Niektóre gazety zdążyły już ogłosić sobotnią konwencję PiS manifestem siły premiera Mateusza Morawieckiego, ba, wskazaniem go na następcę przez Jarosława Kaczyńskiego. Z tym bym się nie spieszył. Lider rządzącego obozu potrafi nadal nękać premiera sygnałami z Nowogrodzkiej, że jest z niego niezadowolony. Po prostu, zdecydował: żadnych zmian przed wyborami. Kolejne propagandowe spektakle wokół twarzy szefa rządu to konsekwencja tej decyzji.
Równie dobrze można wskazywać na to, że ta konwencja podkreśliła – po raz pierwszy od dawna – rolę Beaty Szydło, wysadzonej niegdyś z siodła przez Morawieckiego, i Zbigniewa Ziobry jako lidera ugrupowania koalicyjnego, a z nim premier próbuje toczyć wojnę pod dywanem, głównie o wpływy w gospodarce. Decyzja: żadnych zmian przed wyborami, to także petryfikacja układu personalnego dla Morawieckiego niewygodnego. Tym, którzy wysyłają Ziobrę na „wygnanie” do europarlamentu, przypomnę: ma on silną i nie całkiem zależną od prezesa PiS pozycję. Jako lider Solidarnej Polski, która zawsze może się obrazić i pójść gdzieś w prawo. I jako dysponent kadr wymiaru sprawiedliwości i prokuratorskich śledztw.
Konwencja nie służyła przecinaniu personalnych i frakcyjnych węzłów. Miała być manifestacją jedności podnoszącą na duchu działaczy, zdemoralizowanych ciosami, jakie spadały ostatnio na blok rządzący, z aferą KNF na czele. I miała być też jakąś ofertą wizerunkową dla Polaków na ostatni rok przed wyborami.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.