Unii Europejskiej. Chociaż turecka ofensywa zdominowała wczorajsze spotkanie szefów dyplomacji państw unijnych w Luksemburgu, zaledwie cztery kraje zdecydowały się na zakaz eksportu broni (Finlandia, Francja, Niemcy i Szwecja). „Unia Europejska potępia działania armii tureckiej, które uderzają w stabilność i bezpieczeństwo całego regionu, powodują jedynie większe cierpienia ludności cywilnej oraz poważnie zaburzają dostęp do pomocy humanitarnej” – czytamy w komunikacie wydanym po spotkaniu.
Embargo na dostawy broni rozważa również kilka kolejnych krajów, ale cała Unia raczej nie zdecyduje się na żaden poważniejszy ruch poza potępieniem tureckich działań w północnej Syrii. Wymaga to bowiem jednomyślności wszystkich 28 krajów, tymczasem Turcja ma w UE kilku sojuszników (zgodnie z przeciekami przeciwko bardziej radykalnym środkom opowiedziały się Bułgaria i Węgry).
Niemniej jednak ministrowie zobligowali służbę dyplomatyczną UE do przygotowania listy osób z Turcji związanych z sektorem paliwowo-energetycznym, na które mogłyby zostać nałożone unijne sankcje. Tymczasem sama zapowiedź potępienia ataku przez UE sprawiła, że turecki prezydent Recep Tayyip Erdoğan, zwany przez media sułtanem, zaczął grozić Europie wysłaniem na nią migrantów. W ramach umowy z 2016 r. opiewającej na 6 mld euro Turcja powstrzymuje nielegalne przeprawy na greckie wyspy.
Komentatorzy zastanawiają się jednak, na ile skuteczne mogą być sankcje USA. Z jednej strony wymiana handlowa z USA nie jest znacząca dla tureckiej gospodarki. W 2018 r. Turcja wysłała do Stanów Zjednoczonych towary o łącznej wartości 10 mld dol. To głównie maszyny, pojazdy, produkty rolne i dywany. Z drugiej strony turecka gospodarka dopiero w tym roku łapie oddech po tąpnięciu, które w ciągu dwóch lat przyniosło spadek wartości liry o 40 proc. Nowe sankcje mogłyby prowadzić do dalszej dewaluacji waluty.
Tymczasem sytuacja w północnej Syrii się zaostrza. Kurdowie, przyciśnięci przez Turków do ściany i pozostawieni samym sobie przez Amerykanów, zwrócili się po pomoc do prezydenta Syrii Baszara al-Asada. Wczoraj oddziały wierne dyktatorowi z Damaszku weszły do kontrolowanej przez Kurdów północno-wschodniej części kraju, od której dotychczas trzymały się z daleka.
„Donald Trump od dawna obiecywał wycofanie wojsk amerykańskich. Rozumiemy to. Ojcowie chcą zobaczyć uśmiech dzieci siedzących na kolanach, a kochankowie usłyszeć szept swoich partnerów. Wszyscy chcą wrócić do domu” – napisał w liście opublikowanym przez „Foreign Policy” głównodowodzący syryjskich Kurdów gen. Mazlum Abdi. „W świetle tureckiej inwazji i śmiertelnego zagrożenia, jakie stanowi ona dla naszych ludzi, musimy jednak przemyśleć nasze sojusze. Rosjanie i Syryjczycy złożyli nam ofertę, która może ocalić miliony istnień. Nie ufamy ich obietnicom i szczerze mówiąc, nie wiemy już, komu możemy ufać” – stwierdził generał.
Otwarte pytanie brzmi, jak udział Syryjczyków wpłynie na turecką ofensywę. Prezydent Erdoğan musi mieć świadomość, że siły Asada znajdują się pod ochroną rosyjskiego lotnictwa oraz że Moskwa nie zareaguje zbyt dobrze na ataki na sojusznika, którego od kilku lat sporym kosztem stara się wspierać. Z tego względu, atakując siły z Damaszku, Ankara ryzykuje wejście w bezpośredni konflikt z Moskwą. Tego raczej prezydent Erdoğan wolałby uniknąć, pamięta bowiem doskonale 2016 r., kiedy turecka artyleria przeciwlotnicza zestrzeliła rosyjski myśliwiec. Pomimo początkowych, buńczucznych zapowiedzi turecki lider przepraszał później Władimira Putina.
Kurdyjska prośba o ochronę ma jeszcze inną konsekwencję: przybliża Asada do odzyskania kontroli nad całą Syrią. Po likwidacji punktów oporu na południu, zachodzie i północy (Aleppo) kraju rząd z Damaszku kontroluje dwie trzecie Syrii. Kurdowie, po odebraniu terenów samozwańczemu Państwu Islamskiemu, jedną trzecią. Jeśli strony dogadają się w przyszłości co do jakiegoś modelu federacji albo szerokiej autonomii na wzór Iraku, konflikt w Syrii może dobiec końca.
Bułaria i Węgry bronią Ankary na forum Unii Europejskiej