Suchodolska: Kodeks pracy to betonowe kalosze na nogach ofiary

23 grudnia 2011

Dawno w publicznej agendzie nie pojawił się równie sensowny i potrzebny pomysł jak ten wysunięty przez ministra pracy Radosława Mleczkę – o konieczności trwałego uelastycznienia czasu pracy. Składam więc dłonie do oklasków (kiedy trzeba, nawet złośliwi dziennikarze nie obawiają się chwalić rządu), i tylko gdzieś w tyle głowy niczym piłeczka ping pongowa obija się pytanie: dlaczego tak późno?

Nasz kodeks pracy, twór wywodzący się z czasów PRL-owskiego uprzemysłowienia i wszechogarniającej zmianowości, już od wielu lat jest martwym bytem. Sprawdzał się, kiedy jego głównym zadaniem było organizowanie pracy w wielkich kombinatach, gdzie stado kadrowych skrupulatnie obliczało przed- i nadgodziny. Kiedy nie liczył się wynik finansowy, a praca (mówiąc precyzyjniej zatrudnienie) należała się każdemu niczym psu micha.

Dziś, w epoce małych firm, w erze bardziej usługowej niż przemysłowej, jego skostniałe przepisy są dla przedsiębiorstw niczym betonowe kalosze wkładane na nogi skazańca tuż przed kąpielą w stawie.

Pozostało 66% treści
Wybierz pakiet i czytaj bez ograniczeń.

Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Autopromocja
381453mega.png
381455mega.png
381223mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.