Ekipa rządząca przyzwyczaiła nas do działań szybkich, kiedy jej to na rękę. Do błyskawicznych kampanii, które przynoszą szybkie zdobycze. Do brania twierdz (takiego np. Trybunału Konstytucyjnego) z zaskoczenia, a nie przez wielomiesięczne oblężenie. Jak uczy historia, takie podbite znienacka terytoria mogą się stać własnością agresora na lata. Albo nawet na zawsze… Niezależnie od protestów i oporu mieszkańców podbitych ziem, nieuznawania faktów dokonanych przez społeczność międzynarodową itd.
W wojnie o Sąd Najwyższy jest jednak inaczej. Kampania rozgrywa się od z górą roku i przypomina mi raczej wojnę szarpaną z elementami rozpoznania bojem. Uszczkniemy kawałek, zorientujemy się, czy możemy liczyć na szybki sukces. Na moment się cofniemy, pozwolimy sprawie przycichąć, zaatakujemy znowu. Proszę sobie przypomnieć, ile było odsłon tej kampanii. Ile razy ekscytowaliśmy się jakimś ruchem pozornie pokojowym. Jak prezydent urósł niemal do roli bohatera, wetując ustawę o SN. Zbójeckie prawo, którego niemal kopię przedstawił potem jako swoją inicjatywę legislacyjną. Przy uchwalaniu której zapał obrońców sądów był już zdecydowanie mniejszy (proszę porównać liczebność tłumu protestujących przy okazji uchwalania obu ustaw).
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.