W rezultacie wyborów, których druga tura odbyła się 30 października, cała władza przeszła w Gruzji w ręce rządzącej od czterech lat partii Gruzińskie Marzenie, a zdominowany przez nią parlament może bez oglądania się na opozycję zmieniać konstytucję.
Reklama

Zdecydowana wygrana „marzycieli” w pierwszej turze, w drugiej przerodziła się w ich polityczny triumf. W nowym 150-osobowym parlamencie zasiądzie aż 115 „marzycieli”; większość trzech czwartych pozwoli im nowelizować konstytucję i bez zabiegania o poparcie opozycji podejmować najważniejsze decyzje dotyczące spraw państwa.

Poza „marzycielami” w parlamencie zasiądzie też 27 posłów z będącego ich największych politycznym adwersarzem Zjednoczonego Ruchu Narodowego byłego prezydenta Micheila Saakaszwilego (2004-2013), 6 przedstawicieli konserwatywnego i uważanego za prorosyjski Sojuszu Patriotów Gruzji, poseł z również konserwatywnego i sceptycznego wobec Zachodu ugrupowania Przemysł Ocali Gruzję i niezależna posłanka Salome Zurabiszwili (była obywatelka Francji, była ambasador Paryża w Tbilisi i szefowa dyplomacji u Saakaszwilego).

Triumf „marzycieli” jest tym bardziej zaskakujący, że cztery lata ich rządów rozczarowały większość Gruzinów, którzy w 2012 r. oddali na nich głosy, żeby odsunąć od władzy Saakaszwilego i jego „narodowców”. W wyborach sprzed czterech lat, będących przede wszystkim plebiscytem popularności (a raczej niepopularności) Saakaszwilego, „marzyciele” zdobyli więcej głosów, ale mniej poselskich mandatów. „Jednym z najważniejszych powodów ich sukcesu jest rozczarowanie i zmęczenie Gruzinów politycznymi elitami, zarówno rządzącymi, jak opozycją. Siła politycznej inercji zadziałała na korzyść marzycieli. Ludzie uznali, że będą mniejszym złem” – powiedział PAP niezależny tbiliski politolog Ramaz Sakwarelidze.

Na korzyść „marzycieli” zadziałało i to, że są oni typową oportunistyczną „partią środka”, której jedynym powodem powstania była chęć odsunięcia od władzy Saakaszwilego, a jedynym politycznym programem jest utrzymanie i sprawowanie władzy. „Po latach rządów politycznych elit związanych z radykalnym, zachodnim liberalizmem nastał czas konserwatystów, odwołujących się do tradycji, religii i patriotyzmu – mówi Sakwarelidze. – Nie jest to zjawisko gruzińskie, ale światowe, sięgające i USA, i Indii. W Gruzji jego dowodem jest fakt, że do parlamentu weszli posłowie Sojuszu Patriotów, a nie dostali się doń prozachodni liberałowie z Republikańskiej Partii Gruzji czy Wolnych Demokratów. Sześciu patriotów w parlamencie nie będzie mieć żadnego politycznego wpływu, ale ich obecność może służyć za dowód na zmieniające się polityczne epoki”.

Choć polityczni przeciwnicy oskarżają ich o prorosyjskie sympatie, „patrioci”, podobnie jak „marzyciele” i „narodowcy”, opowiadają się za integracją Gruzji z Unią Europejską i NATO. Sprzeciwiają się jednak bezkrytycznej i nadmiernej – ich zdaniem – uległości Gruzji wobec Zachodu. Uważają też, że zabiegając o sojusz z Zachodem, Gruzja powinna dbać o dobre stosunki z Rosją.

„Wielu przywódców marzycieli i w ogóle spora część Gruzinów podziela tę opinię, zwłaszcza że wydarzenia na Ukrainie dowiodły dobitnie, iż wiara, że Zachód obroni nas przed Rosją, była iluzją – mówi Sakwarelidze. – Sądzę, że nowe gruzińskie władze, widząc zmieniającą się sytuację międzynarodową, kryzys, jaki przeżywa Zachód, i zdając sobie sprawę ze spadku znaczenia Kaukazu Południowego dla Zachodu, będą starały się układać relacje z Moskwą, bazując bardziej na swoich siłach i możliwościach, a nie licząc jedynie na skuteczność zachodnich nacisków na Kreml. Nasi sąsiedzi z Azerbejdżanu, będąc w podobnej do Gruzji sytuacji geopolitycznej, od dłuższego już czasu lawirują między Zachodem a Rosją, starając się uzyskiwać dla siebie jak największe korzyści. Gruzja też wyzbyła się naiwnych, jak się okazuje, nadziei, że Zachód odzyska dla nas jedną piątą terytorium naszego państwa, okupowaną przez Rosję (zbuntowane prowincje Abchazja i Południowa Osetia – PAP). Nam w Tbilisi nie trzeba przypominać, że 60 km od naszej stolicy stacjonują rosyjskie wojska. Wydaje mi się, że nad dotychczasową politykę hałaśliwych i wojowniczych deklaracji nowe władze przedłożą taktykę posunięć dyskretniejszych, za to bardziej skutecznych, za których przykład może posłużyć nasza współpraca z Chinami. Podczas gdy Zachód kłócił się z Rosją o Gruzję, Chińczycy po cichu dociągnęli do Tbilisi nowy Jedwabny Szlak, który dalej przez Turcję chcą doprowadzić do Europy. Odnoszę wrażenie, że Rosjanie bardziej będą się liczyć w Gruzji z interesami Chin niż Zachodu”.

Według Sakwarelidzego poza kosmetycznymi, taktycznymi zmianami w polityce zagranicznej pod absolutnymi rządami „marzycieli” można spodziewać się też zmian w konstytucji.

„Obawy, że Gruzja przerodzi się w jednopartyjną dyktaturę, są przesadne. W latach 2008-2012 podobną większość w parlamencie mieli narodowcy, którzy dziś oskarżają marzycieli o dyktatorskie zamiary. Nowe władze ograniczą zapewne władzę prezydenta, który odtąd nie będzie wyłaniany w wyborach powszechnych, lecz przez parlament. Ograniczy to jego niezależność, ale proces przechodzenia od ustroju prezydenckiego do parlamentarno-gabinetowego zaczął Saakaszwili jeszcze w 2010 r., myśląc głównie o swojej politycznej przyszłości” – powiedział PAP Sakwarelidze.

Saakaszwili liczył, że po upływie drugiej i ostatniej prezydenckiej kadencji w 2013 r. będzie dalej sprawował władzę w Gruzji jako premier albo szef rządzącej partii. Plany ten pokrzyżowali mu "marzyciele”, wygrywając w 2012 r. wybory parlamentarne i odsuwając „narodowców” od władzy.

"Marzyciele wycofają też pewnie inną konstytucyjną poprawkę Saakaszwilego, który nakazał przenieść siedzibę parlamentu z Tbilisi do Kutaisi. Niewykluczone również, że zabiegając o względy cerkwi i konserwatywnego elektoratu, wprowadzą do konstytucji zapis, że małżeństwo jest związkiem wyłącznie między mężczyzną i kobietą” - przewiduje Sakwarelidze.