Nie dajmy się zwieść klimatowi retro. „Mad Men” to serial bardzo nowoczesny.
W czasach gdy rozpoczyna się akcja pierwszych odcinków „Man Men”, u nas minęło zaledwie kilka lat od poststalinowskiej odwilży. Terror osłabł, ale życie wciąż nie było kolorowe. Kobietom wprawdzie daleko było jeszcze do feministycznego wyzwolenia, ale wiele z nich musiało pracować, żeby związać koniec z końcem. Być zadbaną żoną bogatego przedsiębiorcy, która krząta się po luksusowym domu w bajecznie rozkloszowanej sukience, zdawało się marzeniem ściętej głowy. Podobnie jak cadillaki, wystawne przyjęcia, spotkania w eleganckich klubach jazzowych, krwiste steki na lunch, hektolitry drogiego alkoholu i nowoczesne biura na Manhattanie. W Polsce „Mad Men” można oglądać jak niezwykłą bajkę. Bajkę o micie wielkiej Ameryki, rozkwicie prosperity i wiary w nieograniczone możliwości. Zresztą i w Stanach doby kryzysu serial zdaje się historią z gatunku „za górami, za lasami”. To opowieść o Ameryce, której już nie ma – dumnej, pysznej, aroganckiej. To świat blichtru, eleganckich garniturów, designu, który m.in. za sprawą „Mad Men” znów staje się modny. Ale owo powszechne szczęście i samozadowolenie jest przecież tylko fasadą. Za nią kryją się nierówności rasowe, seksizm, dramat dyskryminowanych kobiet i mężczyzn, którzy, wskoczywszy w gładkie uniformy, usiłują zdusić w sobie echa wojennych traum. Wiemy o tym dobrze, choćby z takich filmów jak „Droga do szczęścia” Sama Mendesa czy „Służące” Tate Taylor.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.