Wczoraj w stolicy Albanii wielotysięczny tłum ponownie domagał się ustąpienia premiera. Akcje wymierzone w skorumpowane władze trwają w stolicach niemal wszystkich państw regionu.
Reklama
W Tiranie, stolicy Albanii, tłum stanął naprzeciw oddziałom policji, które odgradzały protestujących od budynku parlamentu. Tysiące osób gromadzą się regularnie w centrum miasta od wielu tygodni. Ich głównym żądaniem jest rezygnacja premiera Ediego Ramy. Lulzim Basha, lider opozycyjnej Demokratycznej Partii Albanii, w trakcie wczorajszego protestu przypomniał litanię zarzutów skierowanych pod adresem premiera i działaczy jego Socjalistycznej Partii Albanii: korupcję, nepotyzm i oszustwa wyborcze. Podobne oskarżenia słychać także w pozostałych stolicach państw Bałkanów Zachodnich.
W zeszłą sobotę ponad 10 tys. osób wyszło na ulice Belgradu. Zgromadzeni protestowali przeciwko prezydentowi Serbii Aleksandrowi Vučićowi i jego Partii Progresywnej. Protesty powtarzają się co sobotę od 8 grudnia zeszłego roku. Ogólne wrażenie rozmontowywania demokratycznego aparatu państwa miesza się z wieloma mniejszymi zarzutami, jak np. posądzenie jednego z burmistrzów, który jest członkiem partii Vučića, o molestowanie seksualne.
W rękach protestujących często widoczne są banery z napisem "1 z 5 milionów", które nawiązują do słów prezydenta, że nie przejmie się krytyką, nawet gdy na ulicę wyjdzie 5 mln osób. Serbowie domagają się jego ustąpienia, zmiany prawa wyborczego i uwolnienia mediów spod kontroli władzy. Solą w oku demonstrujących jest w szczególności tabloid "Informer", który stale atakuje niezależne media i politycznych oponentów prezydenta.
Do regularnych protestów dochodzi także w Podgoricy, stolicy Czarnogóry. I tam zarzuty, które mobilizują demonstrujących, koncentrują się wokół skandali korupcyjnych. Prezydent Milo Đukanović, który kontroluje krajową politykę nieprzerwanie od trzech dekad, został oskarżony przez byłego współpracownika o przyjmowanie wielomilionowych sum. Demonstrujący, którzy od czterech tygodni wychodzą na ulice z hasłami ”Milo, złodziej„, domagają się jego ustąpienia do 15 marca. Grożą, że w razie niespełnienia żądań zostaną na ulicach.
Niepokoje dotykają również Kosowa, gdzie złość budzą rządowe projekty mogące zniszczyć dziką przyrodę na terenie republiki, ale i będącej od 2013 r. w UE Chorwacji. W ubiegłą środę na ulice Zagrzebia wyszły setki dziennikarzy, którzy protestowali przeciwko atmosferze narastającego strachu, w jakiej muszą pracować. Argumentowali, że w ostatnich latach rządowi politycy wytoczyli przeciwko nim tysiące spraw sądowych, próbując de facto ograniczyć wolność słowa i prowadzone przez nich śledztwa.
Protesty mają swoje lokalne uwarunkowania, ale klamrą spajającą gniew obywateli jest panosząca się na szczytach władzy korupcja. Kraje Bałkanów Zachodnich rządzone są przez polityków, którzy z jednej strony orientują się na Unię Europejską, a z drugiej strony wykorzystują prozachodnie dążenia, aby przykryć nadużycia władzy i kumulowanie kontroli nad państwowymi instytucjami w rękach jednego obozu politycznego.
W Serbii i Albanii niepokojom na ulicach towarzyszy kryzys parlamentarny. Opozycja w tych krajach, w reakcji na niesłabnące demonstracje, odmawia udziału w sesjach parlamentu. Politycy opozycji wskazują, że rządzący i tak nie respektują zasad demokratycznej debaty. W sytuacji narastającego impasu prezydent Aleksandar Vučić nie wyklucza zorganizowania w Serbii przedterminowych wyborów.
W napiętej sytuacji i złożonych uwarunkowaniach regionu Bałkanów Zachodnich coraz bardziej wydaję się gubić unijna dyplomacja. Dotychczas zarówno odpowiadająca za politykę zagraniczną UE Federica Mogherini, ja i komisarz ds. rozszerzenia UE Johannes Hahn stawiali na obecnie rządzących polityków. Unijni urzędnicy regularnie wypominali liderom błędy i potrzebę wprowadzania dalszych reform, ale też widzieli w nich gwarancję stopniowego zbliżania się regionu do standardów Wspólnoty. W zeszłym tygodniu Mogherini i Hahn wspólnie zwrócili się do albańskiej opozycji, aby ta powróciła do parlamentu.
Niemiecki magazyn "Spiegel" analizując kryzys w regionie, dotarł do unijnego dyplomaty wysokiej rangi pracującego w Belgradzie. Ten anonimowo twierdzi, że polityka UE wobec Bałkanów Zachodnich przeżywa właśnie załamanie, a masowe protesty nie są dostrzegane przez Brukselę.