Polska 2050 była monolitem wpatrzonym w lidera. Wielu ludzi poszło do polityki za Szymonem Hołownią, bo był dla nich autorytetem. Nagle zaczęto się jednak zastanawiać, czy ten autorytet jest adekwatny do oczekiwań. Od tego zaczął się koniec partii. W momencie kryzysu Szymon ogłosił drużynie, której morale spadło, że odchodzi z polityki. To było ogromne tąpnięcie, szok – opowiada Izabela Bodnar, posłanka, która pierwsza opuściła szeregi Polski 2050.
Jak atmosfera w nowym klubie Centrum?
Atmosfera jest naprawdę świetna. Przywodzi mi trochę na myśl początki budowania Polski 2050. Byliśmy bardzo ideowi, zgrani. Takie były początki i taki dokładnie teraz jest klub.
Może dobrymi chęciami jest jednak piekło wybrukowane? Bo tamten poprzedni entuzjazm skończył się katastrofą.
Zaczęło się od błędów Szymona Hołowni. Myślę, że to był początek kryzysu. Mnie do odejścia zmotywowała kampania prezydencka Szymona. Wydawało mi się, że jest bardzo kontrowersyjna i nieodpowiedzialna.
Dlaczego?
Szymon mocno postawił wtedy na siebie, na swoją kampanię. Niestety rykoszetem obrywało się jego kontrkandydatowi Rafałowi Trzaskowskiemu. Szymon powinien mieć z tyłu głowy, że w dłuższym terminie któryś z kandydatów ostatecznie wygra i że sam powinien niwelować ryzyko wygrania Karola Nawrockiego. Zabrakło mu refleksji i grał totalnie na siebie.
To też zrujnowało politycznie Polskę 2050?
Jego wynik był fatalny, więc podważył morale w partii. Zweryfikował postrzeganie Szymona przez ludzi.
Słynna kolacja u europosła PiS Adama Bielana dolała tylko oliwy do ognia.
To był moment przełomowy, który zapoczątkował fatalną serię zdarzeń. Wielu ze mną włącznie, nigdy nie wybaczyło tej nocy u Bielana. Sprawa mocno wstrząsnęła partią. Ludzie byli bardzo skonfundowani, rozgoryczeni. Zadawaliśmy mu pytania.
I co mówił?
Starał się to trochę bagatelizować. Zresztą taką narrację przyjął też publicznie, że jako marszałek będzie się spotykał ze wszystkimi. Wszystko byłoby w porządku, gdyby spotykał się jako marszałek w swoim gabinecie. Oprócz tego, że był marszałkiem, był jednak także szefem partii. Tuż po wyborach prezydenckich emocje w Polsce były bardzo silne, a strona demokratyczna – poobijana.
Wtedy powstało pęknięcie w Polsce 2050?
To była przyczyna mojego odejścia, ale też mocnego spadku poparcia dla partii. Potem miały miejsce kolejne zdarzenia, które to nasiliły. Szymon szybko ogłosił zaprzysiężenie Karola Nawrockiego. Ze strony społeczeństwa było jednak silne oczekiwanie, żeby wyjaśnić wszystkie wątpliwości wokół tych wyborów. To też się w partii nie spodobało. Jego interpretacja, że nie mógł dopuścić do zamachu stanu, także podkopała zaufanie do niego.
Poczuliście się zdradzeni?
Partia już wtedy czuła, że jest w kryzysie, bo z pięciu, a wcześniej ośmiu procent nagle zaczęliśmy balansować na poziomie trzech, dwóch, jednego. Wszyscy czuli to brzemię. To był monolit wpatrzony w lidera, wielu ludzi poszło za nim do polityki, bo był dla nich autorytetem. Nagle zaczęto zastanawiać się, czy rzeczywiście autorytet lidera jest adekwatny do ich oczekiwań.
Paradoksalnie to, na czym zbudowała się ta partia, teraz ją topi?
Tak, to główna przyczyna. Brak refleksji i pokory Szymona. On cały czas nie rozumiał tych błędów.
Momentem zwrotnym była jego zapowiedź wycofania się z polityki?
Od tego zaczął się koniec partii. W momencie kryzysu, słabych sondaży, spadku zaufania, Szymon, namówiony przez Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz, ogłasza drużynie, której morale spadło, że odchodzi z polskiej polityki. To było ogromne tąpnięcie, szok, kolejny etap podkopania jego autorytetu.
Było poczucie, że ucieka z tonącego okrętu?
Jak może lider w momencie, kiedy partia jest w kryzysie, niejako spowodowanym przez niego samego, z takiego statku czmychać?
Jak dużą rolę Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz odegrała w tej decyzji?
Istotną. Szymon sam przyznał publicznie, że bardzo żałuje, że dał się namówić.
Jak klub na to zareagował?
Najpierw było niedowierzanie, wszyscy go namawiali do zmiany zdania i startu w wyborach szefa partii, ale był nieugięty. Wtedy się zaczęła krwawa kampania wyborcza.
W pierwszej turze była klęska urodzaju.
Klęska urodzaju. Stało się jednak coś niesamowitego. Wszyscy ci kandydaci się zjednoczyli, powstał zespół opozycyjny wobec Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. W powietrzu czuć było dużą niechęć do niej. Wszyscy rzucili się sobie do gardeł i zaczęli walczyć ze sobą na śmierć i życie. To była Pełczyńska kontra reszta świata. Wszyscy wiedzieli, że Szymon jest fanem Pełczyńskiej, że to jego kandydatka. On postawił na nią wszystko.
Czyli to było wotum nieufności w stosunku do Hołowni.
Ludzie byli skołowani, w cudzysłowie kochali Szymona, wielu było w niego wpatrzonych jak w idola, bez dystansu. A Szymon postawił na osobę, której nie tolerowali.
Miał przecież świadomość, ze Pełczyńska-Nałęcz ma w partii dużą opozycję. Więc po co to zrobił?
Szymon miał świadomość, że Pełczyńska ma dużą opozycję w partii. I że jest kontrowersyjna, konfliktowa, ludzie jej nie popierają. Ale był z nią ściśle związany, nawet kosztem relacji z Michałem Koboską, którego nazwał potem zdrajcą. Postawił cały swój autorytet na Pełczyńską, wiedząc, że ludzie jej nie kupują.
A co jest w niej takiego kontrowersyjnego?
Jest autorytarna, narzuca wszystkim swoją narrację, swoje zdanie, czuje się liderką, nie będąc posłem. Nie podobało się ludziom, że atakuje, recenzuje i wręcz szantażuje premiera. Wiele osobom leży na sercu demokrację, żeby koalicja była silna, a ona tą koalicją huśtała.
W partii nie podobały się jej starania o funkcję wicepremiera?
Traktowaliśmy to jako festiwal szantażowania premiera, że jeśli nie dostanie stanowiska wicepremiera, to wyjdziemy z koalicji. Ludzie nie godzili się na to. Posłowie pytali, czemu jest taka kłótliwa i gra na siebie. Ona ma coś takiego w sobie, że wzbudza niechęć. Nie umie ludzi konsolidować. Jest skupiona na sobie, na Szymonie. Wszyscy się zorientowali, że partia była tylko trampoliną, by Szymon mógł zostać prezydentem Polski.
Czy w tym czasie ktoś pani mówił, że pójdzie w pani ślady i opuści partię?
Zwątpienie narastało. Dramatem, który naraził partię na śmieszność, była druga tura wyborów lidera, której wyników nie ogłoszono. To był kolejny gwóźdź do trumny partii. Zaczęły się podejrzenia, czy ktoś gmerał przy systemie. Nikt nie uwierzył w to, że to była ingerencja zewnętrzna. Partia naraziła się na śmieszność. Wszyscy czuli się z tym bardzo źle. Posłowie musieli chodzić do mediów i jeszcze tego bronić, choć widzieli, że wszystko się rozsypuje.
To był decydujący moment?
Partia się podzieliła na pół. Połowa była za Pauliną Hennig-Kloską, połowa za Pełczyńską-Nałęcz. Za Pełczyńską byli tzw. szymonici, czyli wyznawcy Szymona. Pojawiła się spiskowa teoria, że ktoś w systemie celowo nie namieszał, by Paulina nie wygrała.
Że wybory mogły być skręcone?
Wiele osób zastanawiało się, czy to rzeczywiście jest tylko kwestia systemu. Zrobił się chaos. I wtedy wszedł Szymon i powiedział, że tatuś wróci.
Za późno?
Najpierw na oczach całej Polski nieudolnie szukał pracy w ONZ. Wszyscy wiedzieli tę żenadę i czuli się bardzo niekomfortowo.
Nie macie teraz w klubie Centrum poczucia, że budujecie coś nowego, niszcząc inny projekt?
Nie, w ogóle nie mamy takiego poczucia. Dołączyłam do kolegów i koleżanek z Centrum dosyć spontanicznie. Oni wcześniej przychodzili do mnie sami, wypłakiwali mi się w mankiet i mówili, że tam się już nie da po prostu porozumieć. To tak jak w małżeństwie, które już się tak skonfliktowało, że lepiej dla wszystkich, żeby się rozeszło. Widziałam, że koledzy się organizują, żeby wyjść. Nawet ci, którzy byli bardzo blisko Szymona. To był naprawdę dla nich strasznie trudny czas. Oni mi teraz opowiadają, jaki horror przeżyli. Emocjonalne nie wiedzieli, co zrobić. Szymon jeszcze wyzywał ich potem od zdrajców.
I ten proces trwał od momentu wyborów, czy to się zaczęło wcześniej?
Te emocje narastały. Natomiast potem, jak już Pełczyńska-Nałęcz została wybrana i zadeklarowała publicznie, że chce skonsolidować zwaśnione obozy, pojawiła się nadzieja, że rany da się zagoić.
Nie trwała długo.
Pojawił się brak zaufania wobec przewodniczącego klubu. Paweł Śliz po prostu mocno opowiedział się po stronie jednej z kandydatek, ale tak drastycznie. Druga strona chciała nowego początku z nowym przewodniczącym. Paweł się nie zgodził, zerwał klub, czarę goryczy przelała uchwała kagańcowa (zamrażająca zmiany kadrowe w partii – red.). Zespół poczuł się potraktowany w sposób niedemokratyczny. Wyczułam, że są zdeterminowani. 14 posłów wyszło, a żeby założyć klub w Sejmie, jest potrzebnych 15.
Wtedy przyszli do pani?
Przyszli mnie poprosić o wsparcie. Ja nie ukrywałam, że kibicowałam akurat tej drużynie, to są ludzie progresywni. Dwa obozy w rozjechały się też programowo. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz chce większej roli państwa w gospodarce, a my jesteśmy wolnościowcami, chcemy wspierać przedsiębiorców, ułatwiać im życie.
Myśli pani, że jest jeszcze ktoś w Polsce 2050, kto się może wahać, czy do was nie przejść?
Myślę, że tam jeszcze może być parę osób, które się zastanawiają, ale my teraz też nie chcemy nikogo namawiać. Najważniejsze, żeby emocje opadły. Za jakiś czas pewnie będzie rozmowa z premierem, bo jeżeli z jednego klubu powstają dwa mniejsze, to wszystkich czeka reorganizacja. Klub Centrum nie jest w tej chwili skoncentrowany na walce o stołki. Pracujemy nad programem, będziemy rejestrować stowarzyszenie, za jakiś czas partię. Na polskiej scenie politycznej bardzo potrzeba nieskrajnego, zrównoważonego ugrupowania.
Wicepremier dla was zamiast dla Polski 2050? Nie wierzę, że to nie jest kusząca wizja.
To decyzja pana premiera. Nikomu się nie podobało to, w jaki sposób Pełczyńska-Nałęcz napraszała się w tej sprawie. To pokrzykiwanie, że wicepremier się jej należy… Był czas, żeby to wynegocjować w umowie koalicyjnej. Trzeba było budować z premierem dobre relacje, a nie go szantażować. Nikt nie lubi być stawiany pod ścianą.
rozmawiała Marta Kurzyńska
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu