„Ida” Pawła Pawlikowskiego walczy o Europejskie Nagrody Filmowe oraz o kilka oscarowych nominacji
Paweł Pawlikowski po latach spędzonych w Wielkiej Brytanii symbolicznie powrócił „Idą” do ojczyzny. Po raz pierwszy nakręcił fabułę w Polsce, z polską ekipą oraz znakomicie poprowadzonymi aktorami. Twórca „Lata miłości” przywołuje zresztą w „Idzie” różne rodzime konteksty historyczne, muzyczne czy filmowe. Odnajdziemy nawiązania do „Niewinnych czarodziejów” Wajdy (zwłaszcza w fakturze muzycznej) czy „Matki Joanny od Aniołów” Kawalerowicza. To polska szkoła filmowa przepisana przez litanię równoległych rodzimych idiomów kulturowych czy literackich.
Myślę jednak, że niepotrzebnie tak ochoczo zestawia się „Idę” z „Pokłosiem”. To dwie kompletnie odrębne propozycje. Pasikowski chciał wsadzić kij w mrowisko, gwałtownie przypomnieć o grzechach z przeszłości oraz o zasypanych głęboko pod ziemią wyrzutach sumienia. Pawlikowski ma inne ambicje, nikogo nie oskarża, analogie dotyczą jedynie narracyjnego wektora obu filmów, stosunkowo najmniej ważnego z punktu widzenia odbiorcy „Idy”. Pasikowski topornie pokazywał w „Pokłosiu” polski bezwstyd i rodzime bohaterstwo, Pawlikowski odtwarza ludzki gest wypierania z pamięci spraw najważniejszych. W „Idzie” raz zasiane nasiono zła kiełkuje niezależnie od intencji. Są sprawy, na które mamy zasadniczy wpływ, i kwestie, na które nie mamy żadnego – mówi nam reżyser. Niezrozumiały, niepojęty los należy właśnie do tej drugiej kategorii.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.