Wskazanie Przemysława Czarnka jako kandydata na premiera nie zakończyło publicznej walki o sukcesję i programowy profil największej siły na prawicy. Energetyczno-ekonomiczna odsłona tego konfliktu potwierdza diagnozy o mentalnym rozwodzie części PiS z Unią Europejską. Ale świadczy też, jak trudno będzie w przyszłości utrzymać jedność tej formacji.
Po długim okresie umiarkowanej aktywności na tym froncie największa partia opozycyjna zaserwowała nam w krótkim czasie istną kaskadę nowych inicjatyw, deklaracji i projektów w zakresie polityki energetycznej i przemysłowej kraju. Najpierw, na początku marca, kolejny dokument strategiczny, zatytułowany „Powered by Poland”, przedstawił Mateusz Morawiecki. Ten 50-stronicowy manifest został jednak przyćmiony przez, kreślącego w sposób znacznie bardziej dosadny wizję swojej polityki, Przemysława Czarnka, świeżo namaszczonego przez prezesa PiS na kandydata na przyszłego szefa rządu. B. szef MEN, ze słowami „żadnego OZE-sroze” na ustach, zadeklarował nie tylko wypowiedzenie ETS, ale też zwrot „cała wstecz” względem dotychczasowego kursu transformacji energetycznej – realizowanej przecież także za rządów Zjednoczonej Prawicy.
– My mamy nasz miks węglowy, bo my mamy nasze bogactwa naturalne i wara wam od nich. My mamy nasz węgiel. Nasz węgiel – mówił.
Nieco bardziej zniuansowaną wersję tego programu przedstawił w ostatnią sobotę Jacek Sasin, wpływowy wiceprezes partii, który w czasie rządów Zjednoczonej Prawicy stał na czele resortu aktywów państwowych. Wkrótce, w związku z dyskusją o systemie handlu uprawnieniami do emisji (ETS), własne koncepcje przedstawiła też kancelaria prezydenta Nawrockiego.
Kłopotliwe OZE i państwo w gospodarce
Mimo pozorów zgodności – wszyscy ścigają się na efektowne i nadal jeszcze mało realistyczne postulaty obalenia, zawieszenia systemu ETS lub przynajmniej wybicia mu zębów – w programach prezentowanych przez poszczególne ośrodki roi się od napięć i sprzeczności. Tam, gdzie Morawiecki sięga po tuzów ekonomii heterodoksyjnej, a więc polemicznych względem koncepcji turbo-rynkowych, krytykuje neoliberalizm i domaga się aktywnej polityki przemysłowej państwa – budującej m.in. zręby jego „autonomii technologicznej” – jego adwersarze sięgają po język bliski Konfederacji. Jak Jacek Sasin, który podczas sobotniej konferencji opowiadał się za „rynkiem i zdrowym rozsądkiem”, a przeciw regulacjom i wpływaniu na gospodarkę przez interwencje fiskalne (o których sporo można przeczytać w „Powered by Poland”).
Spójności nie ma też w kwestii docelowego miksu wytwórczego. O ile dla Przemysława Czarnka węgiel to niepodważalna „baza” polskiej energetyki, w strategii Morawieckiego słowo „węgiel” nie pada ani razu (wspomina za to o gazie – paliwie przejściowym, które ze słów Sasina wydaje się raczej „złem koniecznym”, jednym z niechcianych skutków ubocznych rozwoju OZE). W przyszłości Polskę, urządzoną według recept Morawieckiego, zasilić mają atom (duże i małe reaktory) w połączeniu ze źródłami odnawialnymi.
B. szef MAP, częściowo łagodząc wydźwięk słów Czarnka, mówi o „zrównoważonym miksie” węglowo-atomowo-ozowym (zakładając, jak się zdaje, odejście od wizji, zgodnie z którą energetyka jądrowa miała pozwolić na zastąpienie węgla). Ale stosunek do odnawialnej części tej układanki pozostaje, najdelikatniej mówiąc, ambiwalentny. Słyszymy wprawdzie, że każdy z trzech filarów energetyki jest potrzebny, a znaczna część istniejących źródeł wiatrowych i słonecznych budowano lub planowano za rządów Zjednoczonej Prawicy. Ale technologie te rozczarowały nadzorującego przez lata spółki odpowiedzialne za projekty OZE Sasina – okazuje się bowiem, że generują energię w zależności od pogody. W efekcie z punktu widzenia systemu stają się „kosztownym dodatkiem” (wymagającym kolejnych inwestycji, m.in. w źródła gazowe i sieci), wynikającym „z pewnych trendów współczesności” oraz bliżej nieokreślonych nacisków.
Szczególnie mocno te generujące dodatkowe wydatki instalacje kontrastują, w ujęciu b. szefa MAP, z węglem, który – po oczyszczeniu z „narzutów”, na czele z opłatami za CO2 – stanie się źródłem najtańszym. Można by tu zapytać, czy „prorynkowa” recepta PiS obejmowałaby odebranie publicznego wsparcia kopalniom i czy również w takim scenariuszu zasilana nim energetyka będzie najtańsza, ale odłóżmy złośliwości na bok. Tym bardziej że przekonywanie do szokowej transformacji regionów górniczych bynajmniej do celów tego artykułu nie należy, a zależność podaży energii od pogody jest źródłem rzeczywistych wyzwań dla systemu (choć w większości wynikają one nie z natury technologii, lecz z nadmiernie preferencyjnego wobec nich ukształtowania rynku energii elektrycznej).
Pozbyć się ETS, ale jak?
Pomiędzy uczestnikami dyskusji w obozie PiS nie ma zgody co do tego, jak ma dojść do uwolnienia polskiej gospodarki spod jarzma systemu ETS. Po jednej stronie (Morawieckiego) mamy postulaty zawieszenia i reformy systemu wnoszone na szczeblu europejskim, zdające się polegać głównie na korzystnej dla tych idei dalszej ewolucji nastrojów w UE. To idee znane z lat rządów Zjednoczonej Prawicy, takie jak „korytarz cenowy” regulujący wartość uprawnień do emisji czy wykluczenie z rynku uprawnień instytucji finansowych, które w poprzednich latach nie trafiły jednak na podatny grunt po stronie odpowiednio szerokiego grona europejskich partnerów. Jest też, uważany dziś przez brukselskich insiderów za kierunek stosunkowo realistyczny, wniosek o utrzymanie darmowych uprawnień dla najtrudniejszych do dekarbonizacji sektorów przemysłu, a także nowy pomysł związany z możliwością bezpośredniego przekierowywania przez firmy opłat za CO2 na zielone inwestycje (jako alternatywa dla zakupu uprawnień).
Istotą propozycji b. premiera w zakresie relacji z UE i jej polityką w dziedzinie energii i klimatu jest – według słów z „Powered by Poland” – przekształcenie polityki energetyczno-klimatycznej z czynnika ryzyka w impuls inwestycyjny. Morawiecki nie chce konfrontacji z instytucjami europejskimi, a przynajmniej nie w postaci czarnobiałego konfliktu wartości, jaki znamy z lat 2015–2023. Zamiast tego proponuje grę o interesy, ale też zaprzęgnięcie obowiązujących w UE kierunków, nowo tworzonych instrumentów i struktur do realizacji celów polskiej polityki przemysłowej. Wśród priorytetów tej ostatniej zaś, obok przemysłu obronnego i urządzeń podwójnego zastosowania, sztucznej inteligencji czy półprzewodników, nie powinno, według niego, zabraknąć czystej energetyki i przemysłu.
W nieco mocniejszych słowach w sprawie opłat za emisje głos zabrał także prezydent, wzywając w liście do premiera do „pełnej likwidacji” systemu i „całkowitej rezygnacji” z wprowadzenia ETS2, który ma obciążać emisje z sektorów transportu i budynków. Trudno jednak nie zauważyć, że również Karol Nawrocki i jego otoczenie formułują swoje propozycje stosunkowo ostrożnie. Prezydent poprzestał na wezwaniu rządu do zaprezentowania ostrego stanowiska na forum szefów państw i rządów UE. Zaproponował także szereg rozwiązań alternatywnych, które miałyby radykalnie obniżyć koszty opłat za emisje – do ok. 10 euro za tonę (obecnie po znaczących obniżkach ostatnich dni ich kurs to ok. 65 euro) – „do czasu efektywnego obniżenia (europejskich – DGP) cen energii do poziomu konkurencyjnego międzynarodowo”. Takie narzędzie – określane jako „miękki limit cenowy” – można więc uznać de facto za złagodzony wariant postulatu zawieszenia systemu sformułowanego przez zespół Morawieckiego. Antagonizm z UE istnieje, ale nie powinien przeobrazić się w wojnę totalną – zdaje się uznawać „duży pałac” (być może kalkulując, że taki spór nie służyłby widokom Nawrockiego na drugą kadencję).
Po drugiej stronie spektrum mamy zapowiedź jednostronnego wyjścia z ETS i podjęcia na tak zdefiniowanym gruncie rozmów z Brukselą. Kluczem, jak sugerował w swoim sobotnim wystąpieniu Jacek Sasin, miałoby być nieuznawane przez obecny rząd orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzające niezgodność procedury jego przyjęcia z polską ustawą zasadniczą (b. minister podkreśla, że zamiar „wypisania się” z mechanizmu przyjęto ze świadomością, że zrodzi ono konieczność redefinicji relacji z UE, w tym w zakresie wspólnego rynku; nie jest jasne, czy świadomość ta obejmuje np. scenariusz, w którym koszty CO2 będą i tak „naliczane” i opłacane przez przedsiębiorstwa, których funkcjonowanie opiera się na współpracy w ramach tegoż rynku). Konfrontacja z Brukselą może mieć trudny do przewidzenia bilans zysków i strat dla dzisiejszych uczestników systemu ETS, ale politycznie – z punktu widzenia Przemysława Czarnka – jest do wygrania. Komisja Europejska, jak twierdzi on wprost, w momencie spodziewanego przejścia Polski do grona „płatników netto” do unijnego budżetu straci swój podstawowy środek nacisku na jej rząd. W ten sposób domyka się „mentalny polexit”, o którym na łamach DGP pisał ostatnio w kontekście odrzucenia sporu o program SAFE prezes Klubu Jagiellońskiego Paweł Musiałek.
Czy właśnie tę „polexitową” twarz zaproponuje PiS wyborcom na karcie za półtora roku? To po części pytanie o intencje prezesa Kaczyńskiego stojące za prenominacją Przemysława Czarnka: czy b. minister rzeczywiście ma być nowym liderem obozu, czy też wskazanie go ma służyć jedynie nagłośnieniu kampanii „odbijania” wyborców eurosceptycznych rywalom z prawej strony? Zestawienie wystąpień programowych obu stron partyjnej „wojny domowej” pokazuje jednak, że zachowanie jedności i obsłużenie oczekiwań obu biegunów prawicy będzie wymagało coraz większej gimnastyki.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu