Autopromocja

Shane Black, reżyser "Iron Mana 3": Nikt z Marvela nie wymagał i nie oczekiwał kolejnych "Avengers"

Robert Downey Jr i Shane Black na planie filmu "Iron Man 3"
Robert Downey Jr i Shane Black na planie filmu "Iron Man 3"Media
10 maja 2013

Nikt z Marvela nie wymagał i nie oczekiwał kolejnych „Avengers”. Nie potrzebowaliśmy kosmitów, woleliśmy znaleźć jakieś bardziej realne zagrożenie i wymieszać je z elementem science-fiction rodem z powieści Michaela Crichtona. Z Tonym również mogliśmy zrobić, co nam się żywnie podobało - mówi Shane Black, reżyser „Iron Mana 3”.

Spodziewałem się zobaczyć film o Iron Manie, a obejrzałem o Tonym Starku...

1058033-ironman3.jpg
Recenzja filmu "Iron Man 3"

Shane Black: Fakt! Trzeba jednak pamiętać, że nie tylko ja jestem odpowiedzialny za taki, a nie inny kształt filmu. Zresztą na postaci Tony’ego Starka skupił się już Jon Favreau w dwóch poprzednich częściach i ustanowił tym samym swoisty precedens w opowieściach superbohaterskich. Ważniejsze stało się to, co kryje się pod maską; człowiek, a nie kostium. Tego właśnie brakowało mi w „Avengers” i żałuję, że ten film okazał się w gruncie rzeczy widowiskiem o kosmitach najeżdżających naszą planetę i facecie, który stoi gdzieś na wieży i wygraża bohaterom zaciśniętą pięścią. Jasne, tego też nam potrzeba i doceniam robotę Jossa Whedona, ale jeśli wrócisz pamięcią do pierwszego „Iron Mana”, do sceny, w której Tony Stark jest w niewoli, i wyobrazisz sobie, że nagle wpada tam Thor ze swoim młotem i rozwala ścianę, nie miałoby to najmniejszego sensu. To, wbrew pozorom, nie jest ten sam świat. Seria „Iron Man” od początku pomyślana była jako cykl o Tonym Starku, a nie o latających trykociarzach. Dlatego mój film opisałbym jako thriller o facecie, który odczuwa ogromną presję przez wzgląd na to, kim się stał, przez nadzieje, jakie wiążą z nim inni ludzie. Chciałem skupić się też na jego woli przeżycia, próbach wydostania się z rozpaczliwej sytuacji, w obliczu której pozostał pozornie bez szans. Interesuje mnie moc, jaką nosi w sobie, a nie ta, którą daje mu zbroja. Dlatego kiedy tylko mogłem, kazałem mu ją zdejmować.

Czy wobec tego określiłbyś swój film jako introwertyczny?

Rozmach tej produkcji sprawia, że to niemożliwe. Gdyby to był film o Starku, który udaje się do jakiejś samotni, żeby rozwiązać dwoje problemy, to wtedy oczywiście byłoby to idealne słowo. Tutaj przez większość czasu mamy do czynienia ze spektakularną akcją. Starałem się jednak zachować równowagę pomiędzy filmem akcji a pełnym napięcia dreszczowcem. Swoją drogą bardzo nie lubię terminu „kino akcji”, bowiem przywołuje on całą gamę sztywnych skojarzeń. Czuję się pewniej,myśląc o swoich filmach w kategoriach szeroko pojętej przygody, staram się czerpać z westernów czy produkcji w typie „Indiany Jonesa”, o którym przecież w latach osiemdziesiątych nikt nie myślał ani nie mówił jako o kinie akcji. Podobnie w przypadku „Francuskiego łącznika”, dzisiaj można usłyszeć, że to kino akcji, a według mnie do tego filmu bardziej pasuje słowo „thriller”. I to właśnie chcę robić, chcę robić thrillery, chcę robić filmy, które istnieją poza wyświechtanymi schematami. Zresztą i samo kino akcji robione jest dzisiaj według przepisu: parę granatów, dwa pistolety, The Rock, czy jak mu tam, w roli głównej i bach, jedziemy.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.