Autopromocja

Tego, co piękne, jest coraz mniej. Felietony Tadeusza Nyczka

Tadeusz Nyczek
Tadeusz NyczekNewspix / Jacek Herok
6 lutego 2015

Czytanie „Nawozów sztucznych dla artystów i sprzątaczek” Tadeusza Nyczka przywraca wiarę, że możliwe jest jeszcze, by poprzez teatr pisać o świecie i o ludziach. Ironią bronić się przed postępującą głupotą

Tadeusza Nyczka poznałem lepiej w lipcu 2010 roku, gdy przychodziłem do „Przekroju”, by pokierować tam działem kultury. Grunt przygotował mi sukces Dziennikowej „Kultury”, no ale to był „Przekrój”. Można przeczytać w jednym z pomieszczonych w książce tekstów, że przez lata było wspaniale, redaktorzy bawili się jak dzieci, długo każdy dobry pomysł był realizowany, a rachunek bez zbędnych fochów opłacany. W „Przekroju” zgromadzili się ludzie wyjątkowi, zrozumiałe więc, że z początku spoglądali na mnie trochę spode łba. Redaktor Nyczek podobnie i chwilę trwało, zanim skruszyłem niewidzialny mur nieufności. Potem wszystko wiedzący wydawca rozwalił najsłynniejszy polski tygodnik, niektórzy – jak m.in. Nyczek – odeszli wcześniej, resztę działu przepędzono na cztery wiatry. Pismo dryfowało jeszcze na lewo, następnie przez chwilę próbowało zaprzeczyć własnej legendzie. Z zazdrością słuchałem kolegów, kiedy opowiadali, jak to wcześniej bywało. Wiedziałem, że załapuję się na samą końcówkę. Jednak spotkałem się z ludźmi „Przekroju”, tymi, którzy mieli prawo tak się tytułować. Zostały mi po tym krótkim czasie może nie zażyłe przyjaźnie, ale na pewno ciepłe znajomości.

Z Tadeuszem widujemy się u niego w Ateneum, gdzie po „Przekroju” poszedł na kierownika literackiego. A raczej wrócił do dobrze znanej sobie funkcji, którą pełnił przed laty w kilku odległych miejscach w Polsce, wpływając na kształt teatrów, które go zatrudniały. Na Powiślu wraz z dyrektorem Andrzejem Domalikiem zmienił zauważalnie repertuar, dostosowując go do wielkich możliwości pracujących tam aktorów. O przykłady nietrudno. Grzegorz Damięcki i Marcin Dorociński zagrali w „Nastazji Filipownej” Dostojewskiego, Julia Kijowska w „Tramwaju zwanym pożądaniem” Williamsa, na scenę wrócił w zadaniach na swą miarę Piotr Fronczewski, znaleziono „Papieżycę” dla Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej. Już niedługo Marią Stuart w sztuce Wolfganga Hildesheimera reżyserowanej przez Agatę Dudę-Gracz będzie Agata Kulesza. Niby prosto konstruowany repertuar, a przecież łatwo wyobrazić sobie po drodze najróżniejsze zasadzki. Czuję w tworzeniu takiej linii Ateneum rękę Tadeusza Nyczka.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.