Nie udał się Tadeuszowi Bradeckiemu powrót do Gombrowicza. „Opętani” w krakowskim Teatrze Słowackiego są pozbawieni perwersyjnego wdzięku oryginału
Zdecydowanie zbyt łatwo zapominamy o ważnych artystach. Nazwisko Bradeckiego nie wywołuje dzisiaj większych emocji. To prawda, że obecna dekada nie przyniosła reżyserowi spektakularnych sukcesów: kierowany przezeń Teatr Śląski w Katowicach nie wypłynął na szerokie wody, a on sam mnożył swe inscenizacje, a to na własnej scenie, a to w Lublinie, a to w Gdyni. Ale to tylko ostatnie lata. Wcześniej Bradecki pracował z powodzeniem w Narodowym, jeszcze wcześniej prowadził jako dyrektor Stary Teatr w Krakowie. Objął tam stery w roku 1990 z trudnym zadaniem utrzymania trwającej przez poprzednie dziesięciolecie prosperity. I udało się – Krystian Lupa zrobił „Braci Karamazow”, Jerzy Jarocki – kanoniczny „Ślub”, przy placu Szczepańskim pracowali Andrzej Wajda i Jerzy Grzegorzewski. Dyrektor z własnymi spektaklami starał się nie wychodzić na pierwszy plan, pamiętając, że w owym czasie Stary to była teatralna republika, oparta na czterech reżyserskich filarach. A jednak to spod jego ręki wyszedł epicki „Rękopis znaleziony w Saragossie” według Potockiego albo kolejna wersja „Operetki” Gombrowicza, tym razem przefiltrowana przez jego „Ferdydurke”. Bradecki trzymał się w cieniu, w światła reflektorów wypychając innych. Skromność i klasa zawsze kojarzą mi się z tym artystą. Wszechstronnym, bo znanym także jako aktor Krzysztofa Zanussiego i Krzysztofa Kieślowskiego.
W Teatrze Słowackiego Bradecki pracował po raz trzeci. Mało pamiętam jego przygotowane na tej scenie „Stracone zachody miłości” Szekspira, za to bardzo dobrze „Marata/Sade’a” Weissa. Markizem był w nim Jerzy Grałek, Maratem – Mariusz Wojciechowski, Corday – Dominika Bednarczyk. Wspaniałe przedstawienie sugestywnie pokazywało szaleństwo rewolucji, w zbliżeniu zaś opisując ofiarę Marata. Udowadniało, że jest Bradecki reżyserem gotowym na wyzwania najcięższego kalibru. Szkoda, że w jego dorobku można odnaleźć ich zbyt mało. Nie da się zainscenizować swego artystycznego losu. Dlatego pamiętam o Tadeuszu Bradeckim, ale mam go za twórcę niespełnionego. Nie miejsce tu, by dociekać, dlaczego tak się stało.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.