Trump poszedł na wojnę, której nie potrafi wygrać. Chce za to zaczynać kolejną. Właśnie wskazał kolejny cel

Sen. Markwayne Mullin sworn in as new DHS chief at the White House
Trump wchodzi w drugi miesiąc wojny z Iranem z coraz większym bagażem sprzeczności. Dodatkowo zapowiada atak na Kubę.PAP/EPA / GRAEME SLOAN / POOL
dzisiaj, 15:45

Trump wchodzi w drugi miesiąc wojny z Iranem z coraz większym bagażem sprzeczności. Jeszcze na początku operacji Biały Dom i sam prezydent budowali obraz szybkiego, niemal przesądzonego zwycięstwa: amerykańsko-izraelskie uderzenia miały złamać irańskie zdolności wojskowe, otworzyć drogę do politycznej przebudowy Teheranu i przy okazji zmusić przeciwnika do przyjęcia warunków Waszyngtonu. Dziś wiadomo już, że ten plan nie zadziałał w sposób, jaki Trump sprzedawał opinii publicznej.

Cieśnina Ormuz pozostaje kluczowym instrumentem nacisku Iranu, rynki nerwowo reagują na każdy komunikat z Waszyngtonu, a sam prezydent USA miota się między triumfalizmem, groźbami i deklaracjami o rzekomych rozmowach pokojowych, którym Teheran publicznie zaprzecza.

To już nie jest opowieść o „szybkiej akcji karnej”, lecz o konflikcie, który uderza jednocześnie w wiarygodność Białego Domu, w notowania Trumpa i w globalną gospodarkę. Prezydent, który przez lata budował własny polityczny mit na wizerunku bezwzględnego negocjatora i człowieka kończącego wojny jednym ruchem, sam stał się zakładnikiem własnej narracji. Im częściej mówi, że wszystko idzie zgodnie z planem, tym wyraźniej widać, że planu nie da się już obronić bez kolejnych korekt, nowych ultimatum i następnych pokazowych gróźb.

Megalomania Trumpa jako narzędzie polityki

W tej wojnie niemal równie ważne jak rakiety stały się słowa prezydenta USA. Trump od początku konfliktu operuje charakterystycznym dla siebie językiem skrajnej pewności siebie, w którym przesadne obietnice mają zastąpić twardą strategię. W publicznych wystąpieniach ogłaszał pełne sukcesy, sugerował, że amerykańskie uderzenia praktycznie wyeliminowały irańskie zdolności militarne, a własne działania oceniał ponad skalę, wystawiając sobie „15 punktów na 10”. Taki styl nie jest jedynie retorycznym dodatkiem. To centralny element "trumpowskiej" polityki: kreowanie rzeczywistości za pomocą komunikatu, nawet wtedy, gdy wydarzenia w terenie zaczynają temu przeczyć.

Megalomania Trumpa przestała być już tylko kwestią politycznego temperamentu. Stała się problemem operacyjnym. Prezydent raz mówi o całkowitym zniszczeniu sił przeciwnika, a chwilę później domaga się pomocy od sojuszników. Innym razem ogłasza, że wojna idzie znakomicie, a jednocześnie daje Iranowi kolejne terminy ultimatum, pokazując, że wbrew własnej narracji nie kontroluje dynamiki konfliktu.

W praktyce ten styl zarządzania wojną produkuje chaos informacyjny i osłabia zaufanie zarówno wśród partnerów, jak i na globalnych rynkach. AP wprost opisała najnowsze komunikaty Trumpa jako sprzeczne i dezorientujące, a Reuters wskazał, że po miesiącu wojny przed Białym Domem zostały już tylko trudne wybory: albo eskalacja, albo szukanie wyjścia z twarzą.

Szczególnie wyraźnie widać to na tle dawnych obietnic Trumpa. W kampanii mówił, że potrafi zakończyć wojnę Rosji z Ukrainą w ciągu 24 godzin. Ta deklaracja była jednym z symboli jego politycznej autoprezentacji: oto lider, który nie potrzebuje długich procesów dyplomatycznych, bo wszystko rozstrzyga siłą osobowości i presją. Reuters i AP przypominały później, że po powrocie do władzy Trump zaczął tonować tę zapowiedź.

Dziś podobny mechanizm powraca przy Iranie: najpierw sugestia szybkiego rozstrzygnięcia i narracja o totalnej przewadze, a po miesiącu wojny coraz bardziej nerwowe dopasowywanie przekazu do faktów.

Wojna z Iranem bez szybkiego finału

Największy problem Trumpa polega na tym, że wojna, którą przedstawiano jako ofensywę szybką i rozstrzygającą, ugrzęzła politycznie. Konflikt rozpoczął się 28 lutego 2026 roku. Od tego czasu administracja USA regularnie powtarzała, że operacja jest skuteczna, cele są osiągane, a Iran został ciężko pobity.

Tyle że po miesiącu nie udało się doprowadzić ani do trwałego otwarcia cieśniny Ormuz, ani do załamania irańskiej struktury władzy, ani do bezdyskusyjnego przyjęcia amerykańskich warunków pokojowych. Reuters zwraca uwagę, że choć Trump sygnalizuje chęć wygaszania konfliktu, część głównych celów pozostaje niespełniona albo nieostra nawet na poziomie politycznej definicji sukcesu. AP pisała podobnie: mimo zniszczeń po stronie Iranu i ogromnej skali operacji, Teheran zachował zdolność odwetu i nadal wpływa na bezpieczeństwo regionu oraz transport surowców.

To właśnie tutaj najbardziej widać pęknięcie między przekazem a rzeczywistością. Biały Dom przez wiele dni budował obraz niemal całkowitej dominacji. Karoline Leavitt mówiła o tysiącach uderzonych celów, zniszczonych jednostkach irańskich i gotowości Trumpa do „rozpętania piekła”, jeśli Iran nie uzna, że został pokonany militarnie.

Problem polega na tym, że jeśli przeciwnik faktycznie został pokonany, nie trzeba w kółko grozić mu jeszcze większym ciosem. Więc język Waszyngtonu dowodzi raczej tego, że presja militarna nie dała politycznego rezultatu, na jaki liczono. Trump i jego współpracownicy wracają więc po raz kolejny do tej samej figury: Iran jest rzekomo na kolanach, ale zarazem trzeba go stale straszyć, bo nadal nie wykonuje amerykańskich poleceń.

Jeszcze wyraźniej brzmią rozbieżności w sprawie czasu trwania działań. Marco Rubio powiedział partnerom z G7, że wojna potrwa jeszcze od dwóch do czterech tygodni. To istotne, bo sam Trump wcześniej sprzedawał konflikt jako operację krótką, zamkniętą w czytelnym horyzoncie czasowym. Gdy konflikt trwa dłużej, taka zmiana brzmi jak przyznanie, że pierwotny optymizm był naciągany. W polityce zagranicznej Trumpa to stały schemat: najpierw obietnica błyskawicznego efektu, potem korekta, następnie próba przedstawienia tej korekty jako części od początku zaplanowanej strategii.

Cieśnina Ormuz jako punkt klęski narracyjnej

Nic nie obnaża słabości amerykańskiej narracji tak wyraźnie jak kryzys wokół Ormuz. Ta wąska cieśnina odpowiada za około 20 proc. światowego transportu ropy i gazu. Gdy Iran ją zablokował lub istotnie ograniczył przepływ, wojna przestała być wyłącznie regionalną konfrontacją militarną. Stała się kryzysem energetycznym o globalnych skutkach.

Reuters podaje, że od początku konfliktu ceny Brent wzrosły o ponad 50 proc., momentami przekraczając 119 dolarów za baryłkę. To jednak nie koniec złych wiadomości. W innym, czarniejszym scenariuszu analitycy dopuszczają nawet wzrost cen do poziomu 200 dolarów za baryłkę, jeśli uszkodzona zostałaby infrastruktura eksportowa Iranu. Jednocześnie z rynku ubyło około 11 mln baryłek dziennie podaży. To skala, której nie da się przykryć propagandą sukcesu.

Trump próbował przedstawiać sprawę tak, jakby presja na Iran szybko zmusiła Teheran do ustępstw. W praktyce nie doszło jednak do prostego odblokowania szlaku. Amerykańskie zapowiedzi eskortowania tankowców okazywały się przedwczesne, odwlekane albo warunkowane gotowością wojskową. Gdy przywódca supermocarstwa grozi, że w 48 godzin narzuci swoją wolę, a następnie przesuwa terminy i zawiesza własne ultimatum, rynek odbiera to jako dowód niepewności. Właśnie dlatego każde kolejne wystąpienie Trumpa ma dziś znaczenie nie tylko polityczne, ale i finansowe. Handlujący ropą nie reagują już na jego słowa tak, jakby były opisem realnie kontrolowanej sytuacji, lecz raczej jak na czynnik ryzyka.

To także uderza w główny polityczny atut Trumpa, czyli gospodarkę. W USA ceny paliw znów rosną, a przecież to właśnie tanie paliwo miało być dowodem sprawności nowej administracji. Reuters pisał, że obecny konflikt szczególnie mocno obciąża importerów energii w Azji i Europie, ale jego efekty są widoczne także w Stanach Zjednoczonych. AP-NORC odnotował, że rosnące koszty benzyny stały się jednym z głównych powodów sprzeciwu wobec wojny. Jeżeli prezydent rozpoczyna konflikt, który destabilizuje globalny handel i podbija ceny, sam odbiera sobie prawo do występowania w roli menedżera porządku gospodarczego.

Globalna gospodarka pod uderzeniem Trumpa

Wojna z Iranem nie jest dziś tylko tematem dyplomacji i wojskowości. To już pełnoprawny wstrząs gospodarczy. Reuters wylicza, że przy utrzymaniu obecnych warunków Brent może średnio kosztować 134,62 dolara, a jeśli konflikt jeszcze się rozszerzy, prognozy idą znacznie wyżej. Oznacza to presję inflacyjną, wzrost kosztów transportu, uderzenie w przemysł chemiczny, rolnictwo i logistykę. W praktyce jeden polityczny ruch Trumpa na Bliskim Wschodzie uruchomił efekt domina, który dosięga gospodarstw domowych daleko poza regionem Zatoki Perskiej.

Sygnały z rynków finansowych są równie wymowne. Według relacji z 27 marca indeks Dow Jones wszedł w korektę, spadając o ponad 10 proc. od niedawnego szczytu, zaś S&P 500 i Nasdaq schodziły do sześciomiesięcznych minimów. Brent doszedł do 111,68 dolara, a inwestorzy coraz wyraźniej zaczęli dyskontować nie tylko samą wojnę, ale również utratę wiary w spójność polityki Białego Domu. Jeśli rynki przestają wierzyć prezydentowi, że zarządza kryzysem, sama skala komunikacyjnego problemu staje się częścią kryzysu.

Do tego dochodzi efekt międzynarodowy. Europa zaczyna mówić o zagrożeniu dla wzrostu gospodarczego, Wielka Brytania zmaga się ze skokiem cen paliwa i lokalnymi niedoborami na stacjach, a państwa G7 rozmawiają o uwalnianiu rezerw ropy. Trudno o lepszy dowód, że trumpowska strategia „siły dla pokoju” przyniosła odwrotny skutek. Nie uspokoiła sytuacji, tylko ją rozszerzyła i uczyniła kosztowną dla reszty świata. Nawet jeśli administracja USA w końcu wymusi jakąś formę rozejmu, rachunek ekonomiczny tej wojny zostanie z nią na długo.

Rozmowy pokojowe bez Ppotwierdzenia Teheranu

Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów obecnej fazy konfliktu jest rozdźwięk między tym, co mówi Trump, a tym, co przyznaje Iran. Prezydent USA wielokrotnie przekonywał, że Irańczycy chcą porozumienia, że prowadzone są rozmowy, a nawet że pośrednicy pracują nad konkretnym planem. Rzeczywiście, Reuters potwierdza istnienie 15-punktowej amerykańskiej propozycji przekazanej przez Pakistan. Plan obejmuje między innymi demontaż programu nuklearnego, ograniczenia rakietowe i kwestię Ormuzu. Problem w tym, że z perspektywy Teheranu nie wygląda to na bliskie porozumienie, lecz na listę warunków, które w dużej mierze faworyzują USA i Izrael.

Najważniejsze jest jednak to, że Iran publicznie zaprzecza narracji Trumpa o trwających negocjacjach. Reuters cytował irańskich przedstawicieli, którzy twierdzili, że bezpośrednich rozmów nie było, a opowieść o „bardzo dobrych i owocnych” kontaktach należy traktować jako element nacisku psychologicznego i gry pod rynki ropy.

Także irański minister spraw zagranicznych Abbas Aragczi podkreślał, że stanowisko Teheranu to kontynuacja oporu, a mówienie o negocjacjach w obecnym momencie byłoby przyznaniem się do porażki. To oznacza, że Trump ogłasza dyplomatyczny postęp, którego druga strona oficjalnie nie uznaje. W relacjach międzynarodowych to sytuacja skrajnie niewygodna: jeśli porozumienie istnieje tylko w przekazie jednej stolicy, nie jest jeszcze porozumieniem, lecz próbą wymuszenia wrażenia postępu.

W tym świetle szczególnie kompromitująco brzmią kolejne opowieści Trumpa o tym, że Iran „błaga na kolanach” albo desperacko szuka wyjścia. Taki język może działać w polityce wewnętrznej, ale w realnej dyplomacji przynosi skutek odwrotny. Odbiera drugiej stronie przestrzeń do wycofania się bez utraty twarzy, a równocześnie zmusza Biały Dom do nieustannego dowodzenia, że przeciwnik naprawdę jest tak słaby, jak go opisano. Im dłużej wojna trwa, tym bardziej widać, że te komunikaty miały przede wszystkim podtrzymywać trumpowski mit nieomylnego dominatora.

Trump: Pokój przez wojnę

Trump od lat stara się przedstawiać jako polityk, który zasługuje na Pokojową Nagrodę Nobla. Reuters przypominał, że wielokrotnie mówił o własnym poczuciu niedocenienia w tej sprawie. Na początku 2026 roku pojawił się nawet absurdalny epizod z przyjęciem medalu noblowskiego przekazanego mu symbolicznie przez Marię Corinę Machado, co tylko wzmocniło jego wizerunek polityka łaknącego potwierdzeń własnej wielkości. Ten rys jest dziś szczególnie istotny, bo Trump jednocześnie chce być postrzegany jako człowiek pokoju i przywódca gotowy „rozpętać piekło”. Te dwie role są trudne do pogodzenia.

Sprzeczność staje się wręcz uderzająca, gdy zestawić retorykę wobec Iranu z wypowiedziami dotyczącymi inwazji na Kubę.

W piątek 27 marca Trump podczas forum inwestycyjnego w Miami powiedział, że „Kuba jest następna”, po czym dodał, by udawać, że nic nie powiedział. Reuters odnotował, że był to kolejny taki sygnał po wcześniejszych sugestiach o „zaszczycie wzięcia Kuby” i konieczności politycznej zmiany na wyspie. Innymi słowy, prezydent USA, który w tym samym czasie chce uchodzić za architekta pokoju i człowieka godnego noblowskiego uznania, publicznie rozszerza strefę groźby na następne państwo. Takie słowa nie wyglądają jak język stabilizacji. Bardziej przypominają politykę permanentnej demonstracji siły, w której wojna staje się narzędziem wizerunkowym.

Co więcej, Kuba znalazła się w wyjątkowo trudnym położeniu gospodarczym. AP opisywała kolejne załamania energetyczne na wyspie, a Reuters pisał o gotowości Hawany na ewentualną agresję oraz o jednoczesnej otwartości na „poważny i odpowiedzialny dialog” z USA.

W takich warunkach trumpowskie „Kuba jest następna” brzmi nie jak improwizowany żart, lecz jak brutalne użycie kryzysu humanitarnego jako dźwigni politycznej. Z perspektywy regionu to nie jest komunikat pokojowy, tylko sygnał, że Biały Dom gotów jest dokładać nowe fronty presji, choć sam nie poradził sobie jeszcze z istniejącym konfliktem.

Sojusznicy zmęczeni Trumpem i jego wojną

Wojna z Iranem ujawniła również coś jeszcze: Trump nie tylko nie zdołał przekonać Iranu do kapitulacji, ale nie potrafi też utrzymać szerokiego frontu zachodnich sojuszników wokół własnej strategii. Reuters i „Washington Post” opisywały jego coraz ostrzejsze ataki na NATO i pretensje pod adresem państw europejskich, które odmówiły materiałowego lub militarnego wsparcia. Trump zaczął wręcz kwestionować sens amerykańskiej obecności w sojuszu, sugerując, że skoro partnerzy nie pomagają jemu, USA „nie muszą być tam dla nich”. To znamienne: wojna, która miała dowodzić amerykańskiej siły, zaczęła podkopywać zaufanie do samego przywództwa USA w systemie zachodnim.

Niechęć sojuszników ma konkretne przyczyny. Po pierwsze, wielu z nich nie było konsultowanych przed rozpoczęciem wojny. Po drugie, widzą oni, że Trump zmienia komunikaty z dnia na dzień: raz ogłasza pełny sukces, raz domaga się pomocy, raz odsuwa terminy ultimatum, raz zapowiada nowe uderzenia.

Po trzecie, to europejskie i azjatyckie gospodarki w dużej mierze płacą rachunek za skoki cen energii i napięcia w żegludze. W efekcie Trump sam wytworzył sytuację, w której jego wojna staje się dla partnerów nie wspólną misją, lecz cudzym kryzysem, którego koszty trzeba ograniczać.

Wewnątrz samego obozu republikańskiego także narasta zgrzyt. Reuters zauważa rosnący podział pokoleniowy w sprawie poparcia dla Izraela i szerzej dla wojny z Iranem. Młodsi konserwatyści coraz częściej pytają, czy interes USA naprawdę wymaga tak głębokiego wejścia w konflikt, którego końca nie widać. To szczególnie groźne dla Trumpa, bo jego polityczna siła zawsze brała się z umiejętności narzucania własnym wyborcom prostych, zwycięskich historii. Wojna, która jest droga, niejasna i przeciągająca się, psuje ten model.

Amerykańska opinia publiczna przeciw kolejnym wojnom Trumpa

Liczby są dla Białego Domu niepokojące. Reuters pisał, że aprobatа dla Trumpa spadła do 36 proc. AP-NORC podał, że 59 proc. Amerykanów uważa, iż działania militarne USA wobec Iranu poszły za daleko, a tylko 35 proc. popiera sposób, w jaki Trump prowadzi tę sprawę. Jednocześnie około sześciu na dziesięciu badanych sprzeciwia się wysyłaniu wojsk lądowych. To bardzo ważne, bo właśnie scenariusz lądowy wraca w przeciekach i spekulacjach najczęściej jako możliwa kolejna faza eskalacji.

Dane pokazują, że prezydent nie przekonał większości społeczeństwa ani moralnie, ani pragmatycznie. Obywatele mogą popierać blokowanie programu nuklearnego Iranu, ale nie chcą niekończącej się wojny, drogiej benzyny i ryzyka nowych ofiar. To właśnie tutaj całe trumpowskie opowiadanie o sile zderza się z politycznym limitem. Nie wystarczy ogłaszać zwycięstwa, trzeba jeszcze sprawić, by ludzie je zobaczyli we własnym życiu. Tymczasem wyborca widzi raczej wyższe rachunki, nerwowe rynki, międzynarodowy chaos i prezydenta, który co kilka dni brzmi inaczej niż wcześniej.

To również tłumaczy, dlaczego Trump tak intensywnie podkręca ton. Kiedy skutki wojny stają się politycznie kosztowne, najprostszym odruchem jest jeszcze głośniejsze odgrywanie roli zdecydowanego wodza. Stąd groźby wobec Iranu, stąd demonstracyjne słowa o Kubie, stąd ostre ataki na NATO. Ale ten mechanizm ma ograniczoną skuteczność. Im bardziej rzeczywistość odbiega od obietnicy szybkiego sukcesu, tym mocniejsze deklaracje wyglądają jak substytut realnego sprawstwa.

Iran nie kapituluje, a Trump nie chce tego przyznać

Najbardziej niewygodna dla Białego Domu prawda jest prosta: Iran nie zachowuje się jak państwo pokonane. Owszem, poniósł ogromne straty, a jego infrastruktura wojskowa została poważnie uszkodzona. Ale Teheran nie tylko utrzymał ciągłość decyzyjną, lecz także nadal wpływa na region, odstrasza część sojuszników USA i narzuca własne warunki rozmowy.

Reuters, AP i „Washington Post” zgodnie zwracają uwagę, że mimo intensywnych ataków nie widać załamania systemu władzy, a przeciwnie: pojawiają się oznaki jego konsolidacji. To przekreśla jeden z fundamentalnych zakładów tej wojny, czyli przekonanie, że wystarczy silny cios z zewnątrz, aby w Teheranie uruchomił się proces politycznego rozpadu.

Trump nie potrafi tego otwarcie uznać, bo oznaczałoby to przyznanie, że jego strategia przymusu nie dała przełomu. Woli więc poruszać się między skrajnościami: raz ogłasza, że wojna jest praktycznie wygrana, innym razem twierdzi, że negocjacje właśnie dojrzewają, a gdy to nie działa, wraca do ultimatum. Tyle że każdy kolejny zwrot osłabia siłę następnego. Prezydent, który zbyt często grozi totalnym ciosem, a potem go odkłada, sam dewaluje własne groźby.

Prezydent, który zbyt szybko ogłasza sukces, a potem tłumaczy się z jego braku, sam osłabia własny autorytet. Właśnie na tym polega główna polityczna pułapka Trumpa: jego styl jest skuteczny tak długo, jak długo świat daje się uwieść dynamice przekazu. Gdy zaczynają liczyć się rezultaty, retoryka okazuje się zbyt cienka.

Na koniec pozostaje najbardziej zasadnicza sprzeczność. Trump chce jednocześnie uchodzić za człowieka pokoju, zdobywcę historycznych porozumień, przywódcę godnego Nobla i bezwzględnego egzekutora, który podporządkowuje sobie przeciwników samą siłą woli. Wojna z Iranem pokazuje, że tych dwóch ról nie da się stale łączyć bez kosztu. Kiedy nie udało się wymusić szybkiej kapitulacji, pokojowy język zaczął brzmieć jak zabieg wizerunkowy. Kiedy równolegle padło „Kuba jest następna”, resztki wiarygodności w opowieść o prezydencie pokoju zaczęły się rozsypywać jeszcze szybciej. Trump nadal może wyprodukować polityczny spektakl, ale coraz trudniej mu przekonać świat, że spektakl jest zwycięstwem.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: gazetaprawna.pl

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.