Fiskus patriotyczny: Polacy nie chcą płacić podatków

Złoty złotówka polska waluta notowania
Wojny toczone przez Rzeczpospolitą były kosztowne. Szlachta godziła się na podatki, ale za cenę nowych przywilejówShutterStock
2 grudnia 2016

Niechęć do płacenia podatków Polacy mieli zakodowaną w szlacheckich genach. Ale istniały sposoby, dzięki którym władza potrafiła im ów odruch zablokować.

Rząd Beaty Szydło próbuje, ale bardzo się boi – podnieść podatki oczywiście. A wkrótce, zgodnie z Wałęsowską maksymą, choć nie chce, to będzie musiał. Przez ostatni rok poczynania rządzącej ekipy w tej dziedzinie przypominały coś na kształt epileptycznych drgawek. Wszystko przez to, że głównym kryterium wprowadzenia nowych podatków stało się dążenie do wrażenia, iż są one sprawiedliwe. Zaczęto więc od banków, a jak wiadomo, mało kto je lubi (poza samymi bankierami). Poszło całkiem łatwo, bo i podatek, jaki wymyślono, okazał się dość prosty do obchodzenia, a resztę jego kosztów można przerzucić na klientów. Potem na celowniku Ministerstwa Finansów znalazły się sklepy wielkopowierzchniowe. Jak powszechnie wiadomo, przeważnie związane z kapitałem niemieckim lub francuskim. Podejść, by zabrać im trochę pieniędzy, zrobiono kilka. Wszystkie zakończone spektakularnymi klęskami. Przy okazji wprawiono w stan ostrej paniki polskich sklepikarzy, którzy wyliczyli, że podatek obrotowy w przewidzianej wysokości zapędzi ich do grobu. Niemal jednocześnie przewodniczący Stałego Komitetu Rady Ministrów Henryk Kowalczyk intensywnie pracował nad jednolitą daniną, mającą zastąpić PIT oraz składkę zdrowotną i emerytalną. Niestety okazało się, że wcale nie będzie on neutralny dla płatników, zwłaszcza tych prowadzących działalność gospodarczą oraz wykonujących wolne zawody. Cisza, jak zapadła wokół projektu, zwiastuje jego rychły zgon. Tymczasem Parlamentarny Zespół na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego, utworzony przez posłów PiS oraz Kukiz’15, zapowiedział prezentację projektu, który niezapomniany Saddam Husajn nazwałby „matką wszystkich opodatkowań”. Wedle ogólnych założeń ma on zmienić wszystko, nawet VAT i CIT. I to tak, by pracodawcy i pracobiorcy płacili mniej, a państwo dostawało więcej. Cel godzien pochwały, zwłaszcza jeśli wiadomo, że w przyszłym roku budżet wyda dużo więcej z powodu choćby: „500+”, planowanej reformy oświaty, konieczności modernizacji armii, programu „Za życiem”, a w kolejnych latach także obniżki wieku emerytalnego. Dominujące w rządzie oraz PiS myślenie życzeniowe sprowadza się do tego, że po uszczelnieniu systemu skarbowego wzrosną wpływy do budżetu. Równie wielką wiarę pokłada się we wzroście PKB powyżej 3 proc. i powracającej, po kilku latach nieobecności, inflacji. Na razie jednak sektor budowlany zamarł, inwestycje są zamrożone, a co najgorsze za granicami znów zbiera się na burzę. Wkrótce może zacząć się walić system bankowy we Włoszech i chwiać cała strefa euro. Każde takie zwirowanie uderza rykoszetem w polską gospodarkę. Jej słabość zaś odbija się na wpływach budżetowych. Nieuchronnie więc zbliża się ten moment, kiedy rząd Beaty Szydło będzie musiał sięgnąć obywatelom głębiej do kieszeni. Co zawsze jest wydarzeniem bolesnym i władza powinna zadać sobie pytanie, jakie środki znieczulające ludowi zaaplikować. Zwłaszcza gdy dotychczasowymi działaniami wzbudzało się tylko rosnącą irytację.

Pozostało 85% treści
Wybierz pakiet i czytaj bez ograniczeń.

Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Autopromocja
381453mega.png
381439mega.png
381484mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.