Trump kontra papież: kiedy forma zabija treść

Grafika i wpis zamieszczone przez Donalda Trumpa na platformie Truth Social, 2026
Grafika i wpis zamieszczone przez Donalda Trumpa na platformie Truth Social, 2026Materiały prasowe
dzisiaj, 15:05

Konflikt Donalda Trumpa z papieżem odsłania coś więcej niż tylko różnicę stylów. To zderzenie brutalnej polityki z moralną narracją, która sama nie jest wolna od politycznych uwikłań. Problem w tym, że forma znów zabiła treść.

Ostatnia wymiana zdań między najpotężniejszym przywódcą politycznym i militarnym na świecie, Donaldem Trumpem, a najpotężniejszym przywódcą duchowym, papieżem Leonem XIV, wprawiła obserwatorów w zdumienie i niesmak. Przy czym ten ostatni był spowodowany opiniami prezydenta Stanów Zjednoczonych. Z przykrością dzielę niesmak z innymi. Zachowanie Trumpa było zdumiewające. Najpierw pod koniec Wielkiego Tygodnia i w czasie Świąt Wielkanocnych publikował wojownicze posty, używając knajackiej retoryki, zaś gdy papież zwrócił uwagę na niedopuszczalność grożenia zniszczeniem „całej cywilizacji”, opublikował tekst obraźliwy dla głowy Kościoła i w tromtadracki sposób argumentujący, że Leon zawdzięcza wybór w gruncie rzeczy samemu Trumpowi. Do tego doszła publikacja wygenerowanej przez AI grafiki przedstawiającej prezydenta jako postać stylizowaną na Jezusa i nieudolne tłumaczenia, że chciał się pokazać jako lekarz pomagający ludziom. Jedyne, co można o tym powiedzieć dobrego, to to, że grafikę po kilku godzinach usunął i nie zwalał na nikogo winy za jej publikację, jak zapewne uczyniłoby wielu polityków. To jednak słabe pocieszenie.

Styl kontra treść – dlaczego Trump przegrywa komunikacyjnie

Trump jest fenomenem wymykającym się sensownym analizom, bo za sensowne nie uważam przekonania o jego chorobie psychicznej, co uparcie serwuje wielu obserwatorów. Już na początku jego pierwszej kadencji kilkudziesięciu amerykańskich psychiatrów podpisało list z taką sugestią, choć żaden z nich nie miał możliwości przeprowadzenia klinicznego badania, więc była raczej motywowana politycznie i równała się autokompromitacji. Jest jednak w sposobie komunikowania się Trumpa pewien gen samozniszczenia, który każe tak dobierać słowa, aby wywołać niechęć i oburzenie, choćby nawet polityka, jaką prowadzi, była słuszna albo przynajmniej akceptowalna. Tak jest, choć zabrzmi to kontrowersyjnie, i w tym przypadku. Gdyby rozmowa między prezydentem a papieżem odbywała się w sposób kulturalny i cywilizowany, pozycja głowy Kościoła wcale nie byłaby aż tak silna. Trump jednak, poprzez dobór sformułowań, sprawił, że nikt nie zwraca uwagi na sedno sprawy, bo przesłania je nieakceptowalna forma. Nie jest jednak tak, że nie można krytykować, nawet ostro, motywowanych politycznie działań papieża. Z takimi mamy bowiem tutaj do czynienia.

Watykan wobec Ukrainy: powrót do kontrowersji

Aby się o tym przekonać, wystarczy cofnąć się w czasie nieomal o cztery lata, do czasu, gdy Watykan pod rządami Franciszka usiłował lawirować w sprawie oceny rosyjskiej agresji na Ukrainę i suflować narrację symetrystyczną. Wtedy gorzko zapisała się w pamięci sprawa XIII stacji Drogi Krzyżowej w Koloseum, która została odprawiona 15 kwietnia 2022. Według pomysłu papieża krzyż niosły dwie kobiety: Rosjanka i Ukrainka, a rozważanie, jakie miało być odczytane, niejako uwspólniało cierpienie i winę w tej wojnie. W jego ostatnim zdaniu wspominano o odbudowie tego, „co bomby chciały zniszczyć”. Jak gdyby bomby działały samodzielnie i tylko one, a nie żaden człowiek, były odpowiedzialne za śmierć i zniszczenie. Pod wpływem krytyki, także oficjalnie formułowanej przez przedstawicieli Kościoła greckokatolickiego na Ukrainie, papież zrezygnował z tego rozważania, zastępując je wezwaniem do modlitwy w ciszy o pokój.

Potem jednak Franciszek starannie unikał wymieniania Rosji i Putina jako sprawcy wojny, a jego sekretarz stanu, kardynał Parolin, potrafił nawet napominać napadniętych i broniących się bohatersko Ukraińców, aby zadbali o to, by nie doszło do „eskalacji”, oraz krytykował kraje pomagające Ukrainie – w tym, bez wymieniania nazwy, Polskę – że ich działania nie są moralnie usprawiedliwione. Parolin posunął się nawet do stwierdzenia, że „odpowiedź zbrojna w stopniu proporcjonalnym do agresji, jak uczy Katechizm Kościoła Katolickiego, może doprowadzić do rozszerzenia się konfliktu, który może mieć katastrofalne i śmiertelne konsekwencje”. Wszyscy, którzy w tym czasie, gdy ważyły się losy wojny i gdy nie było wcale tak pewne, czy Rosjanie, zdobywszy Kijów, nie ruszą dalej na Polskę, przyjmowali te wypowiedzi z przerażeniem, a ludzie wierzący z autentycznym bólem. Stan ten potęgowała świadomość, że powód takiej postawy nie był bynajmniej ewangeliczny, jak mógłby na to wskazywać wzniosły język i odwołania do Katechizmu. Była nim po prostu chęć niezrywania komunikacji z Rosyjską Cerkwią Prawosławną, która oficjalnie wspierała wojnę, a z którą Franciszek chciał prowadzić ekumeniczny dialog. Który zresztą do żadnych dobrych rezultatów nie doprowadził.

Dość podobna co do natury, choć bardziej subtelna, jest postawa papieża Leona. Znamienne, że w czasie, gdy irańskie władze masakrowały na ulicach dziesiątki tysięcy demonstrantów, zdobył się on jedynie na dość ogólne wyrażenie zaniepokojenia. W czasie modlitwy na Anioł Pański 11 stycznia 2026 powiedział: „Moje myśli zwracają się ku wydarzeniom obecnie rozwijającym się na Bliskim Wschodzie, zwłaszcza w Iranie i Syrii, gdzie trwające napięcia nadal zabierają wiele istnień ludzkich”. Styl tej wypowiedzi zdumiewająco przypomina rozważania Franciszkowej XIII stacji. Tam odpowiedzialne za zło były jakieś „bomby” nieznanej proweniencji, tu zaś ludzie giną z powodu jakichś nieokreślonych „napięć”. Kontrast między tą postawą wobec zorganizowanych masakr a bardziej zdecydowaną postawą wobec słów Donalda Trumpa jest uderzający. W przypadku prezydenta USA papież był o wiele bardziej śmiały i klarowny. Zapewne ta krytyka była łatwiejsza, zarówno ze względów osobistych, jak i politycznych – Leon (Amerykanin z Chicago) skłania się raczej ku widzeniu świata prezentowanemu przez Demokratów. W kilka dni po tym werbalnym starciu papież wyjechał do Algierii – kraju, którego władzom i społeczeństwu o wiele bliżej do Iranu niż do Stanów Zjednoczonych (nie wspominając o Izraelu) – i publiczna krytyka Trumpa mogła papieżowi tylko pomóc w tej wizycie na północy Afryki.

Iran i polityka pokoju: czy neutralność ma sens

Ludzie wiary powinni dążyć do pokoju, to przekaz jasno wynikający z Ewangelii, i Leon słusznie do pokoju nawołuje. Jednak nie każdy pokój ma sens. Nawoływanie do pokoju w oderwaniu od politycznych realiów nie prowadzi do dobra. Tak było w przypadku papieża Franciszka i wojny na Ukrainie. W Iranie mamy do czynienia ze zbrodniczym reżimem, który przez dekady prześladował własne społeczeństwo, wspierał międzynarodowy terroryzm i zbroił się po zęby, co najlepiej widać w ostatnich tygodniach, gdy nadal nie udało się w całości zniszczyć zasobów rakiet balistycznych, zaś ich zasięg – jak się okazało – był nawet dwukrotnie większy od deklarowanego i pozwalał na dosięgnięcie Europy. W dodatku ten reżim był o krok od wyprodukowania broni jądrowej.

W tej sytuacji zniszczenie zasobów rakietowych oraz jądrowych Iranu, a także stworzenie warunków do zmiany reżimu, jest działaniem słusznym i dalekowzrocznym, zaś nawoływanie do pokoju brzmi mało wiarygodnie. Gdyby tak przedstawić sprawę, rozmowa z papieżem Leonem miałaby sens. Trumpowi udało się jednak tak wzburzyć opinię publiczną swoimi prostackimi wpisami, że obrona skądinąd słusznej sprawy jest znacznie utrudniona, o ile nie niemożliwa. Co nie znaczy, że nie należy tego czynić.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381425mega.png
Źródło: GazetaPrawna.pl / Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.