„Sekretne życie Waltera Mitty” może wydawać się naiwne, ale Ben Stiller jako reżyser potrafił zrównoważyć panujące w filmowym uniwersum emocje
Posądzić Bena Stillera, naczelnego komika Hollywood, o gorzki film, to jak od Andrzeja Wajdy oczekiwać komedii romantycznej. A jednak na stanowisku reżysera Amerykanin ulega metamorfozie z prześmiewcy w przepełnionego goryczą obserwatora współczesności. Podobnie rzecz ma się z granym przez niego tytułowym bohaterem, pracownikiem gazety, która kończy swój żywot w formie drukowanej, mając nadzieję na drugą młodość w obiegu elektronicznym.
Walter to nieśmiały introwertyk, który upatrzył sobie piękną koleżankę z pracy, ale nie ma odwagi na flirt. Zamiast tego przeżywa miłosne, i nie tylko, uniesienia we własnej wyobraźni. Różnica między tym, co dzieje się w życiu bohatera, i tym, co wyprawia się w jego głowie, jest tak skrajna, jak gdyby porównać to, co dzieje się na kinowym ekranie w czasie projekcji hollywoodzkiego blockbustera, z tym, co dzieje się poza budynkiem kina. Stiller przeskakuje pomiędzy światami z wprawą zawodowego akrobaty zarówno na płaszczyźnie reżyserskiej, jak i aktorskiej. Historia jego bohatera na przemian gna do przodu niczym pendolino, by po chwili zwolnić, jak osobowy PKP, ale częste zmiany prędkości nie wywołują u widza mdłości. Za to w zachwyt potrafią wprowadzić zmieniający się krajobraz i gatunkowa stylistyka. Tę ostatnią reżyser miksuje z wyczuciem wieloletniego barmana: komedia romantyczna, film szpiegowski i katastroficzny układają się tu warstwami, jak kawa i mleko w dobrze zrobionym latte.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.