Polexit jako narzędzie polityczne. I realny problem, którego nie chcemy widzieć

Konrad Szymański, poseł do PE (2004–2014), minister ds. europejskich w rządach Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego (2015–2022), wicedyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego (2022–2024)
Konrad Szymański, poseł do PE (2004–2014), minister ds. europejskich w rządach Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego (2015–2022), wicedyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego (2022–2024)Materiały prasowe / Fot. Wojtek Górski
dzisiaj, 16:34

Debata o polexicie, którą podsycił artykuł byłego ministra z PiS Konrada Szymańskiego, coraz częściej służy politycznej mobilizacji, a nie realnej analizie problemów Unii Europejskiej. Tymczasem ignorowanie napięć i słabości wspólnoty może okazać się znacznie groźniejsze niż sama dyskusja o tym, czy prawica doprowadzi nad Wisłą do wyjścia z UE.

Polemizowanie z tak wielkim znawcą spraw europejskich jak Konrad Szymański nie jest rzeczą łatwą. W dodatku materia, której dotyczył jego artykuł pt. „Na drodze do polexitu”, opublikowany w „Plusie Minusie” 14 marca, jest nader delikatna, bo łatwo można otrzymać łatkę zwolennika polexitu albo wręcz „prawicowego zwolennika polexitu”, co zamknie dyskusję i wykluczy polemistę z dobrego towarzystwa. Mimo wszystko jednak sądzę, że warto się na takie ryzyko zdecydować, a to z dwóch zasadniczych powodów. Jest ich więcej, ale na użytek krótkiej polemiki ograniczę się do tych w moim przekonaniu najważniejszych.

Polexit jako narzędzie polityki

Powód pierwszy jest polityczny i wiąże się z niebezpieczeństwem, że ostatecznie przypieczętowane zostanie to, co Szymański słusznie dostrzega, ale zarzuca tylko prawicy, czyli wprzęgnięciem kwestii członkostwa Polski w Unii Europejskiej w logikę walki politycznej przed przyszłorocznymi wyborami. To by sprawiło, że temat ten już ostatecznie oderwie się od rzeczywistości i zacznie żyć własnym życiem.

Nie uchronił się przed tym niebezpieczeństwem zresztą sam autor, bo tak się jakoś złożyło, że jego erudycyjny artykuł redakcja „Plusa Minusa” zdecydowała się opublikować tuż po tym, jak premier Donald Tusk postanowił spolaryzować scenę polityczną przy pomocy podziału na zwolenników Unii i zwolenników wyjścia z UE, mając nadzieję, że zastąpi on podział na zdrajców i patriotów, którym poprzednio usiłował uporządkować polityczną scenę przy okazji kłótni o SAFE, a co nie bardzo mu wyszło. Teraz zapewne Tusk liczy na to, że skoro sondaże pokazują, iż jego obóz jest w przytłaczającej większości przeciwko polexitowi, zaś obóz przeciwny jest podzielony (choć w większości również przeciwny), to taki podział okaże się bardzo wydajny politycznie. Trudno odmówić premierowi racji i politycznego sprytu.

Dlatego w mojej opinii dobrze byłoby nie używać terminu „polexit” w dyskusjach eksperckich, a takim ekspertem jest niewątpliwie Konrad Szymański. Z pewnością bowiem zdarzy się tak, że argumenty merytoryczne zostaną zagarnięte przez politycznych krzykaczy i użyte jako pałka wobec oponentów. Przy okazji warto nadmienić, że pod względem odsetka zwolenników „exitów” Polska jest w europejskiej średniej, która w różnych krajach oscyluje wokół 20 proc., a we Francji zbliża się czasem nawet do 30 proc., co jednak nie sprawia, że wszyscy mówią, iż zaraz z niej wyjdzie. Lepiej więc zamiast o „exicie” mówić o realnych kwestiach.

co-pan-pani-sadzi-na-temat-czlonkostwa-ukrainy-w-unii-europejskiej-39070447.jpg

I tu pojawia się powód drugi. Związany jest z niebezpieczeństwem zlekceważenia realnych problemów, które sprawiają, że społeczeństwa wielu krajów krytykują Unię. Szymański pisze o tych problemach, ale można odnieść wrażenie, jakby nie uznawał ich gatunkowego ciężaru. Pisze na przykład o „nieuchwytnej emocji” różnicującej podejście do państw w Unii zasiedziałych i tych nowych (choć już nie tak bardzo...). Owa emocja „zatruwa relacje i zaufanie”, ale Szymański już nie wspomina o tym, że jednym z całkowicie rzeczywistych problemów, jakie te relacje zatruwają, jest choćby kompozycja narodowościowa brukselskiej biurokracji, która prawie w 80 proc. jest tworzona przez urzędników z kilku krajów, głównie Włoch, Hiszpanii, Belgii, Francji i Niemiec. Przy czym im wyżej w hierarchii, tym coraz trudniej znaleźć kogoś z zewnątrz. W ten sposób powstają owe „braki politycznej wrażliwości w Brukseli”, nad jakimi ubolewa autor. Dodajmy – powstają i utrwalają się.

Kwestię kompozycji unijnej biurokracji należy oczywiście traktować tylko jako unaocznienie problemu, który powoduje, że wielu ludzi – nie tylko zresztą w Polsce – traktuje Unię jako organizm im obcy. Można do tego dodać czytelne dla każdego poza twórcami próby manipulowania procesami demokratycznymi przy pomocy gremiów wyłonionych w procesie losowania, których opinie były przedstawiane jako „głos ludu”. Na szczęście było tak za poprzedniej Komisji Europejskiej, ale cóż stoi na przeszkodzie, by do tej praktyki powrócić?

Opinia Konrada Szymańskiego, że „nieufność do Europy” (jak rozumiem, chodzi o Unię Europejską) została „stworzona z półprawd i kłamstw”, jawi się w tym kontekście jako nadmiernie radykalna. Choć w zrozumieniu jej źródła może pomóc jeden prosty zabieg. Otóż proszę spróbować odnaleźć w tekście Szymańskiego skrót ETS. Owszem, wspomina on o tym, że Unia zaczyna rewidować politykę klimatyczną, ale raczej w duchu zdziwienia, że oto „arcyparadoksem” jest, że „odrzucenie Europy” (znowu – jak rozumiem – chodzi o Unię Europejską) następuje właśnie w takim dobrym momencie, gdy pojawia się nadzieja na poluzowanie. Natomiast nie wspomina on ani słowem o tym, że system ETS przez dwie dekady dławił europejski przemysł i przyczynił się do wzrostu cen energii dla społeczeństwa. A skoro o tym w tekście nie wspomina, to łatwiej jest mu podtrzymywać tezę o „półprawdach i kłamstwach”. Nie – to jest bardzo realny problem. I trzeba sobie z nim poradzić. Jak z wieloma innymi.

Czy Unia Europejska przetrwa najbliższą dekadę? Eksperci wcale nie są pewni

Na koniec, wracając do wątku narażania się na niebezpieczeństwo otrzymania łatki „prawicowego zwolennika polexitu”, chciałbym dokonać coming outu. Otóż uważam ewentualne wyjście Polski z Unii Europejskiej za błąd. Z wielu powodów, głównie gospodarczych i handlowych, ale także dlatego, że nie sądzę, aby Polska była w stanie wytrzymać siłę negocjacyjną urzędników unijnych. Wszyscy pamiętamy słowa negocjatora warunków brexitu ze strony UE, Michela Barniera, który chciał, aby trudności Wielkiej Brytanii stanowiły przykład odstraszający dla wszystkich, którzy chcieliby zrobić coś podobnego w przyszłości. Polski po prostu na to nie stać.

Natomiast nic w rzeczywistości politycznej nie jest wieczne. Na początku 2026 roku amerykański think tank Atlantic Council ogłosił wyniki ankiety przeprowadzonej wśród około 400 politologów z całego świata, których pytano, jaki będzie świat za dekadę. I okazało się, że 22 proc. tych ekspertów stwierdziło, że w tym czasie Unia Europejska może się rozpaść. Zwracam uwagę na horyzont czasowy tej prognozy: nie jest on bardzo długi, co dawałoby możliwość przewidywania na zasadzie „wszystko się kiedyś rozpadnie”. Nie, dekada to okres namacalny, możliwy do przedstawienia w kategoriach realnej prognozy.

Wynik ten pokazuje jedną rzecz: kryzys i rozpad Unii Europejskiej w średnim terminie są całkowicie do pomyślenia dla znaczącej grupy ekspertów. A skoro tak, to dobra polityka i dobra refleksja politologiczna powinny polegać na tym, aby na taką ewentualność się przygotować. Jednym ze sposobów jest obserwowanie czynników sprzyjających rozpadowi Unii i neutralizowanie ich. Procesy polityczne i społeczne w Polsce, także na prawicy, o których pisze Konrad Szymański, są tych czynników skutkiem i nie usunie się ich inaczej niż poprzez zlikwidowanie przyczyn. Może to prowadzić do zachowania Unii w lepszym kształcie, a może też dać efekt polegający na wzmocnieniu pozycji Polski w sytuacji rozpadu wspólnoty. Mam wrażenie, że to, co proponuje Szymański, to refleksja w gruncie rzeczy bezalternatywna, stawiająca na zachowanie Unii per fas et nefas i niebiorąca pod uwagę dynamiki procesów mogących prowadzić do jej likwidacji. To w mojej opinii błąd.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: GazetaPrawna.pl / Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.