Zachód coraz częściej opisuje wojny nie takimi, jakie są, lecz takimi, jakie chciałby widzieć. Konflikt USA–Iran stał się kolejnym przykładem, w którym propaganda przegrywających zaczyna dominować nad faktami – także w mediach i analizach ekspertów zachodnich.
W każdej wojnie narracja jest oddzielona od rzeczywistości i wojna z Iranem nie jest wyjątkiem. Zapewne to oddzielenie było najbardziej widoczne, gdy w bunkrze w centrum Berlina w umyśle wodza powstawały nowe armie i związki pancerne mające zmiażdżyć przeciwnika, podczas gdy w rzeczywistości stolica III Rzeszy była okrążona i bombardowana, a armie składały się z przerażonych 14-latków z pancerfaustami na plecach.
Narracja Iranu jest podobnie oderwana od rzeczywistości. Po ogłoszeniu przez Donalda Trumpa dwutygodniowego zawieszenia broni ajatollahowie ogłosili zwycięstwo i przedstawili plan naszpikowany punktami sformułowanymi tak, jakby to Teheran dyktował warunki przeciwnikowi, który poprosił o litość. Jedna z ambasad reżimu na Bliskim Wschodzie opublikowała wygenerowany przez AI filmik przedstawiający amerykańskiego prezydenta schodzącego ze schodków z samolotu i powiewającego wielką białą flagą, a na końcu padającego na kolana w proszalnym geście.
Narracja zamiast faktów: jak powstaje „wirtualne zwycięstwo Iranu nad USA”
Miałoby to wszystko wartość anegdoty, gdyby nie fakt, że zachodni komentariat w swojej masie przyjmuje tę propagandę za swoją. Narracja o tym, że Ameryka co prawda wygrała, ale „w gruncie rzeczy” przegrała, jest formułowana wprost lub jest obecna podskórnie. Czasem przyjmuje to formy groteskowe, jak w przypadku wywiadu w jednej z polskich gazet z iranistą, specjalistą od języka i religii, ze szczególnym uwzględnieniem zaratusztrianizmu, który dziennikarz rozpoczął od pytania, czy nie wydaje się dziwne, że rzekomo zwycięski prezydent USA zgadza się na wzbogacanie uranu i wypłatę odszkodowań za wojnę. Oba te warunki znalazły się w irańskim planie, który według rzeczniczki Białego Domu Trump „wyrzucił do kosza”, ale w umysłach ludzi przyjmujących irańską narrację za swoją funkcjonuje on jako podstawa do negocjacji, ergo dowód faktycznego zwycięstwa ajatollahów. Nie trzeba dodawać, że specjalista od zaratusztrianizmu stanął na wysokości zadania i przedstawił zawieszenie broni jako faktyczną porażkę Stanów Zjednoczonych.
Fascynująca jest odpowiedź na pytanie o przyczyny tego mentalnego stanu rzeczy. Bo przecież, gdyby odnieść się do stanu faktycznego, to trzeba by sobie uświadomić, że Iran w ciągu sześciu tygodni stracił kilkadziesiąt osób ze ścisłego kierownictwa państwa, armii i sił bezpieczeństwa, stracił całą flotę wojenną i powietrzną, stracił większość sił rakietowych i dronowych, prawie całą obronę przeciwlotniczą z wyjątkiem wyrzutni ręcznych, większość fabryk zbrojeniowych, koszary i podziemne magazyny broni legły w gruzach, a siły Hezbollahu, stacjonującego w Libanie, zostały zdziesiątkowane. Po raz kolejny zostały zbombardowane fabryki zajmujące się wzbogacaniem uranu. Zniszczone zostały także urządzenia portowe pozwalające na komunikację handlową z Rosją przez Morze Kaspijskie.
Tylko że te niewyobrażalne zniszczenia infrastruktury wojskowej nie znalazły swojego miejsca w umysłach ludzi zainteresowanych sytuacją międzynarodową. A stało się tak z prostej przyczyny: nie wzbudziły one zainteresowania redakcji kształtujących obraz tego, co przedostaje się do publicznej wiadomości. Czy ktoś napotkał w polskich mediach jakiś jeden obszerny, przekrojowy artykuł sumujący syntetycznie militarne skutki operacji amerykańsko-izraelskiej? Czy któraś z redakcji wpadła na pomysł, aby prowadzić stałą rubrykę pokazującą przebieg wojny, choćby na wzór tego, co robi Institute for the Study of War? Retoryczne pytanie. Zamiast tego można było przeczytać wiele o każdej irańskiej rakiecie i dronie, które docierały do Izraela lub amerykańskich baz, i w rezultacie publiczność więcej wiedziała o stratach amerykańskich niż irańskich. Nie piszę tego, aby straty USA lekceważyć, bo Amerykanie poznali na własnej skórze, jak ważne jest chronienie swojej wyrafinowanej broni przed atakami tanich dronów, jednak ogólny przekaz przypominał nieco ów słynny przedwojenny pasztet z zająca, zrobiony według proporcji „jeden zając – jeden koń”.
Dlaczego Zachód nie chce uznać amerykańskiej przewagi nad Iranem?
Próbując odpowiedzieć na pytanie „Dlaczego Zachód udaje, że Iran wygrywa wojnę z USA i Izraelem?”, libański komentator pracujący w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Nadim Koteich, zwrócił uwagę na to, że jedną z ważnych przyczyn jest zasadnicza różnica w sposobie podchodzenia do wojny jako narzędzia polityki. Jego zdaniem „Ameryka jest ostatnią zachodnią demokracją, która nadal wierzy w to, że użycie siły jest uprawnionym środkiem utrzymania porządku, nie zaś przyznaniem się do cywilizacyjnego upadku”.
Bardzo trafna obserwacja, a to ostatnie jest zapewne przyczyną, dla której żadne medium nie zdecydowało się na obszerne przedstawienie irańskich strat i skali militarnej przewagi agresorów. Zaraz bowiem spotkałoby się z zarzutem, że gloryfikuje wojnę, która przecież jest zła z natury. Bo – argumentuje Koteich – przez ostatnie dekady Europa wypracowała system oparty na dialogu i instytucjach, więc przyznanie, że Ameryka wygrywa wojnę, byłoby czymś więcej: przyznaniem, że europejski system jest nieskuteczny, amerykański zaś – tak. Byłby to kolejny argument za użyciem siły w stosunkach międzynarodowych po tym, jak wojna na Ukrainie obaliła architekturę bezpieczeństwa w naszej części świata.
Przyczyn, dla jakich liberalny Zachód głosi wirtualną klęskę Ameryki, jest jednak więcej. Jedną z nich jest oczywiście powszechna wśród elit, ale zaszczepiona także masom nienawiść do Donalda Trumpa, który – co trzeba ze zdumieniem przyznać – zachowuje się tak, jakby chciał tę nienawiść podsycać. Jego wpisy o „niszczeniu cywilizacji” były być może skierowane do ajatollahów, ale zostały odczytane na całym świecie i wszędzie wzbudziły co najmniej niechęć.
Salonowy antytrumpizm i ajatollahowie wyklęci
Co nie zmienia rzecz jasna faktu, że polityki międzynarodowej nie należy oceniać w oparciu o analizę retoryki przywódców, co jest błędem, jaki z lubością popełniają wszyscy organicznie nieznoszący amerykańskiego prezydenta. A czynią to także dlatego, że antytrumpizm jest na salonach z definicji czymś dobrym, więc wystarczy się zapisać do odpowiedniego obozu, aby nikt nie zapytał o sens wypowiedzi.
Ponadto Europa zdaje sobie sprawę z tego, że jeszcze długo nie będzie w stanie samodzielnie się bronić, więc na wszelki wypadek stara się uzyskać nad swoim wielkim i narowistym sojusznikiem przewagę retoryczną i moralną, aby go okiełznać. To niemądra taktyka, być może opierająca się na nadziei, że konsekwentnie przeciwstawiający się Trumpowi Demokraci osiągną wreszcie wyborczy sukces. O podglebiu antysemickim i proislamistycznym tylko wspomnę, bo zasługuje to na osobny tekst.
W Polsce instynktowne stawianie na słabszych wynika z długiej tradycji oporu przeciwko przeważającym siłom, ujętej w słowach „Być zwyciężonym i nie ulec, to zwycięstwo”. To tradycja, która każe nam świętować przegrane powstania i czcić partyzantów wiodących skazane na porażkę walki. W jakiś dziwaczny sposób teraz to nastawienie przeniosło się na reżim w Teheranie, którym kierują zapewne „ajatollahowie wyklęci”. Tymczasem ich klęska jest dla świata naprawdę dobrą wiadomością. Niemożność do przyjęcia tego faktu źle świadczy o naszych zdolnościach oceny rzeczywistości.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu