Gdy świat zaczyna się zbroić, niemieckie wojsko cierpi z powodu cięć budżetowych. Czy w obliczu powrotu rywalizacji mocarstw Berlin może sobie pozwolić na dalsze oszczędności?
Gdy brak zbyt wielu rzeczy coraz bardziej wpływa na codzienne funkcjonowanie, to szczególnie bolesny staje się fakt, że wciąż przybywa ich tam, gdzie i tak jest już ich za dużo. Za dużo jest biurokracji, rozmywania odpowiedzialności i myślenia o zabezpieczeniu się »podkładkami« w postaci dokumentów”. Chociaż słowa te brzmią jak opis zapyziałego urzędu, to dotyczą znacznie poważniejszej instytucji. „To są skargi, które słyszę w prawie każdej rozmowie o stanie Bundeswehry z żołnierkami i żołnierzami” – kończy pierwszy akapit raportu Hans-Peter Bartels, który pełni w Niemczech funkcję Wehrbeauftragte – rzecznika sił zbrojnych.
Jest to organ pomocniczy parlamentu przy sprawowaniu kontroli nad wojskiem. Bartels może bez zapowiedzi wizytować jednostki, a żołnierze mogą z jego urzędem kontaktować się bezpośrednio, omijając przełożonych. Na podstawie tych informacji Wehrbeauftragte co roku sporządza raport podsumowujący stan sił zbrojnych.
Najnowsza odsłona liczy 120 stron. I nie jest to łatwa lektura.
Nicht schiessen
Przez wzgląd na umocowanie Bartels może nagłaśniać problemy, z którymi na co dzień borykają się mundurowi za Odrą. Podstawowym jest sprzęt, którego stan w swoim raporcie określa jako „dramatycznie zły”. W listopadzie ubiegłego roku z 244 czołgów Leopard 2, jakimi dysponuje Bundeswehra, sprawnych było jedynie 100. Pod koniec roku z użytkowania wyłączonych było wszystkich sześć nowoczesnych okrętów podwodnych Deutsche Marine. Do tego bywały dni, kiedy w niebo nie mógł się wzbić ani jeden z 14 transportowców Airbus A-400M. Zresztą na tym nie kończą się problemy ze sprzętem w Luftwaffe. Raport zwraca uwagę, że myśliwce Tornado oraz Typhoon są tak często uziemiane, że piloci nie mogą wylatać wystarczającej liczby godzin potrzebnej do ukończenia szkoleń. Do tego dochodzą braki kadrowe: ponad 20 tys. etatów w wojsku pozostaje nieobsadzonych, co oznacza, że ci w służbie mają więcej obowiązków.
Bartels nie pomija również wpisujących się w fatalny stan rzeczy drobnostek. Z lektury dowiemy się więc, że żołnierze w Afganistanie (Bundeswehra stacjonuje tam w ramach misji NATO) narzekają na to, ile czasu zajmuje dostarczenie poczty polowej do Niemiec i z powrotem (od siedmiu do dziewięciu dni). Raport odnotowuje też, że żołnierze skarżą się na wysokie ceny piwa bezalkoholowego w kantynach i na brak papierosów mentolowych. A jako przykład biurokracji utrudniającej codzienne życie podaje, że postępy w kwestii mundurów dla kobiet w ciąży udało się osiągnąć „dopiero po długim czasie”.
Nie jest to pierwszy raport, w którym rzecznik zwraca uwagę na problemy niemieckiej armii. W 2014 r. Bartels zelektryzował opinię publiczną, przytaczając historię opowiedzianą przez żołnierza, jakoby na wspólnych ćwiczeniach wojsk Sojuszu niemieccy pancerniacy nie mieli z czego strzelać (nicht schiessen) i brak karabinów maszynowych ukrywali, malując na czarno kije od szczotek.
Gorzkiego obrazu rzeczywistości dopełniają fakty, które nie są przekazywane opinii publicznej w raportach. Pod koniec ubiegłego roku Deutsche Marine miała w końcu odebrać pierwszy egzemplarz z zupełnie nowej klasy fregat. „Baden-Württemberg”, okręt za ponad 3 mld zł, którego budowę dotknęły wielokrotnie opóźnienia, musiał po zwodowaniu wrócić do suchego doku na poprawki. Okazało się, że jest pełen usterek – m.in. przechylał się na jedną burtę. A kiedy Niemcy przystąpiły do koalicji antyterrorystycznej prowadzącej kampanię nalotów na pozycje Państwa Islamskiego w Syrii i Iraku, wyszło na jaw, że część samolotów nie jest w stanie prowadzić misji nocą z powodu problemów z oprogramowaniem noktowizorów pilotów.
Keine Wende
Bartels mówi o problemach Bundeswehry otwarcie z racji pełnionego urzędu, ale nie jest jedynym politykiem, który przyznaje, że w niemieckiej armii coś się musi zmienić. Hasłem, które zdobyło popularność, jest tzw. Trendwende, czyli zmiana trendu. Pod terminem tym kryje się postulat, by niemieckiego wojska było więcej, miało lepszy sprzęt i lepsze finansowanie.
Chęć zmiany deklarują rządzący w Niemczech konserwatyści, ale na słowach się kończy. Choć w ubiegłym roku zapowiedzieli, że do 2021 r. budżet obronny ma się nieco zwiększyć (o 5 mld euro) i wynosić ponad 42 mld euro, to wciąż za mało, by dobić do NATO-wskiego wskaźnika wydatków na obronę na poziomie 2 proc. PKB. Owe 5 mld ledwo wystarczy na utrzymanie obecnego poziomu 1,2 proc. PKB, bo przecież wraz ze wzrostem produktu krajowego brutto powiększa się też wartość NATO-wskiego celu. 2 proc. PKB w 2017 r. to zupełnie inna kwota niż 2 proc. w 2021 r.
Nie stawia to Niemców w gronie prymusów, jeśli idzie o pieniądze na obronę. Dla porównania Francja wydaje 1,8 proc. PKB, Polska – 2 proc., zaś Stany Zjednoczone przeznaczają na wojsko aż 3,5 proc. PKB, przy czym budżet za Atlantykiem ma jeszcze wzrosnąć. To m.in. z tego względu prezydent Donald Trump stwierdził, że Europejczycy powinni wydawać więcej i by skończyli z „jechaniem na gapę”, czyli niewywiązywaniem się przez kraje członkowskie z tych zobowiązań. Warto zauważyć, że nie jest pierwszym lokatorem Białego Domu, który tak mówił.
Bartels pisze wprost: jeśli Niemcy chcą odwrócenia fatalnego trendu, to muszą głębiej sięgnąć do kieszeni. Trendwende wymagałaby wydania do 2030 r. ok. 130 mld euro tylko na nowy sprzęt. Wychodzi po ok. 10 mld rocznie – znaczący kontrast z 6 mld, jakie wydano w ubiegłym roku, i z poprzednimi latami, gdzie pomimo pilnych potrzeb nie udawało się zrealizować całego budżetu – problem, który doskonale znamy także z naszego podwórka. Publikacja raportu zbiegła się z doroczną konferencją ds. bezpieczeństwa w Monachium. Jednak obecna tam minister obrony Niemiec Ursula von der Leyen – która ma pozostać na stanowisku przez kolejne lata – nie zadeklarowała, że niemieckie wydatki na obronność radykalnie wzrosną. Czyli nie ma co liczyć na zmianę trendu (keine trende).
By lepiej zrozumieć kontekst sytuacji, warto pamiętać, że francuska minister obrony Florence Parly, która występowała w Monachium wspólnie z niemiecką koleżanką, potwierdziła, że Paryż chce osiągnąć cel 2 proc. PKB do 2025 r. Z kolei sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg zapowiedział, że rok wcześniej już 15 z 29 krajów Sojuszu będzie wydawać 2 proc. na obronność. Trzy lata temu było to ledwie pięć państw. Dla porównania: w 2000 r. wszystkie ówczesne kraje Sojuszu wydawały na obronność co najmniej 2 proc. PKB.
– Jeśli podczas tegorocznej konferencji w Monachium cokolwiek stało się jasne, to fakt, że bajania o „nowej odpowiedzialności” Niemiec, jakie można było usłyszeć z ust takich polityków jak Joachim Gauck, Frank-Walter Steinmeier czy von der Leyen, pozostały bajaniami – komentował Ulrich Speck z niemieckiego oddziału Instytutu Aspen.
Weiche Macht
Speck odnosi się do trwającej od kilku lat w Niemczech dyskusji na temat roli, jaką kraj powinien odgrywać na globalnej scenie. Część publicystów i polityków jest zdania, że najwyższa pora, aby Berlin stał się aktywnym graczem w polityce międzynarodowej – stosownie do swojej rangi gospodarczej. Argumentują: podczas kryzysów w UE nasi partnerzy i tak oczekiwali, że to my je zażegnamy. Berlin nie może się dłużej uchylać od odpowiedzialności.
Ale globalna odpowiedzialność to także silna armia – perspektywa wciąż nie do przełknięcia dla wielu osób za Odrą. Niemiecka niechęć do zbrojeń ma podłoże przede wszystkim historyczne. Potęga niemieckiej armii oraz zbrodnie, które popełniła ona podczas II wojny światowej, są w Berlinie pamiętane. Jak silny ma to wpływ na bieżącą politykę, niech świadczy fakt, że szef dyplomacji Sigmar Gabriel pytał w Monachium, czy pozostałe kraje Europy na pewno chcą, by Niemcy wydawały na wojsko 70 mld euro rocznie.
Z tego względu, pomimo dosyć ponurego przeświadczenia o coraz większej liczbie zagrożeń i nadchodzących konfliktach, które unosiło się nad konferencją w Monachium, niemieccy politycy w swoich przemówieniach trzymali się swojej narracji. Von der Leyen po raz kolejny podniosła kwestię tego, że do wydatków na obronność powinny być także wliczane wydatki na pomoc rozwojową, czyli środki na rzecz uboższych krajów (w tym wypadku Niemcy praktycznie osiągnęliby NATO-wski cel 2 proc. PKB). Z kolei Sigmar Gabriel wyjaśniał, że Niemcy chcą „logice militarnej przeciwstawić logikę cywilną i dyplomatyczną”.
„Logika cywilna i dyplomatyczna” prowadzi nas oczywiście w kierunku terminu miękkiej siły, czyli soft power. Myliłby się ten, kto uważa, że pomimo słabości militarnej Niemcy nie próbują poprzez weiche Macht wywierać wpływu na inne kraje. W 2004 r. amerykański politolog Joseph Nye wydał książkę „Soft Power: The Means to Success in World Politics”. Zdefiniował on miękką siłę jako umiejętność wywierania wpływu poprzez „kooptację”, danie przykładu, zachęcenie, a nie przymus. Radykalnie upraszczając, chodzi o to, by inni robili to, co chcesz, bo cię lubią, a nie dlatego, że za plecami masz schowany kij bejsbolowy.
Najlepszym dowodem na to, jak poważnie Niemcy traktują „logikę cywilną i dyplomatyczną”, jest fakt, że wydatki na pomoc międzynarodową w Republice Federalnej nie są schowane w budżetach resortów spraw zagranicznych czy gospodarki, ale administruje nimi ministerstwo współpracy gospodarczej i rozwoju. Stojący na czele resortu Gerd Müller miał w ubiegłym roku do dyspozycji 8,5 mld euro. To prawie tyle, ile Polska wydaje na obronność. Łącznie z innymi wydatkami na ten cel (w tym pieniędzmi przeznaczonymi dla uchodźców) Niemcy są drugim na świecie sponsorem pomocy rozwojowej (po USA). W tym kontekście łatwiej jest zrozumieć decyzję Angeli Merkel o wpuszczeniu uchodźców do Niemiec. „Wir schaffen das”, czyli „damy radę”, co kanclerz zadeklarowała w samym szczycie kryzysu migracyjnego, było w tym kontekście wyrazem nie słabo przemyślanej decyzji, ale działaniem płynącym z poczucia moralnej współodpowiedzialności za świat.
Warto zwrócić uwagę, że nie tylko w Niemczech podnoszony jest argument, że same wydatki na obronność nie wyczerpują obrazu zaangażowania danego kraju w budowę globalnego ładu. We wrześniu ubiegłego roku Elisabeth Braw z Atlantic Council zamieściła na portalu Politico komentarz, w którym zasugerowała, że włoskiej armii należy się znacznie większe uznanie za wkład w bezpieczeństwo Sojuszu, niż wynikałoby z 1,1 proc. PKB przeznaczanego na obronność. Braw argumentowała, że przez wzgląd na położenie geograficzne żaden kraj nie poświęca tylu zasobów – w tym wojskowych – na walkę z kryzysem migracyjnym, co właśnie Italia.
Breite vor Tiefe
W Niemczech, a także poza nimi, coraz częściej słychać jednak głosy, że w obecnym klimacie geopolitycznym dalsza ucieczka Berlina od hard power jest co najmniej nieroztropna. Że w sytuacji rosnącej asertywności Rosji i Chin, powrotu wyścigu zbrojeń oraz największego ryzyka konfliktu lądowego od 1989 r. nie sposób dłużej chować głowy w piasek. Mandat Bundeswehry nie może się dłużej ograniczać do zagranicznych misji pokojowych i stabilizacyjnych, bo – jak pokazał konflikt na wschodniej Ukrainie, gdzie do łask wróciły wojska pancerne i artyleria, chociaż wspomagane najnowszymi technologiami – te realia są już nieaktualne.
Postawa Berlina może dziwić chociażby z tego względu, że zmianę dostrzegli inni. Kongres USA zgodził się ostatnio na znaczące zwiększenie wydatków na obronność, co otwiera drogę do zapowiadanej jeszcze w kampanii wyborczej przez Donalda Trumpa zwyżki nakładów na wojsko. W efekcie budżet Departamentu Obrony może w 2019 r. spuchnąć do 700 mld dol. – wartości niewidzianej od czasów zimnej wojny. Na co mają pójść te pieniądze? Właśnie na budowę siły militarnej. Plany zamiany U.S. Army w korpus sił ekspedycyjnych zostały odłożone na półkę (wyrazem chociażby rezygnacja ze specjalnych okrętów do walki przybrzeżnej, które miały służyć w misjach pokojowych, stabilizacyjnych i antyterrorystycznych), a w zamian za to wojsko może liczyć na nowy sprzęt. Odkurzone zostały plany budowy nowej generacji czołgów i wozów pancernych, pilnie potrzebny jest nowy bombowiec strategiczny, armia ma także dostać więcej samolotów. Do tego kompletna modernizacja arsenału nuklearnego. Waszyngton reaguje w ten sposób na ambicje Chin i Rosji, a także – jak mówią anglosascy eksperci – bardziej „asertywną” postawę obydwu krajów (budowa wysp na Morzu Południowochińskim przez Pekin, aneksja Krymu, konflikt na Ukrainie oraz interwencja w Syrii w wykonaniu Moskwy).
Faktem jest, że obydwa kraje w ostatnich latach również zwiększyły swoje nakłady na wojsko – wydają kolejno 215 mld dol. i 70 mld dol. Chiny – skupione dotychczas na budowie potencjału pozwalającego im operować w ramach konfliktu regionalnego – rozbudowują teraz flotę lotniskowców. W tym celu Pekin zakupił od Ukrainy kadłub nigdy nieukończonej sowieckiej jednostki, a następnie sfinalizował budowę. Okręt obecnie służy jako jednostka treningowa i stał się bazą dla pierwszego w pełni chińskiego lotniskowca, który może wejść do służby przed końcem tego roku. W budowie jest także jednostka zupełnie nowego typu, a na początku tego roku zatwierdzono zwodowanie kolejnej. W tyle nie chcą zostać również Rosjanie, którzy w Syrii i na Ukrainie przetestowali nowe typy uzbrojenia, w tym samoloty bezzałogowe (połączone z systemem sterowania ogniem), pociski manewrujące Kalibr, systemy wojny elektronicznej oraz myśliwce Su-30 i Su-35.
Państwem, które nigdy nie porzuciło globalnych ambicji, jest też Francja. Paryż oprócz Rosji dysponuje najsilniejszą armią na Starym Kontynencie i może samodzielnie prowadzić zamorskie operacje. Francuska armia jest bardzo aktywna w misjach afrykańskich, np. w Mali, zresztą Francuzi nie mają oporów, by samodzielnie prowadzić duże operacje, co pokazała niedawna interwencja w Republice Środkowoafrykańskiej. Paryż robi to po to, by zachować wpływy polityczne (nawet jeśli ogranicza się do frankofońskiej części Afryki, którą uznaje za swoją strefę wpływów) i zmniejszyć ryzyko ataków islamistów nad Sekwaną. W misji malijskiej biorą udział również Niemcy, chociaż w znacznie mniejszym stopniu w zadaniach bojowych.
Nieprawdą jednak byłoby stwierdzenie, że politycy w Berlinie są kompletnie ślepi na niedobory Bundeswehry. Ich pomysł na polepszenie sytuacji armii jest unikatowy. Miałoby się to odbyć w ramach międzynarodowej współpracy militarnej. Uzasadnienie takiego wojskowego multilateralizmu jest podobne jak dla zaangażowania w Unię Europejską: Berlin chce uniknąć oskarżeń o powrót imperialnych ambicji. Najprościej osiągnąć to, montując międzynarodowe koalicje i uczestnicząc w międzynarodowych ciałach.
Idea jest taka: skoro mamy ograniczony budżet, to może nie ma sensu inwestować w każdy możliwy aspekt armii, ale skupić się na wybranych. Pozostałe zapewnią nasi partnerzy z innych krajów. Koncepcję tę nazywa się Breite vor Tiefe, czyli „szerokość zamiast głębi”. W taką wizję wpisują się inicjatywy zacieśnienia współpracy obronnej na arenie europejskiej, gdzie najtrudniejsze do sfinansowania, ale niekoniecznie ciągle potrzebne zasoby są uwspólniane (np. transport lotniczy). Stąd wsparcie Berlina dla PESCO, czyli tzw. stałej współpracy strukturalnej w ramach UE.
ikona lupy />
Dziennik Gazeta Prawna
Co więcej, Berlin zaproponował również coś podobnego na forum NATO. Przyjęta na szczycie w Newport (to tam zapadła decyzja o przesunięciu wojsk Sojuszu na wschód, w tym do Polski) tzw. koncepcja państw ramowych zakłada, że rozwój zdolności wojskowych odbywałby się w obrębie wielonarodowych klastrów z państwem ramowym na czele. Niemcy z Bundeswehrą stanowiłyby ramę dla jednego z takich klastrów, do którego swoje jednostki oddelegowaliby mniejsi członkowie NATO. Jak to określił Rainer Glatz, emerytowany generał Bundeswehry, uczyniłoby to z Niemiec „nieodłączny element Sojuszu”. – Coś takiego musi jednak zostać wsparte odpowiednimi finansami. I tu jest problem – powiedział niedawno Glatz w wywiadzie dla „Financial Times”.
Problem może polegać również na tym, że sojusznicy zniosą dużą niemiecką armię – ale już niekoniecznie niemieckiego dowódcę.