Jeżeli moja następczyni wykaże dobrą wolę i będzie chciała korzystać z mojej pomocy, to zgodzę się być doradcą PKW - mówi w wywiadzie dla DGP Beata Tokaj, ustępująca szefowa Krajowego Biura Wyborczego.
W dniu, gdy rząd przedstawił trójkę swoich kandydatów na szefa KBW, Państwowa Komisja Wyborcza przyjęła uchwały ustanawiające stanowisko „doradcy PKW”, de facto utrudniające nowej szefowej Krajowego Biura Wyborczego wymianę kadr. Uważa pani, że gracie czysto?
Uchwały PKW to jej suwerenne decyzje. PKW zależy na tym, aby w Krajowym Biurze Wyborczym pracowały osoby znające prawo wyborcze i mające doświadczenie w przygotowywaniu i przeprowadzaniu wyborów. Takie osoby będą stanowiły wsparcie i pomoc dla nowego szefa KBW, który obejmuje funkcję na osiem miesięcy przed wyborami samorządowymi.
Reklama
Stanowisko szefa Krajowego Biura Wyborczego pełni pani do 2 marca. Co potem? Czy zgodnie z uchwałą PKW zostanie pani doradcą komisji?
Zgodnie z kodeksem moja funkcja wygasa tego dnia. Oczywiście PKW chciałaby, abym była jej doradcą z racji mojego doświadczenia i wiedzy na temat prawa wyborczego. Ale czy rzeczywiście zostanę doradcą, zależy od decyzji nowej szefowej KBW Magdaleny Pietrzak, bo tylko ona może podpisać ze mną umowę o pracę. Jeżeli moja następczyni wykaże dobrą wolę i będzie chciała korzystać z mojej pomocy, to zgodzę się być doradcą PKW.

Reklama
Nie boi się pani, że ta sytuacja może generować spięcia na linii PKW – KBW?
Trudno powiedzieć, nie znam pani Pietrzak i charakteru jej pracy. Ja nie jestem osobą konfliktową.
Gdy pani Magdalena Pietrzak zatrudni doradcę na wniosek PKW, to, jeśli dojdzie do sporów, może mieć problem, bo zwolnienie doradcy będzie wymagało zgody PKW.
Miejmy nadzieję, że do takich sytuacji nie dojdzie. Oczywiście PKW ma na uwadze ciągłość instytucji i wiedzę wszystkich pracowników. Najbliższe wybory będą bardzo trudne, zwłaszcza po ostatnich zmianach w kodeksie wyborczym. Przy ich organizacji pracować będzie cała rzesza ludzi, którzy do tej pory nie mieli zbyt dużej styczności z prawem wyborczym – mam na myśli m.in. nowych komisarzy wyborczych czy nowo tworzony korpus urzędników wyborczych. Grozi nam po prostu chaos.
Nie obawia się pani, że ewentualny klincz w PKW, wywołany utarczkami personalnymi, może doprowadzić do paraliżu tej instytucji na kilka miesięcy przed wyborami?
Nie spodziewam się ani klinczu, ani utarczek personalnych. Członkom PKW i wszystkim pracownikom KBW zależy na tym, aby te instytucje działały i mogły sprawnie przygotować w tak krótkim czasie, a potem przeprowadzić najtrudniejsze wybory, jakimi są wybory samorządowe.
Czy czuje się pani zawiedziona, że zostaje odsunięta od kierowania KBW?
Tak. Uważam, że dużo zrobiłam dla wyborów i PKW. W 2015 r. zbudowaliśmy od podstaw nowy system informatyczny, który sprawdził się przy wyborach parlamentarnych, prezydenckich, w referendum ogólnokrajowym, w wyborach uzupełniających do samorządów. Z małymi modyfikacjami byłby gotowy do tegorocznych wyborów samorządowych. Pomogłam nowej PKW wdrożyć się w jej zadania na kilka miesięcy przed wyborami 2015. Wprowadziliśmy nowe wewnętrzne procedury, otworzyliśmy urząd dla wyborców i dziennikarzy, wyszliśmy do ludzi – konsultowaliśmy z wyborcami nowe karty wyborcze, jesteśmy obecni w social mediach. Odbiliśmy się od sondażowego dna – z grudniowego badania CBOS wynika, że PKW ufa ponad dwukrotnie więcej Polaków niż w 2014 r. Wiedza naszych rodaków o procedurach wyborczych staje się coraz powszechniejsza.
Brała pani udział w rozmowach z trójką kandydatów na szefa KBW, których wystawił minister spraw wewnętrznych Joachim Brudziński. Jakie wrażenie zrobiła na was Magdalena Pietrzak? Czy uda jej się zorganizować jesienne wybory samorządowe?
Dzisiaj nie mogę tego stwierdzić. Nie wiem, w jaki sposób pracuje pani Pietrzak. Z tego, co mówiła na rozmowie z PKW, wynika, że jest raczej sprawną osobą.
A jaki jest jej stan wiedzy odnośnie do prawa wyborczego? Miała problem z odpowiedziami na jakieś pytania?
Spotkanie nie było egzaminem. Chodziło o poznanie kandydata na szefa KBW. Nikt nie zna prawa wyborczego, jeśli nie ma co najmniej kilkuletniej praktyki. Nie wystarczy przeczytać przepisów kodeksu, trzeba je jeszcze umieć zinterpretować. Od tego zależy sprawna organizacja wyborów.
Do wyborów zostało tylko osiem miesięcy.
Dlatego PKW chce ciągłości zatrudnienia pracowników, znakomitych fachowców, którzy od lat stykają się z prawem wyborczym.
Co panią najbardziej niepokoi w kontekście przygotowań do jesiennych wyborów samorządowych?
Boję się chaosu urzędniczego. Efektywności pracy ok. 5,5 tys. nowych urzędników wyborczych, którzy będą pracowali przy wyborach i to nie w tej gminie, w której mieszkają i pracują, tylko w sąsiedniej. Obawiam się o kamery do transmisji z lokali wyborczych, czy uda się je kupić i zainstalować na czas. Raczej nie dojdzie do centralnego przetargu, bo to oznaczałoby trudny do przeprowadzenia przetarg unijny. Raczej skłaniamy się, że to gminy zakupią sprzęt, a my przekażemy pieniądze.
A jeśli nie uda się w jakimś lokalu wyborczym zainstalować i uruchomić kamer?
Wówczas urzędnik wyborczy ma obowiązek zabezpieczyć rejestrację dźwięku i obrazu. Jeśli nie ma kamery, można to zrobić za pomocą telefonu, swojej własnej kamery czy innego rejestratora.
Naprawdę wyobraża sobie pani, że urzędnik wyborczy będzie rejestrował wszystko smartfonem?
To już będzie decyzja urzędnika wyborczego, jak poradzić sobie z problemem.
Ile będą kosztować te wybory? Najpierw PKW podawała, że 634 mln zł. Potem kwota ta urosła do ok. 750 mln, a teraz mowa już o ponad 800 mln zł.
Wcześniej kwoty były niedoszacowane. Nie twierdzę też, że ta ostatnia nie może okazać się nieco niższa lub wyższa. Wynika to m.in. z tego, że pojawi się bardzo duża liczba urzędników wyborczych. Nie każda gmina będzie w stanie oddać takiej osobie pokój do pracy. Trzeba się liczyć z wynajęciem nowego pomieszczenia, co generuje koszty. Kolejna sprawa to kamery. Nie wystarczy je kupić, trzeba jeszcze zapewnić serwer, kable, osoby, które to zamontują. Montaż jednej kamery zajmuje ok. 3–4 godzin, a mamy 26 tys. lokali wyborczych, w których trzeba je zainstalować. ABW, z którą współpracujemy w zakresie bezpieczeństwa wszystkich danych, które posiadamy, szacuje koszt instalacji na ok. 150 mln zł. Do tego dochodzi zakup komputerów. Jeśli obwód głosowania jest w jakiejś sali przedszkolnej, to tam nie ma takiego sprzętu. Prawdopodobnie trzeba będzie kupić laptopy z mobilnym dostępem do internetu. Trzeba też przygotować stronę internetową PKW, by pomieściła tak ogromną liczbę protokołów głosowania.