Dostaliśmy piłkę do ścięcia, grzech byłoby nie skorzystać” – słyszę od polityków PiS po wywiadzie Pawła Rabieja dla DGP. – Nie jestem zwolennikiem zmieniania społeczeństwa na siłę, więc jestem za etapowaniem: najpierw wprowadźmy związki partnerskie, potem równość małżeńską, a na koniec przyjdzie czas na adopcję dzieci – mówił w rozmowie z Robertem Mazurkiem wiceprezydent Warszawy. Nie trzeba być Seneką, żeby szukać korzyści politycznych w tych słowach.
Skoro w Polsce kontrowersje budzą związki partnerskie, to poruszanie tematów takich jak wprowadzenie homoseksualnych małżeństw, nie mówiąc o adopcji dzieci, musi być prezentem w kampanii PiS. Konsekwencją wywiadu były słowa Jarosława Kaczyńskiego na sobotniej konwencji PiS: „Wara od naszych dzieci”. Gdyby wierzyć części komentatorów – po słowach Rabieja wybory są już przesądzone.
To jednak uproszczona interpretacja. Podbijanie tematu karty LGBT czy wypowiedź Rabieja pewnie nie przysłużyły się notowaniom Koalicji Europejskiej. Czym innym jest jednak odpowiedź na pytanie, czy takie słowa mogą być punktem zwrotnym w kampanii. Otóż wcale nie muszą.
Reklama
Narastająca polaryzacja powoduje, że spór staje się ważniejszy od przedmiotu tego sporu. – To widać w badaniach. W zasadzie nie ma miejsca na coś, co nie jest PiS-em albo anty-PiS-em. Trzeba się opowiedzieć – mówi nam jeden ze sztabowców. To widać zwłaszcza w mediach społecznościowych. Tam od dawna obowiązuje zasada znana z Dzikiego Zachodu – „Najpierw strzelaj, potem pytaj”. Jeśli PiS zarzuca, że przedszkola i szkoły staną się ośrodkami seksualizacji dzieci i młodzieży, czołowi opozycyjni politycy dementują. Ale internauci o sympatiach antypisowskich nie wdają się już w polemiki. Za to jako kontrargument pojawia się pogląd o PiS kryjącym pedofilię w Kościele. Po drugiej stronie jest podobnie. Gdy PO zaczęła grać argumentem premii w rządzie Beaty Szydło czy wynagrodzeniami współpracowniczek prezesa NBP Adama Glapińskiego, natychmiast przywoływano lukę w VAT z konkluzją: „A wy ukradliście więcej”.

Reklama
Reakcja na słowa Jarosława Kaczyńskiego jest podobna. „Wara od dzieci? Od czyich dzieci? Kto ma dzieci?” – pytano. Przedmiot sporu staje się nieistotny. Ważny jest atak sam w sobie.
Atmosfera przypomina więc stary dowcip o pojedynku dwóch komputerów, amerykańskiego i sowieckiego. Oba miały dowieść, że ich system jest lepszy. Oba przerzucały się danymi i przez długi czas był remis. W końcu amerykański komputer wydał komunikat: „U was jest głód”. Sowiecki się zagotował. Zadymił. I po dłuższym czasie na ekranie pojawiła się wiadomość: „A wy bijecie Murzynów”.
Niestety, wiele wskazuje, że według tej logiki będą toczyły się dyskusje. Nie o kimś czy o czymś, a przeciwko komuś lub czemuś. To powoduje, że mimo wszystko liderzy dwóch głównych bloków mogą spać spokojnie. Ułożyli stos opału. Podłożyli ogień i spokojnie mogą patrzeć, jak płomienie zabierają tlen mniejszym ugrupowaniom. Wiosna Roberta Biedronia ogłaszana jako przełom na polskiej scenie politycznej miała jeszcze w zeszłym miesiącu dwucyfrowe wyniki w sondażach. Jeśli popatrzymy na najnowsze badania tych samych sondażowni, to są już o połowę mniejsze.
Co ciekawe, w większym stopniu zjawisko „bycia przeciw” jest spoiwem dla opozycji. Pokazują to wyniki badania CBOS dotyczące więzi elektoratu z partiami, o których usłyszeliśmy od jednego z politycznych strategów. Blisko połowa wyborców nie ma partii, którą określiłaby jako bliską sobie lub bliższą niż inne. Z kolei spośród badanych deklarujących bliskość jakiegoś ugrupowania najwięcej wskazuje PiS. To ponad połowa. Dla zajmującej kolejne miejsce PO ten odsetek jest kilkukrotnie niższy. To pokazuje, że w przypadku opozycji potężnym spoiwem jest bycie anty-PiS-em. Bo duża część wyborców popiera największą partię opozycyjną nie dla niej, a przeciw PiS. Mimo krytyki lidera PO, że na tym buduje swoją strategię, badania wskazują, że obrał słuszny kurs. Oczywiście do momentu, kiedy ktoś inny nie krzyknie: „Prawdziwy anty-PiS to ja”.