Koniec rządowego impasu w Rzymie wydaje się bliski. To jednak niekoniecznie dobra wiadomość dla reszty kontynentu.
Reklama



Po prawie trzech miesiącach negocjacji Włosi wreszcie są bliżsi wyłonienia nowego gabinetu. Porozumienie w tej sprawie zawarli politycy antysystemowego Ruchu 5 Gwiazd i skrajnie prawicowej Ligi. W ten sposób ziścił się scenariusz, którego obawiała się reszta Europy: że w Rzymie obejmie władzę koalicja składająca się z partii eurosceptycznych, które jeszcze do niedawna nawoływały do porzucenia przez Włochy wspólnej waluty.
Ostatecznie taki postulat nie znalazł się w umowie koalicyjnej, czyli programowym dokumencie, który podpisały obie partie. Zniknął też zapis o jednorazowym umorzeniu 250 mld euro długu, który przeciekł do włoskich mediów w ub. tygodniu i wywołał obawy inwestorów (Włochy są, poza Grecją, najbardziej zadłużonym państwem w UE, z długiem publicznym przekraczającym 130 proc. PKB, w wartościach nominalnych jest to 2,3 bln euro).
Nie zmienia to jednak faktu, że do umowy trafiło wiele innych postulatów, które mogą niepokoić partnerów z UE. Włoscy koalicjanci chcą np. zmiany „struktury zarządzania europejską gospodarką”, co tak naprawdę oznacza poluzowanie reguł wprowadzonych w szczycie kryzysu zadłużeniowego (miały zapewnić, że państwa strefy euro już nie będą musiały ratować krajów bankrutów). Postulat ten nie spotka się z sympatią w krajach, które naciskają na większą rozwagę fiskalną, jak Niemcy czy Holandia.
Politycy Ruchu 5 Gwiazd i Ligi chcą przeprowadzić kilka reform, które będą wiązały się raczej z powiększeniem zadłużenia. Chodzi m.in. o nowy zasiłek wyrównawczy dla najsłabiej zarabiających w wysokości 780 euro, obniżenie wieku emerytalnego, wprowadzenie nowych odpisów podatkowych dla rodzin w wysokości 3 tys. euro czy rezygnację z podwyżki w VAT, która miała uzupełnić brak dochodów w budżecie.
Biorąc pod uwagę kiepską kondycję włoskiego budżetu, plany te wywołują obawy przed powtórką kryzysu sprzed kilku lat, tyle że w gorszym wydaniu. Żaden z krajów, na pomoc dla których musiała się wówczas zrzucać reszta strefy euro – Grecja, Portugalia, Hiszpania, Irlandia, Cypr – nie jest graczem takiej wagi jak Włochy: czwarta co do wielkości gospodarka w Unii (po wyjściu Wielkiej Brytanii – trzecia).
Z polskiego punktu widzenia niepokojący jest prorosyjski ton umowy koalicyjnej. Politycy Ruchu i Ligi wzywają do jak najszybszego zniesienia (a przynajmniej złagodzenia) sankcji nałożonych na Rosję, którą uważają za partnera, a nie wroga. Jeśli nowy rząd faktycznie powstanie, to bardzo szybko zderzy się w tym zakresie z resztą Unii, już w czerwcu bowiem Rada Europejska będzie musiała z powrotem zająć się kwestią sankcji. Obecne, nałożone na Rosję w odpowiedzi na agresję krymską w lipcu 2014 r., obowiązują do 31 lipca br. i liderzy państw UE będą musieli zdecydować, czy je po raz kolejny przedłużyć.
Trudno powiedzieć, jak nowy rząd odniesie się do trwających negocjacji nad kształtem przyszłego budżetu Unii. Na południe od Alp od kilku lat dominuje przekonanie, że Unia zrobiła za mało, by wspomóc Włochy czy to w rozkręcaniu anemicznej gospodarki, czy redukcji biedy, czy wreszcie podczas kryzysu migracyjnego. Z tego względu Rzym może chcieć przekierowania większych środków na południe kontynentu, co oznaczałoby uszczuplenie części, która trafia na wschód Unii.
Czy powyższe obawy są uzasadnione, okaże się po zaprzysiężeniu nowego gabinetu. Dziś liderzy obydwu partii – Luigi Di Maio z Ruchu oraz Matteo Salvini z Ligi – będą rozmawiać o swoim rządzie z prezydentem Sergio Mattarellą. Głowa państwa w procesie powoływania rządu we Włoszech odgrywa bardzo ważną rolę; w ostateczności może nawet powołać własnego premiera, ryzykując wszak, że ten nie otrzyma wotum zaufania od parlamentu. Mattarella sygnalizował jednak wielokrotnie, że optymalnym wariantem byłoby porozumienie ugrupowań, które zwyciężyły w marcowych wyborach. O ile więc nic się nie wydarzy w ostatniej chwili, rząd Ruchu z Ligą najprawdopodobniej powstanie.
Do teraz nie wiadomo jednak, kto stanie na jego czele. Zarówno Di Maio, jak i Salvini mówili dotychczas, że są w stanie odłożyć na bok osobiste ambicje po to, aby znaleźć kompromisowego kandydata. Fotel premiera najprawdopodobniej przypadnie Ruchowi jako większemu z dwóch ugrupowań.
We włoskich mediach krążą nazwiska kilku działaczy, którzy mogliby zasiąść w Palazzo Chigi, siedzibie szefów rządów we Włoszech. Wśród nich jest m.in. Alfonso Bonafede, Sycylijczyk z urodzenia, Florentyńczyk z wyboru, który w partii ma ksywkę „Mr. Wolf” („Pan Wilk”) na cześć bohatera filmu „Pulp Fiction”, specjalisty od rozwiązywania problemów. Innym kandydatem jest b. rzecznik praw dziecka Vincenzo Spadafora z Neapolu. Na giełdzie nazwisk pojawiają się też Riccardo Fraccaro, Vito Crimi i b. dziennikarz Emilio Carelli. Możliwe jednak jest, że fotel premiera obejmie Di Maio, a Salvini wejdzie do rządu i stanie na czele ministerstwa spraw wewnętrznych, na którym Lidze bardzo zależy. Pozwoli to jej na wdrożenie swojej polityki, która zakłada m.in. przymusową deportację 500 tys. migrantów.