Stany Zjednoczone przez dwa stulecia doskonaliły synergię między interesem narodowego kapitału a polityką zagraniczną państwa, budując tą metodą swą potęgę. Oczywistość tak oczywista, że niezauważalna jedynie w Polsce.
Magazyn DGP 5.01 / Dziennik Gazeta Prawna
Rządzący Polską znów są zdziwieni tym, co ich spotyka ze strony USA. Lata lecą, trzymający władzę się zmieniają, a zdziwienie tak samo świeże. Rząd Leszka Millera był zaskoczony, że wydano 6 mld dol. na zakup 48 myśliwców F-16, a partner ociągał się z realizacją umów offsetowych, przewlekając to ostatecznie przez 12 lat. Premier Donald Tusk i minister obrony Tomasz Siemoniak z pokerową twarzą kupili zupełnie niepotrzebne polskiej armii 40 pocisków samosterujących JASSM za 250 mln dol. Po czym konsekwentnie twierdzili, iż ich nie dziwi, że za taką samą sumę Finlandia dostała od Amerykanów ponad 70 JASSM-ów. Miesiąc temu wiceminister obrony narodowej Bartosz Kownacki wyraził zdumienie, kiedy podległa Pentagonowi Agencja Współpracy Bezpieczeństwa Obronnego (DSCA) określiła, że system obrony powietrznej oparty na rakietach Patriot powinien kosztować Polskę 10,5 mld dol. Wydaje się to ceną nieco wygórowaną, skoro za podobny kontrakt Rumunia ma zapłacić połowę mniej.
Jednak nawet suma wszystkich powyższych zdziwień nie odda zaskoczenia obozu władzy, jakie wywołał komunikat wydany przez Departament Stanu USA po tym, jak potraktowano TVN24 karą 1,4 mln zł. Obsadzona działaczami PiS Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji (trudno powiedzieć, czy działając na odgórne zlecenie) ubzdurała sobie, że tak załatwi porachunki z najbardziej antyrządową telewizją. Zatem z punktu widzenia Waszyngtonu grupa anonimowych kolesi postanowiła wymusić od telewizji – należącej do amerykańskiego koncernu Scripps Networks Interactive, który wkrótce przejdzie w ręce korporacji Discovery – jakieś 400 tys. dol. To nie jest powalająca suma. Prezes Discovery Communications David M. Zaslav zapewne więcej wydaje na garnitury. Jednak są zasady, których jankesi trzymają się z żelazną konsekwencją. W interesach nie ma miejsca na sentymenty i słabości, robi się je po to, żeby maksymalizować korzyści. A ten, kto ośmiela się je Amerykanom psuć, szybko staje się dla nich śmiertelnym wrogiem.
Reklama
Noga w drzwi

Reklama
Problemy z Japonią zaczęto dostrzegać w Waszyngtonie pod koniec lat 30. XIX w. Dalekowschodni kraj uparcie izolował się od reszty świata, nie godząc na nawiązywanie jakichkolwiek kontaktów, nawet handlowych. Cesarze oraz rządzący w ich imieniu szogunowie bali się zachodnich mocarstw, słusznie podejrzewając, że ceną za otwarcie granic może stać się utrata suwerenności. Ich pech polegał na pojawieniu się plotki, iż w Japonii występują wielkie złoża węgla. Epoka maszyn parowych uczyniła z niego bardzo pożądane paliwo, także dla dalekomorskich okrętów. Tymczasem po aneksji Kalifornii Amerykanie bardzo mocno zainteresowali się handlem z Azją oraz rybołówstwem. Konkurując z Brytyjczykami i Francuzami, potrzebowali po drugiej stronie Pacyfiku portów, faktorii handlowych, punktów zaopatrzenia dla statków. Strategiczne położenie wsyp japońskich czyniło z nich idealną bazę wypadową dla dalszej ekspansji w głąb kontynentu azjatyckiego.
Tymczasem Japończycy zupełnie nie przejawiali entuzjazmu dla wspólnych interesów. Kiedy w 1837 r. statek „Morrison" próbował wpłynąć do portu w Tokio, został ostrzelany i musiał zawrócić. Sponsor wyprawy Charles W. King, amerykański biznesmen robiący interesy w chińskim Kantonie, nie zamierzał puścić tego płazem. Zaraz po powrocie do USA napisał książkę „The Claim of Japan and Malaysia Upon Christendom” („Roszczenia Japonii i Malezji wobec chrześcijaństwa”). Stanowiła ona niezwykłe pomieszanie kwestii religijnych z handlowymi. Ogólnie rzecz biorąc, autor domagał się od rządu USA, aby zmusił Japończyków do przyjęcia chrześcijaństwa oraz robienia interesów z amerykańskimi kupcami, w przypadku oporu używając siły. Idee Kinga podchwycił wpływowy nowojorski bogacz Aaron H. Palmer. Przez kilka lat prowadził akcję lobbingową pod hasłem otwarcia Kraju Kwitnącej Wiśni na współpracę gospodarczą ze Stanami Zjednoczonymi. Wreszcie w 1845 r. na forum Izby Reprezentantów wniesiono projekt rezolucji wzywający prezydenta Jamesa K. Polka, aby zmusił cesarza Japonii do podpisania traktatu handlowego z USA. Wprawdzie rezolucja nie została uchwalona, lecz amerykańskie poselstwo i tak spróbowało nawiązać kontakt z dworem cesarskim w Kioto. Bez sukcesów, bo Japończycy nie chcieli podjąć negocjacji.
Tymczasem w kwietniu 1849 r. sztorm zatopił niedaleko Tokio amerykański statek rybacki. Po rozbitków przypłynęła z Hongkongu kanonierka „Preble”. Kapitan James Glynn, kiedy miejscowi odmówili rozmów, nie bawił się w dyplomację. Wiadomość, którą przekazał, była prosta: albo rybacy trafią na pokład USS „Preble”, albo zaznajomi Tokio z możliwościami amerykańskich dział. Wkrótce okręt odtransportował rozbitków do USA, a tam rozpętała się prawdziwa burza. „Rybacy opowiadali przesadne historie o swoich cierpieniach w Japonii. W Stanach Zjednoczonych pojawiły się głosy o potrzebie wysłania ekspedycji wojskowej do Japonii, która by z pozycji siły skłoniła Japończyków do zawarcia układu handlowego” – pisze w monografii „Dyplomacja Stanów Zjednoczonych XVIII–XIX w.” Longin Pastusiak. Tym razem senacka komisja handlu, której przewodniczył Hannibal Hamlin, zaatakowała prezydenta Millarda Fillmore’a dwiema rezolucjami, żądając rozprawienia się z japońskim izolacjonizmem. Entuzjastycznie poparły ten postulat koła biznesowe. Przyparty do muru prezydent w listopadzie 1851 r. nakazał zorganizowanie ekspedycji na Daleki Wschód. Jej dowództwo powierzył bohaterowi wojny z Meksykiem, komandorowi Matthew C. Perry’emu. W przygotowanej instrukcji nakazano mu wymóc zgodę na to, by amerykańskie statki mogły w japońskich portach kupować żywność i węgiel, a kilka nadmorskich miast otwarto na wymianę handlową z USA. Komandor wedle tego dokumentu powinien zachowywać się wobec gospodarzy: „grzecznie i pojednawczo, ale równocześnie zdecydowanie i stanowczo”. Perry’emu najbardziej spodobało się słowo „stanowczo”. Gdy 8 lipca 1852 r. jego cztery okręty wojenne zjawiły się w Zatoce Edo, nie czekał na reakcję gospodarzy, lecz posłał na ląd pół tysiąca żołnierzy piechoty morskiej, by opanowali port Uraga. Dopiero wówczas przekazał list do szoguna Tokugawy z amerykańską ofertą współpracy. Wspominając przy okazji, że kiedy wróci po odpowiedź, może mu towarzyszyć flota złożona nie z czterech, lecz ze 100 okrętów wojennych. Ostatecznie w lutym 1854 r. do Zatoki Edo przybyło dziewięć amerykańskich jednostek, w tym trzy potężnie uzbrojone fregaty parowe. Japończycy usiłowali odwlec moment podjęcia rokowań, ale komandor Perry był nieugięty. W końcu delegacje obu stron zaczęły się regularnie spotykać w Kanagawie. „W trakcie rokowań negocjatorzy dokonali wymiany prezentów. Amerykanie ofiarowali m.in. telegraf, model lokomotywy i pociągu, książki, a także broń. Perry poczęstował swych gospodarzy szampanem i alkoholem, co spotkało się z zadowoleniem” – opisuje Pastusiak.
Podpisany 31 marca 1854 r. traktat dawał amerykańskim kupcom klauzulę największego uprzywilejowania oraz możność prowadzenia wymiany handlowej w dwóch drugorzędnych portach: Shimodzie oraz Hakodate. W nich także mogły kupować zaopatrzenie statki z USA, płacąc za wszystko złotem lub srebrem. Sukces wydawał się umiarkowany, lecz nie dla doświadczonych biznesmenów. Skoro drzwi zostały uchylone, to teraz należało wsadzić stopę i pchać dalej. Komandor Perry wrócił do domu w glorii chwały, inkasując specjalną nagrodę od rządu w wysokości 20 tys. dol., tymczasem kupcy już napierali na drzwi z całych sił. Kolejne lata przyniosły wymuszanie na Japończykach nowych ustępstw otwierających państwo na amerykańskie towary i wpływy. Zaowocowało to rewolucyjną epoką Meiji, kiedy Kraj Kwitnącej Wiśni zaczał desperacko gonić Zachód, dokonując radykalnej transformacji politycznej i gospodarczej. Amerykanom to akurat nie przeszkadzało, bo wychowali sobie znakomitego klienta, łaknącego nowoczesnej broni, maszyn fabrycznych, wyrobów stalowych oraz nowatorskich technologii.
Wujaszek Ford
Ku zaskoczeniu wszystkich polski szlachcic Feliks Dzierżyński pod koniec życia zaczął okazywać wielkie uwielbienie dla Henry’ego Forda. Budzący grozę szef policji politycznej Czeka został w 1924 r. przewodniczącym Najwyższej Rady Gospodarczej ZSRR. Wówczas zorientował się w pełni, jak sześć lat rządów komunistów zrujnowało odziedziczony po carskiej Rosji przemysł. Recept na wyjście z katastrofalnej sytuacji Dzierżyński zaczął szukać w autobiografii Forda. Zlecił nawet przetłumaczenie jej na język rosyjski i wydanie w masowym nakładzie. Fordyzacja przemysłu stała się głównym hasłem i obsesją Feliksa Edmundowicza. Wielkie fabryki z liniami montażowymi, zarządzane wedle amerykańskich standardów, miały stać się fundamentem potęgi Związku Radzieckiego. Wizja piękna, lecz ktoś jeszcze musiał te fabryki zbudować, wyposażyć w oprzyrządowanie i dobrze zarządzać robotnikami. Na początek Najwyższa Rada Gospodarcza złożyła u Henry’ego Forda zamówienie na 24 tys. traktorów. Ten fakt od razu dostrzegły środowiska biznesowe. Wprawdzie rząd USA od 1918 r. konsekwentnie odmawiał uznania bolszewickiego reżimu i nie utrzymywał kontaktów dyplomatycznych z Moskwą, lecz tę niedogodność dawało się obejść.
Już na początku lat 20. dwaj ambitni synowie milionerów: Averell Harriman i Armand Hammer potrafili zaprzyjaźnić się z samym Leninem, dzięki czemu dorobili się sporych fortun. Harriman od wodza rewolucji dostał koncesję na eksploatację kopalni magnezu w świeżo podbitej przez Armię Czerwoną Gruzji. Z kolei Hammer pośredniczył w zakupach zboża dla ZSRR od amerykańskich farmerów, a także pomagał upłynniać na Zachodzie klejnoty zagrabione rosyjskim arystokratom. Obaj po rodzicach odziedziczyli znakomite kontakty z najzamożniejszymi ludźmi w USA, a jednocześnie znali osoby rządzące na Kremlu. Szefostwa koncernów zaczęły to wykorzystywać, bez oglądania się na miliony ofiar, które miało na sumieniu totalitarne państwo. „Do ignorowania faktów skłaniał zachodnich przedsiębiorców rozpowszechniony pogląd, że Rosja oferuje nieograniczone możliwości eksploatacji swoich bogactw naturalnych i rynek zbytu dla towarów przemysłowych” – podkreśla Richard Pipes w „Rosji bolszewików”.
Równie motywujące stały się informacje o niemieckich inwestycjach, choć były one mocno przesadzone. Wprawdzie stalownie Sowietom budował Krupp, a fabrykę broni chemicznej IG Farbenindustrie, lecz w sumie z przemysłem ZSRR współpracowały tylko 24 niemieckie firmy. Poza tym po 1925 r. relacje między Moskwą a Berlinem mocno się pogorszyły. Józef Stalin domagał się tanich kredytów w zachodnich walutach, a Niemcy jak największych zysków z inwestycji. W tym momencie do gry z całym impetem weszły koncerny z Ameryki. Skoro Sowieci zamówili traktory od Forda, to w 1925 r. swoje usługi zaoferował im główny jego konkurent w branży maszyn rolniczych, koncern International Harvester. Natomiast kredytowanie budowy fabryk w ZSRR zaproponował potężny Chase National Bank. Łatwy kredyt przyniósł lawinę amerykańskich inwestycji w stalinowskiej Rosji. Jakieś 90 proc. wszystkich linii przesyłowych prądu i stacji transformatorów oraz wielką elektrownię w Charkowie postawił General Electric. Z kolei radia, w tym te odbierające tylko jedną rządową stację nadawczą (zwane potocznie kołchoźnikami), wyprodukował dla mieszkańców ZSRR koncern RCA (Radio Corporation of America). W Niżnym Nowogrodzie, przemianowanym w międzyczasie na Gorki, korporacja Forda zbudowała wielką fabrykę. Teoretycznie miała ona produkować traktory i samochody, ale częściej z jej linii montażowych zjeżdżały czołgi, w tym T-34. W jednym tylko Stalingradzie nowy okręg przemysłowy budowało od podstaw ok. 80 firm z Ameryki. Pracę fizyczną wykonywali miejscowi, lecz zarządzali nimi specjaliści przybyli z USA. Dzięki inwestorom ze Stanów Zjednoczonych Józef Stalin mógł się chwalić rekordowym tempem uprzemysławiania ZSRR, czym imponował komunistom na całym świecie. Zwłaszcza tym gotowym cierpieć w imię rewolucji. „Siedzę z Janem w trzynastej celi / na Ratuszu, pośrodku miasta, / trzy dni temu razem nas wzięli, / posadzili, trzymają, i basta” – pisał w wierszu „Magnitogorsk albo rozmowa z Janem” Władysław Broniewski, wspominając kolejną odsiadkę za działalność wywrotową. Przy czym ani on, ani towarzysz z celi nie tracili wiary, że w końcu zniszczą burżuazyjną II RP. Przecież „w Magnitogorsku dziś ruszają dwa wielkie piece” – podkreślał Broniewski. Zapomniał jednak dodać, iż owe piece, jak i całą największą wówczas hutę świata stawiała od 1929 r. firma Arthur McKee & Company.
W ślad za koncernami
Dopóki Stany Zjednoczone nie utrzymywały stosunków dyplomatycznych ze Związkiem Radzieckim, nitki wszystkich inwestycji zbiegały się w moskiewskiej willi Armanda Hammera. Tam rezydowała nieoficjalna misja handlowa, zajmująca się reprezentowaniem interesów amerykańskich biznesmenów w ZSRR. Jednak taki stan rzeczy budził uzasadniony niepokój szefów koncernów. Wszędzie indziej na świecie mogli oni liczyć na skuteczną protekcję Waszyngtonu, co stanowiło wartość trudną do przecenienia. Dlatego lobby biznesowe od 1930 r. podjęło starania w Departamencie Stanu oraz w Białym Domu na rzecz formalnego uznania Związku Radzieckiego przez władze USA za legalne państwo i nawiązania kontaktów dyplomatycznych. Jednak rządzący republikanie z zasady okazywali wrogość wszystkiemu, co wiązało się z komunistyczną tyranią, choć nie przeszkadzało im to w skutecznym przymykaniu oka na prawie 150 wielkich kontraktów, jakie władze Związku Radzieckiego podpisały z amerykańskimi firmami. Wedle wyliczeń Pierre'a de Villemaresta, zawartych w książce „Źródła finansowania komunizmu i nazizmu”, drudzy w rankingu Niemcy mogli się pochwalić jedynie 32 kontraktami.
Kwestie gospodarcze nabrały jeszcze większej wagi, gdy wybuchł Wielki Kryzys. Dla koncernów każdy wypłacalny kontrahent stał się wówczas bezcennym skarbem. Dlatego, kiedy demokrata Franklin D. Roosevelt wygrał wybory prezydenckie w 1932 r., bardzo szybko zajął się nawiązywaniem dyskretnych kontaktów z Moskwą, idąc na rękę biznesowemu lobby. Co ciekawe, lewicujący prezydent często w swych publicznych wystąpieniach atakował wielkie korporacje, oskarżając je o chciwość i liczne nadużycia. Jednak wzajemna niechęć obu stron kończyła się zaraz za granicami USA. W październiku 1933 r. Roosevelt po zachęcających sygnałach z Moskwy napisał list do przewodniczącego Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego Michaiła Kalinina, pełniącego funkcję oficjalnej głowy państwa. Prezydent proponował negocjowanie warunków uznania Związku Radzieckiego przez USA. Miesiąc później do Waszyngtonu przyjechał ludowy komisarz spraw zagranicznych Maksim Litwinow. Jego rozmowy z Rooseveltem przebiegały w znakomitej atmosferze, a komuniści zaoferowali daleko idące ustępstwa. Litwinow dał nawet oficjalne gwarancje, że Kreml rezygnuje z jakiegokolwiek wspierania Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych oraz zabezpieczy wszystkim obywatelom USA przebywającym w ZSRR pełną swobodę kultu religijnego, co dla tysięcy amerykańskich fachowców pracujących przy budowie wielkich fabryk miało istotne znaczenie.
Już 16 listopada 1933 r. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki oficjalnie nawiązały stosunki dyplomatyczne. To z kolei otworzyło drogę do podpisania umowy handlowej, a także wzajemnemu przyznaniu klauzuli największego uprzywilejowania. Fakty, iż Józef Stalin wkrótce zlecił likwidację swego najgroźniejszego konkurenta do władzy Siergieja Kirowa, a brutalne represje dotknęły Kościół prawosławny, zupełnie nie przeszkadzały w robieniu interesów. Choć zarówno Amerykanie, jak i Sowieci szczelnie okryli je zasłoną milczenia.
Granice przyjaźni
Biznes z imperium zła wbrew pozorom nie musi się zbytnio różnić od codziennego kooperowania z sojusznikami. Wprawdzie przyjaźń między narodami to miłe dla ucha hasło, lecz własny portfel zwykle jest ważniejszy. Przynajmniej w Waszyngtonie nie miewa się co do tego złudzeń. Zaraz po I wojnie światowej Brytyjczykom zdawało się, że poszerzą swe wpływy na Bliskim Wschodzie, obejmując pieczę nad najważniejszymi polami naftowymi. Służyć temu miała w 1919 r. konferencja w San Remo. Wedle jej ustaleń złoża w Iranie podporządkował sobie brytyjski koncern państwowy Anglo-Persian Oil. Natomiast w Iraku i na ziemiach odebranych Turcji wydobyciem ropy miała się zająć spółka Turkish Petroleum Company. Jej głównym udziałowcem został oczywiście Anglo-Persian Oil. Gdy powyższe ustalenia dotarły do wiadomości prezesa największej z amerykańskiej korporacji naftowych Standard Oil Company Waltera Teagle’a, ten natychmiast pognał do Departamentu Stanu. Lobbing Teagle'a rychło przyniósł efekty. Sekretarz stanu USA Charles Evans Hughes ogłosił doktrynę polityki otwartych drzwi. Zakładała ona, że Stany Zjednoczone nigdy nie zaakceptują odcięcia ich od złóż ropy naftowej na Bliskim Wschodzie. Pod egidą Hughesa w listopadzie 1921 r. obyło się w Waszyngtonie spotkanie prezesów największych amerykańskich koncernów naftowych: Standard Oil Company, Gulf, Texaco i Mobil. „Przedstawiciele przemysłu (naftowego – red.) zostali wezwani do Waszyngtonu, gdzie powiedziano im, aby pojechali na Bliski Wschód i dostarczyli stamtąd towar” – wspominał lakonicznie po latach szef korporacji Gulf Charles Hamilton. Przy czym zorganizowaniem owej wyprawy zajął się rząd.
Podczas wojny Wielka Brytania, by przetrwać, musiała zaciągać wciąż nowe kredyty w amerykańskich bankach oraz od Banku Rezerw Federalnych FED, a terminy spłat zbliżały się nieuchronnie. Wystarczyła seria gróźb przekazanych przez sekretarza stanu Hughesa, aby premier Lloyd George zaczął wykazywać skłonność do współpracy. Negocjacje o kwestiach technicznych rozpoczęły się w Londynie w lipcu 1922 r., a rolę ich lidera przejął Walter Teagle. Postawieni pod ścianą Brytyjczycy musieli ostatecznie zgodzić się na powstanie spółki Iraq Petroleum Company (IPC), zdominowanej przez amerykańskie koncerny. Po Iraku przyszedł w latach 30. czas na Arabię Saudyjską, skąd nafciarze z USA, przy wsparciu swojego rządu, wyrzucili brytyjskich konkurentów. To samo zdarzyło się w Iranie po obaleniu przez CIA rządu dr. Mohammada Mosaddegha. Wprawdzie wcześniej znacjonalizował on cały majątek Anglo-Persian Oil i Waszyngton zrobił brytyjskiemu sojusznikowi sporą przysługę, lecz zaraz potem kazał sobie za nią zapłacić. Podczas konferencji w Londynie w grudniu 1953 r. bezradny premier Winston Churchill musiał przełknąć postanowienie, że to już nie Anglo-Persian Oil będzie samodzielnie eksploatował irańskie złoża. Zajęła się tym utworzona wówczas spółka National Iranian Oil Company (NIOC), w której 60 proc. udziałów otrzymały amerykańskie korporacje naftowe. Bliski sojusz z USA dla Wielkiej Brytanii był zbyt cenny, aby głośno wybrzydzać z powodu konieczności zapłacenia haraczu amerykańskim korporacjom.

Ta prawidłowość powtarzała się jeszcze wielokrotnie w przyszłości, bo Waszyngton niezależnie jak cenił sobie sojuszników, podczas robienia interesów nie miewał dla nich litości. Oto w listopadzie 1962 r. Wielka Brytania i Francja podpisały porozumienie o rozpoczęciu wspólnych prac nad samolotem nowej generacji. Projekt Concorde (fr. „zgoda”) prowadziły British Aircraft Co. oraz francuski Aerospatiale. Jego celem było stworzenie tak nowatorskiej konstrukcji, by przełamała dominację korporacji Boeing i McDonnell Douglas na rynku przewozów pasażerskich. Brytyjczycy i Francuzi licytowali bardzo ostro, ponieważ postanowili zbudować maszynę przewożącą podróżnych z szybkością ponaddźwiękową. Ta idea mocno zaniepokoiła Amerykanów. Concorde, rozwijając dwukrotną prędkość dźwięku, miał z Londynu do Nowego Jorku dolecieć w 3,5 godz., a nie jak zwykłe odrzutowce pasażerskie w prawie 8 godz. Boeing, żeby podjąć wyzwanie, musiał poprosić władze o pomoc. Pod wpływem lobbystów Kongres USA wyznaczył osobną, roczną dotację na sfinansowanie projektu naddźwiękowego odrzutowca Supersonic 2707. Jednak Concorde pierwszy wzbił się w powietrze w marcu 1969 r. Zostawiony w pokonanym polu Boeing nie złożył broni. Grzęznący w rosnących kosztach projekt Supersonic 2707 zarzucono, natomiast główny nacisk położono na... ochronę środowiska naturalnego. Decyzją rządu USA samolotom Concorde zabroniono lądowania na terytorium Stanów Zjednoczonych, ponieważ uznano, iż brutalnie niszczą warstwę ozonową. Waszyngton twierdził, że nie ma to nic wspólnego z gospodarczym protekcjonizmem, a jedynie stanowi troskę o los Ziemi oraz ludzkości. Europejskie przedsięwzięcie otrzymało nokautujący cios, ponieważ brak dostępu do kluczowych szlaków komunikacyjnych oznaczał potężne straty finansowe. Jedyne, co pozostało, to zaskarżenie decyzji w amerykańskim sądzie. Faktycznie przyniosło to skutek i w 1977 r. Sąd Najwyższy USA uchylił zakaz lądowania samolotów Concorde na terenie Stanów Zjednoczonych. Nie wywoływało to już większych reperkusji. Przez siedem lat eksploatowania ponaddźwiękowych samolotów pasażerskich okazało się, że olbrzymich kosztów nie pokryją nawet bardzo drogie bilety. Całe przedsięwzięcie było permanentnie deficytowe, a na lot mogły sobie pozwolić jedynie bardzo bogate osoby. Ostatecznie przekonało to amerykańskich producentów samolotów, iż nie ma się czego bać, a jeśli Europejczycy chcą cały czas dotować tak kiepski interes, mają ku temu święte prawo. Bo business is business i każdy, kto styka się na tej niwie z Amerykanami, nigdy nie powinien o tym zapominać.