Czy nadciąga koszmar telepracy

Rafał Woś
Rafał WośDGP / Wojtek Gorski
29 maja 2020

Czy po pandemii praca z domu stanie się normalnością? Mam nadzieję, że nie! Jednak wielu ekonomistów przewiduje, że tak się właśnie stanie.

Magazyn DGP. Okładka 29 maja 2020
Magazyn DGP. Okładka 29 maja 2020

Do tej pory na stałe z domu pracowało 7,9 proc. światowej siły roboczej, czyli 260 mln osób (dane Międzynarodowej Organizacji Pracy z 2019 r.). Najwięcej w krajach biednych: na Filipinach, w Indonezji czy w państwach Afryki Środkowej. Tam dom był zakładem pracy nawet dla 15 proc. (i więcej) pracującej populacji. Zaraz po nich (co ciekawe) były kraje najbogatsze: USA, Szwecja czy Francja. Ze współczynnikiem telepracy zbliżonym do 10 proc. państwa, w których z domu pracuje do 5 proc. ludzi, to egzotyczna wspólnota bogatych z Europy Zachodniej (Niemcy), wschodnich Europejczyków, Rosji, Turcji, Brazylii i Egiptu. Oczywiście praca zdalna pracy zdalnej nierówna. Bo znajdziemy w tej grupie zarówno przedstawicieli wolnych zawodów czy artystów, jak i skręcaczy papierosów, długopisów albo składaczy pudełek od pizzy.

To już dane historyczne, bo nadeszła pandemia. Na przykład przeprowadzony w marcu sondaż wśród 250 największych argentyńskich firm wykazał, że aż 93 proc. ich pracowników przeszło na telepracę. A w Japonii telepracowało ok. 70 proc. kadry zarządzającej. Ale co dalej? Gospodarki zaczynają się odmrażać. Z presją na zachowanie społecznego dystansu oraz strachem przed drugą falą pandemii przyjdzie nam jednak jeszcze trochę pożyć. Wydaje się nieuniknione, że wiele firm postanowi telepracę rozciągnąć w czasie. Również dlatego, że wiąże się ona dla nich z oszczędnościami. Tak bezpośrednimi: potencjalnie można sobie nawet wyobrazić zmniejszanie powierzchni biurowych. Jak i mniej oczywistymi: pracownicy, którzy się fizycznie nie spotykają, nie będą się mogli tak łatwo organizować i kolektywnie domagać swoich praw.

Powstało już nawet kilka symulacji ekonomicznych próbujących określić, jakie będą pokryzysowe wskaźniki telepracy. I tak np. ekonomiści Cristian Bonavida Foschiatti i Leonardo Gasparini szacują, że dla Argentyny i Urugwaju odsetek prac, które da się stale wykonywać z domu, wynosi ok. 25‒30 proc. Z kolei Tito Boeri twierdzi, iż dla krajów zachodnich wyniesie on od 24 proc. (Włochy) do 31 proc. (Wielka Brytania, Skandynawia). To samo (tyle że z podziałem na klasy społeczne) próbują zrobić Janine Berg, Florence Bonnet i Sergei Soares (związani z Międzynarodową Organizacją Pracy), pokazując, że najbardziej podatne na wypchnięcie do domu są zajęcia klasy wyższej (ok. 30 proc. z nich dałoby się tak wykonywać). Jednak nawet w szeregach klasy robotniczej potencjał jest duży – i sięga według badaczy nawet 12 proc.

Wszystko to można pewnie przedstawić w charakterze szansy: mniej czasu traconego na dojazdy, możliwość jedzenia w domu. Trzeba jednak pamiętać, że praca z domu to także wiele poważnych zagrożeń. O odcięciu od kontaktu ze współpracownikami i związanym z tym osamotnieniu już wspominałem. A jest jeszcze ryzyko, że praca w domu rozleje się na czas wolny. Może też dojść do spadku produktywności, bo trzeba będzie łączyć pracę z obowiązkami domowo-opiekuńczymi. Zwłaszcza gdy mieszkanie jest ciasną przestrzenią o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych.

Wydaje się nieuniknione, że wiele firm postanowi telepracę rozciągnąć w czasie. Również dlatego, że wiąże się ona dla nich z oszczędnościami. Na dodatek pracownicy, którzy się fizycznie nie spotykają, nie będą się mogli tak łatwo organizować i kolektywnie domagać swoich praw

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.