Nie wpuszczajmy aż tak szeroko do Polski firm z zagranicy – apelują rodzimi przedsiębiorcy. To reakcja na mur certyfikatów, homologacji i standardów, przez który próbują się przebić za granicą.
– Od trzech lat próbuję dostarczyć urządzenia kolejowe z fabryk w Polsce na rynek niemiecki. Certyfikat z tamtejszego urzędu transportu kolejowego otrzymaliśmy w ciągu 30 dni. Ale na notyfikację z Deutsche Bahn nie doczekaliśmy się do dziś, bo niemiecki inwestor chroni swoich dostawców – mówi Marek Nowakowski z zarządu TrackTecu. – Podobne do niemieckich procedury, które służą ochronie rynku przed konkurencją z zewnątrz, stosują inwestorzy w większości zachodnich krajów. Nie rozumiem, dlaczego polski rynek zamówień publicznych jest tak szeroko otwarty – podkreśla.
Prezes bydgoskiej Pesy, która podpisała w ubiegłym roku w Niemczech superkontrakt na dostawę 470 pociągów, wartej nawet 5 mld zł, potwierdza tezę o ochronie niemieckiego rynku. – Kontrakt dla DB Regio poprzedziło pięć lat starań. Musieliśmy wypełniać niekończącą się listę certyfikatów, uprawnień i standardów – mówi DGP Tomasz Zaboklicki. – Do tego koszty certyfikacji w Niemczech są niebotyczne. To kilkanaście milionów złotych dla pojazdu, podczas gdy certyfikacja w Polsce przez Urząd Transportu Kolejowego kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych i jest wydawana zachodnim producentom prawie od ręki – przekonuje.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.