I PiS, i PO będą walczyć o głosy Polaków, deklarując, że więcej zostawią im w portfelach
Reklama

Sobotę może uznać za prapremierę kampanii. Obie partie uchyliły rąbka tajemnicy na temat tego, z czym pójdą do wyborów. Już dziś wyraźnie widać, że beneficjantami mają być pracujący. Zwłaszcza ci, którzy zarabiają w okolicach przeciętnej pensji lub mniej.

Trzy filary PiS

– Europa, wyższe płace i modernizacja Polski to trzy filary, na których chcemy oprzeć rozwój Polski na najbliższe 15 lat. To ambitny program dla Polaków, aspirujący do europejskości, jak my ją rozumiemy: jako wyższe wynagrodzenia, nowoczesna infrastruktura i możliwości rozwojowe – zapowiedział na sobotniej konwencji PiS premier Mateusz Morawiecki.

W styczniu i lutym PiS ma pokazać konkretne propozycje programowe. – Naszą ofertę budujemy, by klasa średnia w Polsce była jak najsilniejsza i jak najbardziej zasobna. By pomagać Polakom, którzy chcą się dorabiać i chcą zarabiać na poziomie europejskim – podkreślał Morawiecki.

PiS na razie mówi o szczegółach swoich propozycji. Po pierwsze, cały czas nad nimi pracuje. Po drugie, nie chce wyjść z nimi za wcześnie, by nie stracić w przyszłorocznej kampanii efektu świeżości.

Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że ma to być obniżka obciążeń podatkowych dla osób zarabiających w okolicach średniej krajowej (dziś 4,6 tys. zł) lub mniej. W grę wchodzą różne rozwiązania: wyższa kwota wolna, niższa stawka podatku, wyższe koszty uzyskania przychodów bądź ulga podatkowa.

Każda z tych metod ma inne konsekwencje. Podwyżka kwoty wolnej większe korzyści daje osobom o niższych dochodach. Podwyżka kosztów pracy premiuje pracujących, ale nie dotyczy emerytów czy osób prowadzących działalność gospodarczą.

– Najłatwiej obniżyć stawkę podatku. To najbardziej widowiskowe bez kompensowania tego w roku wyborczym. A po wyborach, jeśli będzie taka potrzeba, nowi rządzący do sprawy wrócą i np. podwyższą podatki najbogatszym, by wyrównać niedobór – komentuje Jarosław Neneman, wiceminister finansów w czasach rządów PiS i PO-PSL.

Koszty planowanych zmian mają być rzędu kilku miliardów złotych. Na danych podatników PIT z 2015 r. przeprowadziliśmy własne obliczenia. Gdyby korzyść dla osób zarabiających rocznie 10–60 tys. zł (czyli do 5 tys. na miesiąc) miała wynieść 500 zł na osobę, to budżet kosztowałoby to ok. 6 mld zł.

30 mld od PO

PO z kolei mierzy w większą grupę podatników. Główny ekonomista partii Andrzej Rzońca zapowiedział w sobotę tuż przed konwencją PiS program „Wyższe płace”.

Jego pierwszy element to obniżka dla wszystkich składek i podatków. Maksymalnie obciążenie ma wynieść 35 proc. wynagrodzenia. Stawki podatku dochodowego mają być obniżone do 10 i 24 proc.

Drugim elementem ma być system dopłat do niższych pensji. – Skorzysta z nich każdy, kto zarabia od płacy minimalnej do jej dwukrotności, czyli w okolicach tysiąca euro. Praca musi się opłacać – uzasadniał Rzońca.

Korzyść w porównaniu z dzisiejszymi zasadami przy wynagrodzeniu minimalnym ma wynieść ponad 600 zł. Przy pensji 4,5 tys. zł będzie to prawie 300 zł. Dla wyższych pensji ma rosnąć. System ma motywować do pracy na etat.

Andrzej Rzońca powiedział DGP, że koszty tego rozwiązania są szacowane na 30 mld zł. System dopłat ma dotyczyć około 6 mln osób. – Źródła finansowania są dwa. Pierwsze to dodatkowe dochody uzyskane dzięki przyspieszeniu wzrostu gospodarczego. Drugie to efekty eliminacji patologicznych luk w systemie podatkowo-składkowym – mówi ekonomista PO.

Platforma, tak samo jak PiS, nie kwapi się na razie z ujawnianiem szczegółów. Na razie dopracowywane są warianty rozwiązania. Dawkowanie wiedzy na ten temat ma być dostosowane do rytmu kampanii.

W stronę progresji

Oba pomysły: i PO, i rządu, mają oprócz zmniejszenia obciążeń podatkowych doprowadzić do powiększenia progresji w podatkach dochodowych. Dziś jest ona niewielka. Mamy dwie stawki podatku – 18 i 32 proc. Zdecydowana większość podatników rozlicza się jednak według tej pierwszej. – Są dwa elementy, które nieco tę progresywność zwiększają. To, po pierwsze, zmieniony format naliczania kwoty wolnej, która zwalnia z podatku roczny dochód w wysokości do 8 tys. zł, a potem, wraz ze wzrostem dochodu, zmniejsza się i zanika przy progu 127 tys. rocznie. Po drugie, to możliwość odliczania ulgi na dzieci również od składek ZUS dla osób najmniej zarabiających. Ale te elementy przynoszą korzyści stosunkowo małej grupie – mówi Michał Myck, dyrektor Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA.

Tak zwaną degresywną kwotę wolną wprowadził rząd PiS. Miało to wypełnić obietnicę podniesienia dochodu wolnego od opodatkowania do 8 tys. zł rocznie, jaką politycy partii składali w czasie kampanii wyborczej. Jednak wypełnienie jest tylko częściowe, bo nie wszyscy mogą z tak wysokiej kwoty korzystać. Rząd pozbawił jej tych, którzy korzystają z 30-krotności, czyli zaprzestania poboru składek na ZUS po uzyskaniu w ciągu roku równowartości 30 średnich pensji. To zwiększyło obciążenia osób z wysokimi zarobkami, podobnie jak wprowadzenie podatku od milionerów.

Chodzi o daninę, która ma zasilać specjalny fundusz finansujący pomoc osobom niepełnosprawnym. Od 2020 r. wszyscy podatnicy PIT – również ci, którzy rozliczają podatek liniowo według 19-proc. stawki, a prowadzą jednoosobową działalność gospodarczą – odprowadzą 4-proc. daninę naliczoną od nadwyżki powyżej zarobionego miliona. Pieniądze trafią do funduszu solidarnościowego. Rząd liczy, że w pierwszym roku z nowego podatku ściągnie 1,15 mld zł.

Michał Myck mówi, że kierunek zmian w systemie podatkowym będzie zależał przede wszystkim to tego, jakie grupy podatników rząd chciałby dodatkowo obciążyć. Wskazuje, że między progami 85 tys. i 1 mln zł jest jeszcze spora grupa do „zagospodarowania”. Progresję zwiększyłoby również obniżenie progu.

– Od dołu progresję można wprowadzać przede wszystkim poprzez zwiększenie kwoty wolnej lub podniesienie kosztów uzyskania przychodów. Moim zdaniem warto rozważyć przede wszystkim to drugie rozwiązanie. Ono przyniosłoby korzyści osobom pracującym i podniosłoby finansową atrakcyjność zatrudnienia – ocenia ekspert