W życiu wielu prezesów zdarza się taki moment, że są wzywani przed oblicze Kongresu. Teraz nadszedł on w życiu Marka Zuckerberga.
Reklama
Jeden z założycieli Facebooka pojawi się na Kapitolu dwa razy. Wczoraj wieczorem polskiego czasu zaczęło się jego przesłuchanie przed połączonymi senackimi komisjami wymiaru sprawiedliwości oraz handlu. Dzisiaj po południu Zuckerberg odpowie zaś na pytania komisji energii i handlu Izby Reprezentantów.
Przed młodym prezesem stoi jedno zadanie: zakończyć swoim wystąpieniem aferę Cambridge Analytica, która nie tylko położyła się cieniem na wizerunku firmy, ale też spowodowała wymierne straty. O ile na początku marca akcje Facebooka kosztowały ponad 180 dol. za sztukę, teraz oscylują poniżej 160 dol. To oznacza, że giełdowa wycena firmy stopniała o ok. 80 mld dol. To mniej więcej tyle, ile wynosi PKB Etiopii.
Wysiedzieć i wytrzymać
Stawka jest więc wysoka, w związku z czym Zuckerberg – który nie jest najlepszym mówcą – postanowił się solidnie przygotować. Jak doniósł „New York Times”, Facebook w tym celu zatrudnił grono zewnętrznych konsultantów i specjalizującą się w doradztwie strategicznym firmę WilmerHale. Mieli nauczyć Zuckerberga odpowiedniego tempa mówienia, właściwych reakcji na wypadek, kiedy ktoś mu przerwie, a także przećwiczyć odpowiedzi na najbardziej prawdopodobne pytania. Specjaliści odbywali także inscenizowane przesłuchania, gdzie odgrywali rolę poszczególnych członków Kongresu.
Wszystko po to, aby uniknąć blamażu, o który nietrudno, bo przed Kongresem nie staje się dla przyjemności. Dla polityków to okazja, żeby zaprezentować się wyborcom w roli twardych obrońców ich interesów. Przesłuchiwanych się poucza, przerywa im i zadaje podchwytliwe pytania. „A ty musisz po prostu siedzieć i to wytrzymać. Nauczenie się tego jest częścią procesu przygotowawczego” – tłumaczył na łamach „Harvard Business Review” William LaForge, autor książki „Testifying Before Congress” (Zeznawanie przed Kongresem).
Boleśnie przekonali się o tym szefowie amerykańskich firm motoryzacyjnych, kiedy w 2008 r. udali się do stolicy prosić Kongres o pomoc finansową dla swoich firm. Problem polegał na tym, że każdy z nich – Alan Mulally z Forda, Robert Nardelli z Chryslera i Rick Wagoner z General Motors – przyleciał na spotkanie własnym odrzutowcem. Politycy nie przepuścili okazji, żeby sobie z nich dworować. – Wyborna ironia: do Waszyngtonu przylatują luksusowe prywatne odrzutowce, a wychodzą z nich żebracy. Nie mogliście chociaż przylecieć jednym? – zapytał ich wtedy kongresmen Gary Ackerman.
– Proszę podnieść rękę, jeśli któryś z panów zamierza teraz sprzedać odrzutowiec i w lot powrotny udać się zwykłym samolotem. Proszę protokolanta o odnotowanie, że nikt nie podniósł ręki – kpił kongresmen Brad Sherman. Jak nietrudno się domyślić, przesłuchanie nie przysporzyło amerykańskiej motoryzacji fanów na Kapitolu. Pierwsze głosowanie nad udzieleniem wielkiej trójce pomocy publicznej w Senacie zakończyło się niepowodzeniem, choć wpływ na to miał również fakt, że politycy nie byli zadowoleni z planów restrukturyzacyjnych, jakie przedstawiły firmy. Ostatecznie koncerny otrzymały pieniądze, ale w 2009 r. General Motors i Chrysler złożyły wnioski o upadłość, zaś Wagoner i Nardelli stracili pracę.
Nikotyna uzależnia? Pierwsze słyszę
Mało która branża znalazła się jednak pod takim obstrzałem ze strony kongresmenów jak sektor finansowy po wybuchu globalnego kryzysu w 2007 r. Prezesi niektórych banków w następnych latach musieli się pojawiać na Kapitolu nawet kilkukrotnie, za każdym razem tłumacząc się z czego innego (m.in. ze swoich uposażeń, jak Dick Fuld, prezes upadłego Lehman Brothers). Politycy w Waszyngtonie powołali również specjalną komisję, której celem było wyjaśnienie przyczyn kryzysu.
– W jednym z e-maili z lipca 2007 r. określacie państwo sprzedaż obligacji pod nazwą Timberwolf jako „gówniany deal”. Ile tego „gównianego dealu” wcisnęliście klientom? – pytał w 2010 r. bankierów Goldman Sachs senator Carl Levin, który w trakcie przesłuchań atakował też prezesa instytucji Lloyda Blankfeina. – Przychodzi pan do mnie i chce mi pan sprzedać jakiś produkt finansowy. Jednocześnie kierowany przez pana bank obstawia spadek wartości tego samego produktu. Myśli pan, że taka wiedza nie wpłynęłaby na mój osąd sytuacji? – drążył Levin.
Podczas przesłuchania Blankfein stwierdził, że bank nie jest zobowiązany informować klientów o swoich posunięciach oraz że handlowcy, którzy oferowali produkty strukturyzowane, nie mogli tego zrobić, bo nie mieli o tym pojęcia. Jak nietrudno się domyślić, nie przyczyniło się to do odbudowy zaufania do sektora. W następnych latach na branżę nałożono kary o łącznej wartości 150 mld dol., w tym wiele związanych bezpośrednio z działalnością w czasach poprzedzających kryzys. Co ciekawe, Blankfein przeżył kryzysowe sztormy i stoi na czele Goldman Sachs do dziś, chociaż w marcu pojawiły się plotki, że odejdzie do końca roku.
Przesłuchania grupowe mają to do siebie, że pozwalają rozproszyć retoryczne ataki ze strony polityków na kilka osób. Ale i one mogą zniszczyć reputację całej branży, jak w przypadku przemysłu tytoniowego. W 1994 r. siedmiu prezesów takich firm, jeden po drugim, pod przysięgą zeznało przed Kongresem, iż „nie uważają, że nikotyna uzależnia”. Podczas tego samego przesłuchania szef koncernu Lorillard (dzisiaj część British American Tobacco) Andrew Tisch powiedział, że nie wierzy, jakoby papierosy powodowały raka. – Stoi pan z tym przekonaniem samotnie poza światem nauki – odparł wówczas kongresmen Henry Waxman.
Proszę nie mówić „nie wiem”
Zuckerberg będzie musiał sam bronić dobrego imienia firmy. W takiej sytuacji nie poradziło sobie wielu prezesów, np. Tony Hayward z BP, którego przesłuchanie w sprawie katastrofy platformy wiertniczej Deepwater Horizon trwało 7,5 godziny. Menedżer nie pozostawił po sobie dobrego wrażenia na Kapitolu.
– Fakt, że 65 razy odpowiedział pan „nie wiem” na sensowne pytania, nie wzbudza zaufania – grzmiał kongresmen Peter Welch. Hayward stracił stanowisko w październiku 2010 r., pół roku po katastrofie. Rynkowa wycena BP odrobiła straty dopiero w drugiej połowie 2017 r.
Fatalne wrażenie pozostawił po sobie również Richard Smith, prezes firmy Equifax, zajmującej się ocenianiem wiarygodności kredytowej. W ubiegłym roku hakerzy wykradli dane dotyczące 150 mln klientów firmy i kongresmeni chcieli się dowiedzieć, jak coś takiego było w ogóle możliwe. Smith, który miał odpowiedzieć na ich pytania, w momencie przesłuchania nie pełnił już funkcji prezesa. Nie miał dla polityków dobrych wiadomości: za gigantyczną wpadkę odpowiadał jeden pracownik firmy, który na czas nie zaktualizował oprogramowania.