Od zarania cywilizacji ludzie z podatkami mają tylko kłopoty. Dla obywateli zwykle są za wysokie, dla rządów nigdy dość duże, za to wszystkim sposób ich ściągania wydaje się zawsze zbyt niedoskonały.
Był początek 1983 r., trwał stan wojenny, gdy ekipa gen. Wojciecha Jaruzelskiego powołała do życia urzędy i izby skarbowe. Mało kto pamięta, że do tamtej pory podatki ściągano w radach narodowych. Tak rozpoczął się proces odtwarzania systemu fiskalnego z czasów II RP. O ile przedwojenna skarbówka kojarzyła się ze sprawną obsługą, o tyle jej peerelowska kopia służyła głównie gnębieniu prywatnych przedsiębiorców, choć ci w latach 80. wytwarzali już ok. 20 proc. PKB, ratując kraj przed kompletnym bankructwem.
Zła sława naszego fiskusa przetrwała komunizm, w III RP zaś umocniły ją głośne afery: bezduszny fiskus doprowadził do bankructwa wiele firm, jak spółkę Optimus Romana Kluski. Urzędy skarbowe źle kojarzą się nie tylko przedsiębiorcom. Wbrew obietnicom kolejnych rządów nie udało się na tyle udoskonalić prawa, by rozliczanie podatków stało się proste i szybkie. Tymczasem sposób egzekwowania danin przez państwo jest równie ważny, jak ich wysokość. Gdy postępuje się zbyt brutalnie, w powietrzu zaczyna pachnieć buntem.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.