Zagrożenie radioaktywne, zalanie kopalń i wyziewy z zakładów azotowych. Rosyjska okupacja części Zagłębia Donieckiego to także katastrofa ekologiczna.
Reklama
W 1979 r. w kopalni Junkom w ówczesnym Junokomunariwśku (obecnie Bunhe) Sowieci przeprowadzili podziemną próbę nuklearną. Dzisiaj kopalnia znajduje się pod kontrolą samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej (DRL). Betonowa obudowa, którą otoczono miejsce eksperymentu, miała gwarantować bezpieczeństwo. Pod jednym warunkiem: powinna pozostać sucha. W kwietniu władze DRL, nie chcąc inwestować w kopalnię, zdecydowały się Junkom zamknąć i zatopić.

Radioaktywne „pamiątki”

– To grozi nowym Czarnobylem – mówi DGP Mychajło Wołynec, szef Niezależnego Związku Zawodowego Górników Ukrainy, który dwa miesiące temu brał udział w rządowej naradzie na temat tego, jak uniknąć ekologicznej katastrofy. Jeśli sarkofag nie wytrzyma naporu wody – a tego obawiają się ukraińskie władze – radioaktywne „pamiątki” po wybuchu mogą się dostać do wód gruntowych w basenie rzek Doniec i Kalmius. A to prosta droga do skażenia wody pitnej dla kilku milionów mieszkańców pięciu obwodów Ukrainy. Separatyści uspokajają, że uczeni z Doniecka uznali, iż zasady BHP zostały zachowane. Komentarzem specjalisty z jednej z największych spółek węglowych Ukrainy, z którym rozmawialiśmy, był bezsilny śmiech.
– Junkom został zamknięty jeszcze w czasach sowieckich. Kopalnia pod ziemią jest połączona z innym nieczynnym zakładem wydobywczym, Ołeksandr-Zachód w Gorłówce – opowiada Mychajło Wołynec. – Nad jej wyrobiskami zbudowano zakład chemiczny, z którego w 1989 r. wyciekło do kopalni 30 ton mononitrochlorbenzolu. Substancja przereagowała z podziemnymi związkami chemicznymi. Od oparów ucierpiało 250 osób pracujących pod ziemią. Teraz te wszystkie związki mogą wypłynąć na powierzchnię – obawia się nasz rozmówca.
Woda zagraża zresztą także innym zakładom wydobywczym, zarówno z terytoriów okupowanych, jak i kontrolowanych przez Ukrainę. Według Wołynca na centralnym Donbasie wszystkie kopalnie zostały zatopione. A część z nich działa po obu stronach frontu w systemie naczyń połączonych. – Choćby holding Perwomajśkwuhilla. Po rozpoczęciu wojny w 2014 r. cztery z sześciu kopalń zjednoczenia zostały po stronie separatystów – mówi DGP wicegubernator obwodu ługańskiego Jurij Kłymenko. – Ci je praktycznie porzucili, bo wydobywany w nich był zwykły węgiel energetyczny, na który nie mieli zbytu. Po zamknięciu zakładów, wbrew sztuce górniczej, przestali wypompowywać z nich wodę. Ta zaś zaczęła przedostawać się pod ziemią do kopalń po kontrolowanej przez nas stronie – tłumaczy i dodaje, że w efekcie kopalnia Zołote została zalana. Teraz trwa jej osuszanie, które zakończy się w połowie 2019 r.
Odwiedziliśmy kopalnię Hirśką, położoną kilka kilometrów od linii frontu, która po roztopach wiosną 2018 r. była zagrożona zalaniem wodą napływającą z zatopionych przez DRL kopalń.
Wicedyrektor Hirśkiej Ołeksandr Dubowik nie ukrywa dumy, gdy opisuje, jak udało im się opanować katastrofę. – Nikt nie wierzył, że to w ogóle możliwe. Tymczasem zdołaliśmy uchronić przed zalaniem kilka poziomów kopalni. Jeśli wytrzymamy jesienne deszcze, spróbujemy osuszyć zalane poziomy Zołotego – dodaje. I przypomina, że gdy kopalnie Zagłębia Donieckiego zostały zatopione w czasie II wojny światowej, trzeba było pięciu lat, by wznowić w nich wydobycie.

Woda nie do picia

Ukraińska telewizja Hromadśke nakręciła film dokumentalny dotyczący wodnego zagrożenia kopalń na Donbasie. Z relacji dziennikarzy, którzy zamówili badania laboratoryjne, wynika, że już dziś jakość wody pitnej w tym regionie pozostawia wiele do życzenia. Brudna woda przenika z kopalń do przepływającej przez Donbas rzeki Doniec. – Zagrożenia na dziś nie ma, budujemy stacje uzdatniania – uspokaja wicegubernator Kłymenko.
Innego zdania jest Mychajło Wołynec. – Ta woda jest wysoko zmineralizowana. Po wypłynięciu na powierzchnię zasoli pola i skazi studnie – tłumaczy. Wicedyrektorowi Dubowikowi najbardziej przeszkadza własna bezsilność. – My doskonale wiemy, co z tym zrobić. Tyle że nie mamy wstępu na tereny okupowane. A tamci ignorują zagrożenia – kręci głową nasz rozmówca.

Gaz w piwnicach i szabrownicy

Dodatkowo woda wypycha z kopalń metan. Gaz psuje ziemię rolną i grozi wypadkami. – W latach 90. w Stachanowie po zatopieniu kilku kopalń wypchnięty metan gromadził się w piwnicach i na parterach bloków. Gdy ludzie włączali światło, dochodziło do wybuchów. Było kilkadziesiąt poparzeń – wspomina Wołynec.
Problemy górnicze to niejedyna bolączka Ługańszczyzny. W Siewierodoniecku, tymczasowej stolicy obwodu ługańskiego, funkcjonują zakłady azotowe Azot, kontrolowane przez czołowego oligarchę Dmytra Firtasza. Gdy przyjechaliśmy do 100-tysięcznego miasta, akurat zmagało się ono ze skutkami kilkudniowego pożaru na terenie zakładów. Nieznośny smród był najmniejszym problemem.
– Wiele dzieci trafiło do szpitala z objawami choroby acetonowej – mówi nam Wołodymyr Syrotin, regionalny działacz społeczny. Objawy tej choroby mogą przypominać skutki cukrzycy. Z ust wydobywa się zapach acetonu, pojawia się wysoka temperatura. W okolicach głównej linii produkcyjnej Azotu trudno było wytrzymać więcej niż kilka minut.
Zakład przypomina ruinę. Jednak fabryka, która uległa zniszczeniom podczas starć w 2014 r., nadal pracuje. – Ale tylko na 10 proc. mocy. Azot ma problem z dostawami prądu. Główna linia przesyłowa została zniszczona. Ponieważ biegnie ona w poprzek frontu, nie da się jej odbudować. Żeby z powrotem połączyć obwód z resztą Ukrainy, budujemy nową stację elektroenergetyczną. Ale to wymaga czasu. A mamy już pół roku opóźnienia z powodu trudności z wykupem gruntów – mówi Jurij Kłymenko.
Ale lisiczański radny prezydenckiego Bloku Petra Poroszenki Witalij Szwedow przekonuje, że nawet nowa inwestycja nie pomoże zakładom. – Za czasów Wiktora Janukowycza funkcjonowały one tylko dlatego, że Firtasz dobrze żył z władzami – mówi. – Oligarcha załatwiał tańszy gaz z Rosji i darowanie długów przez ukraińskie sądy. Na wolnym rynku ten zakład nie ma szans – przekonuje Szwedow.
Wojenne problemy to niejedyne kłopoty obwodu. Gdy odwiedziliśmy nieczynną od lat 90. lisiczańską fabrykę taśmociągów dla górnictwa, przyłapaliśmy na miejscu szabrowników, którzy wypalali miedź z kabli. Czarny, duszący dym zwrócił uwagę Wołodymyra Syrotina. Patrolujący rozgrabiony teren pofabryczny ochroniarz w zielonym żyguli zignorował złodziei. Policję i lokalną telewizję wezwał przy nas Syrotin.