- Patrzę na prezydenta Dudę i czuję, że go korci, by odciąć się od PiS, pewnie by mu to pomogło w wyborach. Ciekawe, co zrobi? - zastanawia się podczas rozmowy z Magdaleną Rigamonti Bronisław Komorowski, były Prezydent RP.
Nadal pan poluje?
To prywatna część mojego życia.
Jednak dziki stały się państwowe.
Reklama
Ale ich odstrzał to skandal. Organizacja ustroju łowiectwa w Polsce to pozostałość po socjalizmie. Zwierzyna jest państwowa, a myśliwi nie respektują prawa własności ziemi. Państwo uznaje myśliwych za swoją własność i teraz każe im wystrzelać dziki z lochami i przychówkiem. Zamienia nas w plutony egzekucyjne. To sprzeczne z naszą etyką. Dlatego większa część myśliwych powiedziała, że się na egzekucje nie zgadza, ja również.
Czyli jednak pan poluje.

Reklama
Nie zgadzam się na nieetyczne polowania.
Dlaczego pan nie startuje?
W wyborach do Parlamentu Europejskiego? Pani też o tym chce rozmawiać? Te pytania mają już chyba dwuletnią historię. Traktuję to jednak jako coś śmiesznego, a nie przykrego. Jeden dziennikarz wymyślił, drugi powtórzył, a trzeci pyta, dlaczego nie startuję, a przecież miałem.
„To jest wojna” – tak powiedział Donald Tusk.
Wybory do PE są bardzo ważne, bo są pierwsze w całej serii. Warto się przyczynić do ich odpowiedniego wyniku.
Przecież pan nie kandyduje.
Co nie znaczy, że czuję się zwolniony z obywatelskiego obowiązku działania na rzecz, po pierwsze – jak największej frekwencji, a po drugie – wprowadzania do kampanii takich treści, jak perspektywa wejścia Polski do strefy euro, pogłębienie procesu integracji czy odbudowanie pozycji Polski w Unii Europejskiej oraz zakończenie rządowej wojny z instytucjami europejskimi.
Jak pan to będzie robił?
Przede wszystkim będę wspierał kandydatów proeuropejskiej listy koalicyjnej. Ponadto mam swój instytut. Planujemy publikacje...
Nie było pana, kiedy premierzy Leszek Miller, Marek Belka, Włodzimierz Cimoszewicz i Jerzy Buzek apelowali o stworzenie wspólnej koalicji na wybory do PE. I słychać było: gdzie Bronisław Komorowski? Przewodniczący PO Grzegorz Schetyna pana nie zaprosił?
Ale to nie było spotkanie byłych prezydentów, tylko byłych premierów i byłych ministrów spraw zagranicznych. Myślę, że i na poparcie byłych prezydentów przyjdzie pora.
A może jest tak, że nie zaproszono pana, bo byłby pan kulą u nogi?
Zaproszono. I jestem za to wdzięczny przyjaciołom z PO, ale – jak już mówiłem wiele razy – nie planuję startu w tych wyborach.
Zgadza się pan z Millerem, który mówi, że młodzi w polityce muszą sobie sami wyrąbać miejsce?
Rozumiem, że premier Miller zachęca młodych do tego, by w sposób przyzwoity zdobywali doświadczenie. Pewnie obserwuje to samo, co ja, czyli ludzi z zerowym doświadczeniem pchających się na najwyższe funkcje w państwie. Faktycznie trwa inwazja misiewiczów. Młodzi, bez doświadczenia, ale wierni i oddani partii…
O kim pan teraz mówi, o prezydencie Andrzeju Dudzie, o Robercie Biedroniu, który mówi, że chce być premierem?
O różnych ludziach w polityce. Nie uważam, że młodzi muszą sobie wyrąbać miejsce, zabijając wcześniej starszych. Równie dobrze można hodować młodych polityków, równocześnie stawiając im wymogi stopniowego zdobywania doświadczenia. Tak było ze mną.
U zarania III RP był pan od razu w wielkiej polityce.
Nie, przeszedłem drogę od dyrektora gabinetu ministra po prezydenta. I nigdy nie przeskakiwałem o pięć szczebli. Po drodze były funkcje poselskie, przewodniczącego komisji, wiceministra, szefa resortu, wicemarszałka Sejmu, marszałka tej izby. To była konsekwentna droga polityczna. Nie było żadnego rąbania, zabijania starych autorytetów…
Za chwilę miną cztery lata od przegranych przez pana wyborów. W jakim pan teraz znajduje się politycznym stanie – hibernacji?
Mam prostsze określenie: jestem byłym prezydentem. Nic nie muszę, a sporo mogę.
Wydaje się, że jest pan na bieżąco, śledzi pan politykę nie tylko w mediach.
Staram się, ale żeby nie było wątpliwości – nie oglądam telewizji publicznej.
Szkoda, bo nie wie pan, jak myślą sympatycy PiS.
Jeżeli myślą tak, jak im to sufluje telewizja Jacka Kurskiego, to bardzo im współczuję. Ale z tego, co wiem, to oglądających telewizję publiczną gwałtownie ubywa, a rząd dofinansowuje nie misję publiczną, lecz własną tubę propagandową. Ostatnio to już grubo ponad miliard złotych. Uważam, że tę sumę powinno się PiS wliczyć w limit wydatków wyborczych.
Bojkotuje pan?
Nie dałem jeszcze ani jednej wypowiedzi mediom publicznym. Nie dałem, bo nie chcę być uczestnikiem tej manipulacji. Media publiczne są ważne z punktu widzenia funkcjonowania bądź niefunkcjonowania systemu demokratycznego.
Pana przeciwnicy uważają, że telewizja publiczna była też tubą propagandową za pana prezydentury, za rządów PO.
Twierdzić można wszystko. Trudniej to udowodnić. Przecież wtedy w TVP pracowali też ludzie związani z ówczesną opozycją. Opozycja, choć nie cała, miała swój istotny udział w zarządzaniu mediami publicznymi. Czy pamięta pani, co wtedy wyprawiał w TVP Jan Pospieszalski, łącznie z atakami na mnie. I to było tolerowane. Niech pani pokaże obecnie takiego platformowego Pospieszalskiego. Od czasów komuny do 2015 r. nie zdarzyło się, by media publiczne były zagrabione przez jedno środowisko polityczne i w pełni podporządkowane potrzebom bieżącej polityki rządzących, a tak jest dzisiaj.
W ten sposób tworzy się wspólnota.
Sekta raczej.
Pan też mówi o wspólnocie. To słowo jest wypowiadane w ostatnich tygodniach przez polityków wszystkich opcji.
Politycy zdali sobie sprawę, że ludzie chcą wspólnoty. A jednocześnie ci sami ludzie są podatni na wszystkie formy niszczenia tego, co jest jej istotą. Ekipa PiS, mając pełne usta deklaracji o potrzebie budowy wspólnoty, przez całe lata nieprawdopodobnie ją osłabiała. I osłabia nadal.
PiS jest monolitem, z silnym przywódcą.
Mówi pani o wyznawcach PiS, nie o wspólnocie. W Polsce zawsze byli tacy politycy, którzy próbowali pruć wspólnotę według interesów własnych i interesów partyjnych. I byli tacy, którzy starali się ją zszywać.
Rozumiem, że pan stawia się wśród tych zszywających.
Mam nadzieję, że zaliczany jestem właśnie do tej kategorii. Zszywałem w różnych sytuacjach. Początki największego prucia przez PiS, a w zasadzie darcia, nastąpiły na początku żałoby smoleńskiej. Katastrofa wyzwoliła w Polakach poczucie wspólnoty i żałoby narodowej. To było powszechne. Zginęli przecież ludzie ze wszystkich opcji politycznych. Pamiętam, że ludzie chcieli się spotykać, być ze sobą. Poszliśmy całą rodziną na pl. Piłsudskiego. Tam byli też nasi znajomi. Podeszli harcerze. Przywitali się. Mówili do mnie druhu, do mojej żony druhno, wiedzieli, że mamy za sobą długą harcerską tradycję. Utworzył się krąg, trzymaliśmy się za ręce, były zapalone świeczki – i mieliśmy poczucie wspólnoty. Czułem, że coś ważnego się buduje, że ta wspólnota tworzy się z żałoby po ogromnej stracie.
Przed Pałacem Prezydenckim też się budowała wspólnota. Ludzie palili znicze, postawili krzyż i zaczęli być szykanowani.
Szykanowani? Kto kogo? Nie pamięta pani, jak Monikę Olejnik, która się tam pojawiła, zwymyślano od ostatnich? A nie pamięta pani, jak przedstawiciele PiS mówili, że jestem współodpowiedzialny za zbrodnię, za mord, za zamach – rozbito wspólnotę żałoby ogólnonarodowej w imię interesu politycznego. Myślę, że to był ten moment zwrotny – koniec dobrego, wspólnotowego przeżywania żałoby.
Dla pana też?
Dla mnie w jakiejś mierze też to był moment zwrotny. Pozbyłem się złudzeń.
Że naród się nie podzieli?
Że coś, co było materią jednoczącą, zamienia się w maczugę do walenia w łeb konkurentów politycznych. Myślę, że PiS ma tu na sumieniu nie tylko rozbicie wspólnoty budującej się w żałobie, ale także świadome, jednostronne wykorzystanie poczucia żalu i straty w celu uzyskania efektów politycznych.
Jarosław Kaczyński stracił w tej katastrofie najbliższą osobę, brata bliźniaka.
Nie on jeden poniósł stratę, co zresztą nie przeszkodziło mu wyciągnąć z tego korzyści politycznych. Przecież zaczęto oskarżać władze państwa polskiego, premiera, rząd o zamach, o morderstwo. Putin z Tuskiem, Tusk z Komorowskim – to wydawało się tak aberracyjne, że aż niewarte wzruszenia ramionami, ale skutecznie podzieliło w sposób niesłychanie bolesny całe społeczeństwo.
Ale to panu zarzucano pogardę wobec tych, którzy modlili się na Krakowskim Przedmieściu, to o panu mówiono, że pan dzieli.
Złych ludzi i idiotów nie brakuje. W którym miejscu można mi zarzucić działania antywspólnotowe? Od tamtej pory mija prawie 9 lat i gdzie jest potwierdzenie tezy o zamachu? Co tu powinno być pointą? Wydawałoby się, że pokajanie się przez Jarosława Kaczyńskiego i jego akolitów, przeproszenie za bzdury, które wygadywał Antoni Macierewicz, przeproszenie za rozbicie wspólnoty.
Pan, po przeanalizowaniu tego czasu od katastrofy smoleńskiej do końca prezydentury w 2015 r., nie ma sobie nic do zarzucenia w relacjach z tą drugą stroną?
Byłem raczej ofiarą tej sytuacji. Żałobę próbowano obrócić także przeciwko mnie.
Może prezydent powinien próbować scalać.
Mówiłem od samego początku, że trzeba się modlić, a nie opluwać. Prosiłem o spokój, o jedność. Dość szybko zrozumiałem, że nic nie mogę zrobić z fanatyzmem, ze skłonnością do nienawiści, z polityczną cyniczną grą uprawianą przez PiS. Może potrzebna była jakaś terapia zbiorowa, lecz do tego potrzeba nie tylko terapeuty, ale i chętnych pacjentów. Stałem na stanowisku, że musi upłynąć czas, że czas może wszystko uleczyć. Dzisiaj Jarosław Kaczyński nie przeprasza za Macierewicza i za swoje słowa, pewnie to on teraz liczy na to, że czas upłynie i ludzie zapomną o tym, co wygadywał, o zamachu, o zbrodni, o zdradzie.
Ludzie szybko zapominają.
A Polska ma wiele lat straconych, jeśli chodzi o budowanie wspólnoty. Jeszcze raz powtórzę: Kaczyński podzielił naród w celach politycznych. Zresztą bezczelnie się do tego przyznał. Przed wyborami prezydenckimi, które przecież ze mną przegrał, był może kulturalny, spokojny, pozwalał szaleć innym, ale sam zachowywał się normalnie tylko dlatego, że jak sam stwierdził, brał środki uspokajające. Radziłbym mu więc, żeby brał dalej. I tej części społeczeństwa zapatrzonej w niego też to by się czasem przydało. Przyznał, że jego normalność to kwestia farmakologii, a nie przyzwoitości.
Codziennie był pan w Pałacu Prezydenckim, widział pan te tłumy ludzi. Domagali się pomnika. Pan jego postawienie blokował.
Nie, do pałacu wprowadziłem się dopiero po czerwcowych wyborach. Jeszcze jako marszałek Sejmu, ale już pełniący obowiązki prezydenta RP, podjąłem decyzję o upamiętnieniu w Sejmie marszałka Macieja Płażyńskiego i wszystkich posłów, którzy zginęli. Potem było upamiętnienie w Pałacu Prezydenckim i tablica na zewnątrz.
Jacek Wojciechowicz, były wiceprezydent Warszawy, mówił, że w ostatniej chwili zmieniana była treść tej tablicy i że gdyby tablica zawisła bez poprawek, to wojna polsko-polsko byłaby jeszcze ostrzejsza.
Nic takiego się nie wydarzyło. A upamiętnianie, które powinno spotykać się z akceptacją, napotkało dziwne reakcje, jakby odbierano PiS monopol na żałobę. Po 5 latach od katastrofy doprowadziłem do tego, że władze stolicy wydały zgodę na postawienie pomnika przy ul. Trębackiej, pomimo ewidentnej niechęci do tego większości mieszkańców Warszawy. Emocje były ogromne i to po obu stronach.
Pomnik miał stanąć przy pętli autobusowej.
W pięknym miejscu, 100 metrów od pomnika, który dziś stoi na pl. Piłsudskiego. A pętla miała być zlikwidowana. Pewnie PiS by i tak mówił, że pomnik za niski, a litery za małe, a miejsce czuć benzyną. Proszę pamiętać, że Rada Warszawy była niechętna upamiętnieniom w tym rejonie, ale zmieniła stanowisko. Pytała pani, czy mam sobie coś do zarzucenia… Myślę, że może mogłem wcześniej zacząć rozmawiać w kwestii pomnika z władzami stolicy. Oczywiście, nie jestem pewien, czy dałoby to efekt, bo zgoda na postawienie pomnika spowodowała kolejną falę agresji ze strony PiS, również wobec mnie. A przecież wydawałoby się, że powinienem być postrzegany jako sojusznik w tej sprawie.
Barbara Nowacka, córka Izabeli Jarugi-Nowackiej, która zginęła w katastrofie, mówiła, że gdyby przed Pałacem Prezydenckim stanął pomnik 96 świateł, to do do takich podziałów by nie doszło.
Nie miałem nic przeciwko jakiemukolwiek upamiętnieniu. Ale uważam, niestety, że gdyby doszło do wydania zgody na jego skonstruowanie, też byłby kontestowany jako niewystarczający. Uruchomiono taką logikę polityczną. Zaraz ktoś by powiedział, że nienamacalny, że nie ma złotych liter...
I w zeszłym roku stanął pomnik niedaleko Grobu Nieznanego Żołnierza.
Postawiono go niezgodnie z prawem, niezgodnie z logiką architektoniczną miejsca i właśnie 100 metrów od Trębackiej. No cóż, najważniejsza jest satysfakcja Jarosława Kaczyńskiego, że postawił na swoim. Jarosław Kaczyński i PiS mieli w rękach klucz do serc polskich i wykorzystali go w zły sposób, ze stratą dla wspólnoty.
Pięć lat po katastrofie przegrał pan wybory prezydenckie, wygrał szerzej nieznany kandydat PiS. Pamiętam, że w grudniu 2014 r. rozmawiałam z pana pracownikami i wszyscy byli pewni, że pan wygra bez problemu, że kampania jest w zasadzie niepotrzebna.
Rozumiem, że pani zależy na tym, żebym powiedział, że byłem arogantem. Chyba nie byłem.
Miał pan wtedy ponad 70-proc. zaufanie społeczne.
Był nawet moment, że 82-proc. Wie pani, na tyle długo jestem w polityce, by wiedzieć, że łaska wyborców na pstrym koniu jeździ.
Nie zaistniał pan w internecie.
Faktycznie, nie było w sieci czarnej, nieuczciwej działalności z mojej strony. Miał na to monopol komitet mego konkurenta. Poniekąd przyznał się do tego, potwierdzając autentyczność rachunków opłaconych na rzecz firmy wyspecjalizowanej w internetowym hejcie. Wtedy w Polsce ujawniły się te same zjawiska, te same firmy, które potem robiły czarne kampanie we Francji, w Wielkiej Brytanii czy Stanach. Dziś wiemy, że Polska była poligonem dla polityki bezkarnego hejtu z fałszywych adresów. Czułem, że to jest zorganizowana kampania. Dostałem informację, jakie to firmy, kto chce mi zaszkodzić.
Czyli służby wiedziały.
Nie powiedziałem, że dostałem informacje od służb. Czasami wystarczają znajomi z rynku medialnego. Było jednak za późno, by temu przeciwdziałać. Ruszyła kampania dezinformacji, czego przykładem było np. moje rzekome wejście na fotel spikera w parlamencie japońskim. Wiadomość kompletnie wyssana z brudnego, pisowskiego palca, ale powtórzona parę milionów razy swoje zrobiła. Tam nie było ani krzesła, ani fotela, a news był.
Wszyscy pana widzą na tym krześle.
Czasem kłamstwo wygrywa. Nie wystarczyło sprostowanie rzecznika japońskiego MSZ, parlamentu japońskiego. Obrona przed takim atakiem jest trudniejsza, bo ten, kto się tłumaczy, ma słabszą pozycję. Podejrzewam, że obecnie obroną przed zorganizowanym hejtem będzie wyprowadzenie wcześniej własnego ataku. Tą drogą pójdą liczne środowiska polityczne. Dziennikarze będą mieli uciechę, ale szkoda Polski.
Pana nie ma Twitterze.
Nie poważam polityki twitterowej. Szczególnie kiedy uprawiają ją rządzący. To niepoważne. Niektórzy najpierw piszą, potem myślą. A konsekwencje mogą być spore.
Do Donalda Tuska też pan pije?
Sądzę, że Tusk najpierw myśli, a potem pisze. A do twitterowej polityki rwą się głównie nowicjusze. Co i rusz słychać o jakichś wpadkach.
Pana koledzy z konserwatywnego skrzydła PO, m.in. Hanna Gronkiewicz-Waltz, mówili, że ustawa o in vitro czy konwencja antyprzemocowa to były pana wyborcze wpadki, to one pogrążyły PO.
In vitro i konwencja antyprzemocowa to słuszne sprawy, tylko takich tematów się w czasie kampanii wyborczej nie rusza. Są ideologiczne, rozbijają elektorat. A ruszono. Proszę pamiętać, że miałem wyborców o wiele szerzej rozciągniętych na prawo od liberalnego elektoratu Platformy. A dla tych konserwatystów takie rozwiązania były nie do przyjęcia. Straciłem ich głosy. To wiązało się też z agresywną postawą części Kościoła wobec mnie. Uważam, że trzeba szanować ludzi, którzy mają obawy przed zmianami, że trzeba ich do tego przygotowywać, oswajać. Właśnie tak rozumiem konserwatyzm. I on wcale nie musi iść w sprzeczności z postawą wolnościową i postępem. Konserwatyzm oznacza dla mnie bycie samemu w porządku ze światem wartości, a nie żądanie, żeby inni się podporządkowywali mojej wizji świata. Radykałowie prawicowi i lewicowi są blisko siebie. Bo jedni i drudzy chcieliby, żeby to państwo za nich załatwiło kwestie przymuszenia społeczeństwa do jakichś zachowań, do akceptacji jakiegoś zjawiska zgodnie z ich przekonaniami.
Czyli wyprowadzenie religii ze szkół, aborcja na życzenie do 12. tygodnia ciąży to dla pana przymuszanie społeczeństwa.
Między innymi. Jestem zwolennikiem kompromisu w sprawach trudnych pomiędzy różnymi nurtami opinii publicznej. Powtórzę: ekstrema się zawsze spotykają. Jedni chcą zakazać, drudzy uwolnić całkowicie. To jest brak szacunku dla ludzi o innych poglądach.
Teraz rozumiem, dlaczego w 2015 r. homoseksualiści postanowili głosować na Andrzeja Dudę, a nie na pana.
Nawet o tym nie wiedziałem. Ale pamiętam, że ówczesne władze Polskiego Związku Łowieckiego też. Szanuję ludzi o różnych poglądach, jednak oczekuję od nich gotowości do politycznego kompromisu.
Czyli to wina rządu, który wrzucał panu na barki liberalne rozwiązania i pana doradców, którzy przeciw temu nie protestowali?
Nie postrzegam tego w kategorii winy. To wszystko działo się na zasadzie: „silniejszy jest, cięższą podajcie mu zbroję”. Czy to zła postawa? Chyba nie do końca. Pewne jednak jest to, że nie służyło wyborcom.
Pana przegrana zapoczątkowała przegraną PO.
Wyborcy postrzegali nas jako całość. Namawiano mnie, żebym się odciął od rządu PO i PSL. Można się było uchylić od tych taśm czy ośmiorniczek.
Magazyn DGP z dnia 1 marca 2019 r. / Dziennik Gazeta Prawna
PO odcięła się od pana, nie pomagała w kampanii.
Ale z mojej strony to nie wchodziło w grę, bo ja tak nigdy polityki nie postrzegałem i nigdy jej tak nie uprawiałem. Jeśli jest wspólnota celu i drogi, i to wieloletnia, to nie można w ostatniej chwili odwrócić się tylko dlatego, że ma to przynieść wyborcze profity. Wierzyłem, że doniosę te worki z ciężarami politycznymi do wyborów, również te z ośmiorniczkami.
I z teoretycznym państwem.
Z tym także. Niosłem. Ale co one teraz znaczą przy tych nagrodach wypłacanych przez premier Beatę Szydło? Przecież za nie można by kupić wagony ośmiorniczek. Co one znaczą przy dwóch wieżach Jarosława Kaczyńskiego? Przy korupcji w KNF? Patrzę na prezydenta Dudę i czuję, że go korci, by odciąć się od PiS, pewnie by mu to pomogło w wyborach. Ciekawe, co zrobi? Zastanawiam się nad porażkami i sukcesami i nad tym elementem trudnym, nieuchwytnym, który co jakiś czas występuje w społeczeństwach, a mianowicie zapotrzebowanie na zmianę. Ludzie nagle zaczynają myśleć, że choć ten polityk nie jest taki zły, to może jednak lepiej by było, żeby był ktoś inny, inna twarz, inne poglądy, wrażliwość. Tak było już kilka razy w historii wyborów w Polsce. Myślę, że tych ostatnich 8 lat rządów Platformy Obywatelskiej spowodowało, jeśli nie zmęczenie, to łaknienie przez część społeczeństwa czegoś nowego. Dzisiaj widać, że była to zmiana na gorsze.
Nie sądzi pan, że nie chodziło o nowość, tylko o potrzebę wsparcia ze strony państwa, o pomoc?
Być może, że rząd PO i PSL nie wykazał wystarczającej odwagi do sięgnięcia po owoce finansowe własnej działalności i rozwoju gospodarczego. Korzysta z tego dziś PiS. Przecież uszczelnienie VAT planował jeszcze minister Mateusz Szczurek.
Ale nie zrobił tego.
Zabrakło determinacji. Sam biłem się o politykę prorodzinną. Jestem wdzięczny ówczesnemu wicepremierowi Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi, który mnie wspierał w bojach o zwiększenie ulg podatkowych dla rodzin. Uważałem, że nie należy zbyt łatwo rozdawać pieniędzy, tylko przede wszystkim ulżyć rodzinom, które dźwigają ciężar odpowiedzialności za siebie i dzieci na własnych plecach i jeszcze muszą płacić podatki społeczeństwu. Rząd PO i PSL nie wykazał chęci do potrząśnięcia kiesą, a szkoda. Mówiąc wprost, sknerzyli, a potem przyszli następni i te pieniądze wydali. Dzisiaj rząd wie, że wydaje ponad stan i nie przygotowuje Polski do nadciągającego kryzysu.
PiS rządzi dopiero niecałe cztery lata.
To bardzo długo, ale na koniec ojczyzna rozlicza ich z tego, czy jej się pomogło, czy zaszkodziło. Jak się ludziom wyłączy aspiracje do pracowania i zarabiania, to się zaszkodzi. Trzeba budować przekonanie, że to pracy zawdzięczamy dobrobyt, rozwój Polski, a nie rozdawaniu pieniędzy.
Takie słowa nie zjednują elektoratu.
Zdaję sobie z tego sprawę, ale ja nie startuję. Mogę sobie pozwolić na mówienie tego, co słuszne, a nie tylko tego, co dobrze brzmi w uszach wyborców.
Pan już całkowicie porzuca politykę?
Na razie odpuszczam, a co będzie w przyszłości, nie wiem.
Zeszczuplał pan, sądziłam, że to nowy, przedwyborczy wizerunek.
Raczej wygrana batalia o zdrowie. No, ale to część mojego prywatnego życia. Jestem i politykiem, i człowiekiem spełnionym. Każdemu życzę życia tak ciekawego i tak owocnego jak moje. I tu mam na myśli pięcioro dzieci i sześcioro wnucząt. I całą drogę polityczną. Naprawdę, nie mam już co się napinać.
Ważne, jak polityk kończy – że znowu cytuję Leszka Millera.
Ten, kto nie przeżył klęski, jest niepełnym politykiem. Wygrywałem w życiu wszystkie wybory, jedne przegrałem. A życie naprawdę nie kończy się na polityce i wyborach.
Najważniejsze wybory pan przegrał.
Wygrałem w 2010 r. z Jarosławem Kaczyńskim i to były te najważniejsze, a przegrałem z Andrzejem Dudą. I trudno. Tego się nie zmieni. Chorzy ambicjonerzy mogą ciągle myśleć o tym, żeby się odegrać. W karty mało gram, ale wiem, że jest takie powiedzenie: nie za to ojciec syna bił, że w karty grał, tylko że się chciał odgrywać. Jest jakaś mądrość etapu, również politycznego. Chcę być aktywny, ale też nie chcę dać się zapędzić w żadną koleinę politycznych zobowiązań, politycznej kariery. Bo przecież polityczną karierę mam za sobą, i to taką, że ho, ho, ho.
O, w końcu pan powiedział „ho, ho, ho”. Szymon Majewski świetnie pana naśladuje.
Tak? Nie wiedziałem. Bardzo miło słyszeć.
I jeszcze: kiedy pytają mnie... Pan nie tęskni za tym poprzednim życiem, prawda?
Pyta mnie pani, czy ciągnie mnie do polityki? Do pewnego stopnia tak. Ale jeśli się traktuje politykę jak służbę, a konsekwencją takiego podejścia są wyrzeczenia, ograniczenia i rezygnacja z dużej części życia osobistego, to się później do tego nie tęskni. Mam za sobą 20 lat polityki w antykomunistycznym podziemiu i 30 lat służby na rzecz wolnej Polski. Mam rachunki z ojczyzną wyrównane.
Rząd PO i PSL nie wykazał chęci do potrząśnięcia kiesą, a szkoda. Mówiąc wprost, sknerzyli, a potem przyszli następni i te pieniądze wydali. Dzisiaj rząd wie, że wydaje ponad stan i nie przygotowuje Polski do nadciągającego kryzysu