Po zerwaniu rozmów sondażowych o koalicji możliwe są rząd mniejszościowy bądź nowe wybory. Najmniej prawdopodobne wydaje się utworzenie koalicji chadeków i socjaldemokratów.
Reklama
Lepiej nie rządzić w ogóle niż rządzić źle – stwierdził przy ogłoszeniu zerwania rozmów koalicyjnych Christian Lindner, szef niemieckich liberałów (FDP) w nocy z niedzieli na poniedziałek. To było ostateczne pogrzebanie trudnych, prowadzonych od kilku tygodni wstępnych rozmów koalicyjnych z chadekami (CDU/CSU) i Zielonymi. Choć różnic było wiele, to najbardziej zapalne kwestie dotyczyły uregulowania sprawy uchodźców i energetyki. Co ciekawe, zarówno Zieloni, jak i przedstawiciele obu chadeckich partii zgodnie wskazują, że to liberałowie doprowadzili do fiaska rozmów.
Poniedziałek był dla niemieckiej, raczej statecznej i przewidywalnej polityki, niestandardowy. Najpierw kanclerz Angela Merkel odwołała wcześniej planowane spotkanie z premierem Holandii, by o godz. 12.30 spotkać się z prezydentem Niemiec Frankiem-Walterem Steinmeierem. O 14.00 z dziennikarzami rozmawiał szef lewicy Martin Schulz. Jego wypowiedzi były zdecydowane. – Nie przystąpimy do dużej koalicji, naszym zdaniem dobrym rozwiązaniem są nowe wybory. Nie mamy tradycji rządów mniejszościowych – wyjaśniał polityk.
Już o godz. 14.30 głos zabrał prezydent Steinmeier, który według prawa wskazuje kandydata na kanclerza. – Wszystkie partie wybrane do parlamentu są zobowiązane, by dbać o dobro wspólne – stwierdził wywodzący się z SPD polityk. Dodał, że nie wolno się uchylać przed tworzeniem rządu. To zostało jasno odczytane jako przytyk pod adresem socjaldemokracji, która nie chce rozmawiać o dużej koalicji. W ciągu najbliższych dni prezydent Niemiec ma się spotkać z liderami partyjnymi, ale jest on wyraźnie niechętny nowym wyborom.
Jeśli faktycznie nie dojdzie do porozumienia między SPD a CDU/CSU (Schulz wskazywał, że nawet w przypadku odejścia Merkel taki wariant nie wchodzi w grę), możliwe są dwa scenariusze: rząd mniejszościowy bądź właśnie nowe wybory. W tym pierwszym wypadku mógłby to być np. rząd CDU/CSU i Zielonych – liberałowie jasno zapowiedzieli, że przechodzą do opozycji. Ale rząd mniejszościowy nie ma wielu zwolenników.
Ponowne pójście do urn to sprawa skomplikowana. – Do rozwiązania Bundestagu prowadzi długa droga. Twórcy ustawy zasadniczej – pomni wad systemu politycznego z lat 30. – stworzyli mechanizm sprzyjający sformowaniu rządu i dający prerogatywy prezydentowi. To on zgodnie z art. 63 wskazuje osobę kandydującą na stanowisko kanclerza – komentuje Sebastian Płóciennik z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. – Jeśli nie uzyska ona absolutnej większości głosów w Bundestagu, partie polityczne mają 14 dni na wystawienie własnego kandydata. Gdy to zawiedzie, kanclerzem może zostać osoba, która uzyska w głosowaniu w Bundestagu największą liczbę głosów i jednocześnie poparcie prezydenta. Dopiero jeśli prezydent nie zdecyduje się na nominację, w grę wchodzi decyzja o rozpisaniu nowych wyborów.
Na kryzysie politycznym w Niemczech na pewno straci Angela Merkel. Choć CDU/CSU wygrała wybory, to jednak wynik nie był dobry, a teraz wewnętrzna krytyka kanclerz będzie jeszcze głośniejsza. Trzeba również pamiętać, że jako „pełniąca obowiązki” polityk ma znacznie słabszy mandat niż jako szefowa większościowego rządu.
Nie wiadomo również, jaka przyszłość czeka Martina Schulza, który zapowiedział, że w grudniu będzie się ubiegał o funkcję szefa SPD. Ale nawet jeśli wygra, nie jest powiedziane, że to on będzie kandydatem socjaldemokracji na kanclerza w ewentualnych wyborach. Za to już teraz widać, że na liberałów spadnie odium tych, którzy doprowadzili do zerwania rozmów. A to może ich notowania obniżyć.
Z zerwania rozmów mogą się za to cieszyć brunatni populiści z AfD. Jeśli faktycznie dojdzie do przyspieszonych wyborów, są duże szanse na to, że osiągną lepszy wynik niż ostatnio (13 proc. poparcia). W takim chaosie niemiecka polityka nie była od lat.