Z perspektywy osób działających na rzecz zwierząt pozaludzkich odwrócenia wymaga zasadnicza teza pana Stanisławskiego. To nie język używany przez obrońców zwierząt stanowi problem, lecz język dominujący – administracyjny, łowiecki i przemysłowy – który od dawna systemowo maskuje przemoc i czyni ją trudną do rozpoznania jako przemoc.
Autor ostrzega przed „pomieszaniem języków”, sugerując, że używanie słów takich jak „egzekucja” czy „kara śmierci” wobec dzików jest nadużyciem grożącym relatywizacją ludzkich tragedii. W rzeczywistości jednak mamy do czynienia z procesem odwrotnym: to nie aktywiści przesuwają znaczenia, lecz język instytucji został ukształtowany tak, by rozmywać odpowiedzialność i neutralizować moralny ciężar działań. Wystarczy przyjrzeć się temu, jak mówi się o zabijaniu zwierząt: „pozyskanie”, „odstrzał redukcyjny”, „eliminacja osobników problemowych”, „interwencja”, „humanitarne uśmiercenie”, „usypianie”. Każde z tych określeń usuwa z pola widzenia fakt, że chodzi o intencjonalne odebranie życia czującej istocie. Jeszcze wyraźniej widać to w przemyśle spożywczym, gdzie „produkcja mięsa” oznacza przemysłowe zabijanie, „transport żywca” opisuje przewóz żywych zwierząt na śmierć, a „linia produkcyjna” – taśmowe odbieranie życia. Na poziomie konsumpcji język idzie dalej: „wołowina”, „wieprzowina” czy „drób” odrywają produkt od konkretnego zwierzęcia, „nabiał” ukrywa eksploatację układu rozrodczego krów, a „jaja z chowu” brzmią jak neutralny rezultat procesu technologicznego, nie jak efekt kontroli i wykorzystania żywych istot.
Ten mechanizm został opisany przez Carol J. Adams w pojęciu „nieobecnego desygnatu”. Adams pokazuje, że aby system eksploatacji zwierząt mógł funkcjonować bez większego oporu moralnego, zwierzę musi zniknąć z języka jako podmiot. Zostaje zastąpione produktem, kategorią, surowcem. Dzięki temu można jednocześnie deklarować sympatię wobec zwierząt i uczestniczyć w ich zabijaniu, bo język skutecznie rozdziela te dwa porządki. „Mięso” nie jest już ciałem, „produkcja” nie jest zabijaniem, a „hodowla” nie jest kontrolą i wykorzystaniem życia.
W tym kontekście użycie „mocniejszych” słów przez aktywistów nie jest nadużyciem, lecz próbą przywrócenia adekwatności opisu. Autor przywołuje wydarzenia takie jak rzeź wołyńska, powstanie w getcie warszawskim czy zbrodnia w Buczy, sugerując, że język stosowany wobec dzików może banalizować te tragedie. To jednak zabieg retoryczny, który ma zdyskredytować samą próbę nazwania przemocy wobec zwierząt. Uznanie różnicy skali i kontekstu nie wymaga podtrzymywania fikcji, że w przypadku zwierząt nie dochodzi do aktu przemocy o moralnym znaczeniu. Słowo „egzekucja” nie musi oznaczać zrównania wszystkich form przemocy; może wskazywać na sytuację, w której istota pozbawiona możliwości obrony zostaje celowo zabita przez podmiot posiadający władzę.
Kluczowym punktem sporu pozostaje antropocentryzm, który autor traktuje ironicznie, a który w istocie organizuje cały jego sposób widzenia problemu. To właśnie przekonanie, że tylko ludzkie życie ma pełną wartość, pozwala uznać zabijanie zwierząt innych niż człowiek za techniczny problem zarządzania populacją. Tymczasem dziki w miastach nie pojawiają się w próżni: są skutkiem urbanizacji, niszczenia siedlisk i łatwego dostępu do odpadów. Najpierw przekształcamy środowisko w sposób, który zmusza zwierzęta do adaptacji, a następnie definiujemy je jako „problem” i rozwiązujemy go przy użyciu broni, opisując to jako „interwencję”.
Fałszywa symetria, którą buduje autor, polega na zestawieniu „machismo” zwolenników odstrzału z „radykalizmem językowym” aktywistów oraz osób, które w aktywizm nie są zaangażowane, jednak stoją w opozycji do „ultramęskich” prześmiewców. Jednak między tymi postawami nie ma równowagi: po jednej stronie mamy realne odbieranie życia i przyklaskiwanie temu procederowi, po drugiej próbę nazwania tego działania w sposób, który nie ukrywa jego charakteru. Konflikt nie przebiega więc między dwiema skrajnościami, lecz między praktyką przemocy a jej ujawnieniem i zaprotestowaniem przeciwko niej.
Ostatecznie spór nie dotyczy tego, czy język aktywistów jest „za mocny”, lecz tego, kto ma prawo wyznaczać granice tego, co w ogóle da się nazwać przemocą. Język dominujący działa tu jak filtr: nie tyle opisuje rzeczywistość, ile decyduje, które jej elementy pozostaną widzialne, a które zostaną uznane za neutralne, techniczne lub nieistotne moralnie.
Można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z czymś, co Dariusz Gzyra nazywa „złym dotykiem normy społecznej”. Norma nie tylko dopuszcza przemoc – ona ją organizuje i wygładza, jednocześnie odbierając nam zdolność jej rozpoznania. W efekcie powstaje sytuacja paradoksalna: to nie sam akt przemocy jest uznawany za przekroczenie normy, lecz jego nazwanie. To nie zabicie dzika budzi największy sprzeciw, lecz nazwanie tego „egzekucją”. Nie systemowe zabijanie zwierząt w przemyśle jest „radykalne”, lecz język, który odmawia jego normalizacji.
W tym sensie norma społeczna działa jak filtr percepcji i afektu: określa, kto może być uznany za ofiarę, kto zasługuje na współczucie i żałobę, a kto zostaje z tej wspólnoty wykluczony. Zwierzęta – podobnie jak inne grupy historycznie marginalizowane – trafiają do kategorii istot o niskim „potencjale opłakiwalności”, których śmierć nie „liczy się” społecznie, a skoro się nie liczy, nie domaga się też adekwatnego języka. Dlatego propozycja aktywistów nie polega na arbitralnym zaostrzaniu słów, lecz na przesuwaniu tych granic poprzez podważanie reguł, które od początku wykluczają zwierzęta z pola etycznej uwagi. Jeśli czegoś nie można nazwać przemocą, nie może to stać się przedmiotem poważnej refleksji moralnej. Przywracanie językowi zdolności do ujawniania relacji władzy i zależności – także między ludźmi a zwierzętami – nie jest więc „drogą donikąd”, lecz warunkiem uczciwej debaty.
Z tej perspektywy język aktywistów nie jest przesadą ani „pomieszaniem pojęć”. Jest próbą naruszenia tej normy – przywrócenia widzialności ofiarom, które zostały z niej systemowo usunięte. I właśnie dlatego budzi tak silny opór: bo nie tyle zmienia słowa, ile podważa porządek, który decyduje o tym, czyje życie w ogóle uznajemy za warte nazwania, a czyje można bez większego dyskomfortu zamienić w „produkt”.
Michał Dobrzyński – aktywista na rzecz zwierząt pozaludzkich, współzałożyciel Fundacji „W Imię Zwierząt”, współorganizator Marszu Wyzwolenia Zwierząt, członek Zespołu Zadaniowego ds. rozwiązania nadmiernej ilości dzików na terenie Miasta Krakowa. Pedagog, nauczyciel pracujący z dziećmi i młodzieżą ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu