Rosja używa Syrii do wzmacniania swojej pozycji wobec Zachodu, ale prawdziwej konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi wcale nie chce.
Syria nie jest jedynym ani nawet najważniejszym miejscem, w którym ścierają się strategiczne interesy Rosji i Stanów Zjednoczonych, zatem w razie eskalacji konfliktu tam łatwo mógłby się on rozlać na inne punkty globu. Tym niemniej taka eskalacja nadal nie jest najbardziej prawdopodobnym scenariuszem.
Akt agresji?
Gdyby groźby składane przez Władimira Putina i Donalda Trumpa jeszcze w połowie zeszłego tygodnia zostały zrealizowane, to świat stałby dziś na granicy wojny. Tymczasem operacja wojskowa w Syrii, którą w sobotę nad ranem w odpowiedzi na użycie broni chemicznej w mieście Duma przeprowadziły Stany Zjednoczone wraz z sojusznikami, została dokonana bardzo ostrożnie – i jak podkreślono, była jednorazowa, chyba że reżim Baszara al-Asada jeszcze raz zastosuje gazy bojowe. Natomiast Rosja zareagowała na nią w sposób bardzo powściągliwy, szczególnie biorąc pod uwagę wcześniejsze zapowiedzi zestrzelenia amerykańskich pocisków i jednostek, z których są one wystrzeliwane. Owszem, Moskwa określiła atak jako akt agresji przeciwko suwerennemu państwu i wezwała Radę Bezpieczeństwa ONZ do potępienia Stanów Zjednoczonych, ale ograniczyła się tylko do ostrych słów. Co więcej, tuż po amerykańskim ataku rosyjskie ministerstwo obrony wydało oświadczenie, że żadne rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej znajdujące się w Syrii nie były celem ataku, a nawet podkreśliło, że do zestrzelenia amerykańskich pocisków Syryjczycy używali własnego sprzętu, a nie rosyjskiego. Czytając między wierszami, oznaczało to, że Rosja nie uznaje tej operacji zachodniej za przekroczenie czerwonej linii, co wymagałoby zbrojnej reakcji z jej strony. (Amerykanie zresztą też uważali, by tej czerwonej linii nie przekroczyć – jak poinformował ich ambasador w Moskwie, Jon Huntsman, Rosjanie zostali uprzedzeni o operacji, by zminimalizować ryzyko ofiar wśród rosyjskich wojskowych oraz cywilów i faktycznie się to udało, bo bilans ostrzału to trzy osoby ranne). O ile w poprzednim takim przypadku – w kwietniu zeszłego roku – powściągliwą reakcję Rosji na podobny nalot amerykański, też spowodowany użyciem broni chemicznej, można było tłumaczyć tym, że mieli wówczas nadzieję na ułożenie sobie dobrych relacji z Donaldem Trumpem, to teraz już nie mają co do tego żadnych złudzeń. Czyli – wbrew bardzo agresywnej retoryce Rosji i sugerowania przez nią, że jest gotowa do konfrontacji militarnej, tak naprawdę wcale jej nie chce.