Mike Pence – gubernator Indiany znany z walki o dyscyplinę fiskalną i swego konserwatywnego światopoglądu – został kandydatem na wiceprezydenta. Jego stan jest jednym z najlepiej zarządzanych w USA.
Pence, który wystartuje wraz z Donaldem Trumpem jako kandydat na wiceprezydenta, może przekonać do głosowania na niego konserwatywnych republikanów, jest więc dobrym wyborem z punktu widzenia jedności partii, ale w niewielkim stopniu będzie odbierać elektorat Hillary Clinton.
– Gubernator Indiany Mike Pence był moim pierwszym wyborem. Podziwiam to, co robi, zwłaszcza w swoim stanie – powiedział w sobotę Trump, potwierdzając krążące od kilku dni spekulacje. Ich kandydatury zostaną oficjalnie zatwierdzone podczas rozpoczętej wczoraj w Cleveland konwencji Partii Republikańskiej.
Reklama
Zgodnie z zasadami politycznej sztuki kandydat na wiceprezydenta powinien być możliwie najbardziej różny od potencjalnego prezydenta, czyli być z innego pokolenia, innej części kraju, reprezentować inne skrzydło partii, tak aby maksymalnie rozszerzać elektorat. W przypadku Trumpa ważne jest, by kandydat na jego zastępcę miał doświadczenie polityczne i był akceptowany przez partyjny establishment, bo nowojorski miliarder jest człowiekiem z zewnątrz, nie ma żadnego zaplecza w Kongresie, a część republikanów kwestionuje jego konserwatyzm. Mike Pence te wszystkie warunki spełnia – ma 57 lat, od trzech i pół roku jest gubernatorem Indiany, wcześniej przez 12 lat zasiadał w Izbie Reprezentantów, na dodatek przez dwa lata był w niej jednym z liderów republikańskiej mniejszości, jest zdeklarowanym i konsekwentnym konserwatystą i pochodzi z jednego ze stanów Środkowego Zachodu, regionu, który jest kluczowy dla Trumpa, jeśli chce wygrać listopadowe wybory.

Reklama
Jako radykalny zwolennik obniżania podatków, zrównoważonego budżetu i ograniczenia roli rządu do minimum Pence na początku kariery kongresmana był politycznym outsiderem. Do tego stopnia, że głosował przeciwko inicjatywom ustawodawczym zwiększającym wydatki, które przedstawiał republikański prezydent George W. Bush. Nawet w tak wyjątkowych sytuacjach jak po huraganie „Katrina”, który w 2005 r. spustoszył wybrzeże Luizjany. – Pęka mi serce z powodu „Katriny”, ale z uwagi na nasze dzieci i wnuki nie możemy pozwolić, by przez nią pękł także nasz budżet – mówił wówczas. Był też jednym z zagorzałych przeciwników bailoutu dla banków, gdy w 2008 r. wybuchł kryzys finansowy. Ale to, co kilka lat temu było w Partii Republikańskiej marginesem, dziś jest niemal obowiązującą ideologią. A Pence jako gubernator Indiany udowadnia, że jego pomysły sprawdzają się w praktyce – przeforsował znaczące obniżki podatków oraz zapis w stanowej konstytucji o obowiązku zrównoważonego budżetu i Indiana jest dziś jednym z najlepiej zarządzanych finansowo stanów w całym kraju.
Konserwatystom w Partii Republikańskiej kandydat na wiceprezydenta odpowiada też z powodów światopoglądowych. Mocno deklaruje przywiązanie do wartości chrześcijańskich, jednym z jego priorytetów jest ograniczenie aborcji, m.in. przeforsował w Indianie prawo, które zakazuje przerywania ciąży ze względu na rasę, płeć lub uszkodzenia płodu. Był przeciwnikiem dania parom homoseksualnym prawa do zawierania związków partnerskich, a potem małżeństw, sprzeciwiał się dopuszczeniu osób homoseksualnych do służby wojskowej, a także prawu włączającemu przestępstwa motywowane orientacją seksualną do zbrodni nienawiści. Kwestionuje także to, że zmiany klimatu są spowodowane działalnością człowieka.
Przeciwnik aborcji, służby gejów w armii i związków homoseksualnych
Biorąc pod uwagę, że jednym z głównych zarzutów republikanów wobec Trumpa – oprócz kontrowersyjnych, populistycznych i budzących często niesmak wypowiedzi – jest to, że on nie ma republikańskich poglądów, a konserwatystą stał się koniunkturalnie na potrzeby kampanii prezydenckiej (o czym świadczy fakt, że w przeszłości był zwolennikiem łatwo dostępnej aborcji, a teraz jest temu przeciwny), Pence zdecydowanie dodaje wiarygodności kandydaturze nowojorskiego miliardera. Szczególnie że kandydata na wiceprezydenta mocno popiera partyjne kierownictwo, w tym spiker Izby Reprezentantów Paul Ryan. Powstaje jednak pytanie, na ile Trump i Pence będą tworzyć zgrany i sprawny duet. Wprawdzie jeszcze na etapie wyboru zastępcy Trump mówił o tym, jak dobrze się rozumie z gubernatorem Indiany, ale ich wypowiedzi świadczą, że na niektóre sprawy mają inne poglądy. Trump chce wypowiedzenia umów o wolnym handlu, zwłaszcza NAFTA, na mocy której powstała strefa wolnego handlu między USA, Kanadą i Meksykiem, a Pence jest zwolennikiem liberalizacji w handlu i popierał wszystkie umowy o wolnym handlu, które USA zawierały. Gdy Trump wezwał w grudniu 2015 r. do wprowadzenia czasowego zakazu wjazdu do USA dla wszystkich muzułmanów, Pence nazwał ten pomysł obraźliwym i niekonstytucyjnym. Gdy został kandydatem na wiceprezydenta, Pence trochę zmiękł, mówiąc, że faktycznie trzeba się przyjrzeć, czy umowy o wolnym handlu dobrze służą Ameryce, i że osoby z krajów szczególnie niebezpiecznych powinny mieć ograniczony wstęp do USA, ale wrażenie niespójności pozostaje. Na dodatek problemem w ich kampanii może być nadmierne ego Trumpa, co widać było już przy prezentacji Pence’a. W mowie, która zwyczajowo poświęcona jest zaletom kandydata na wiceprezydenta, Trump zaledwie kilka razy o nim zdawkowo wspomniał, wolał mówić o sobie.
Jest jeszcze kwestia, na ile Pence może zwiększyć elektorat Trumpa. Jego szansą na zwycięstwo jest zdobycie stanów Środkowego Zachodu i przemysłowych stanów z tzw. Pasa Rdzy (Rust Belt), gdzie jest duży odsetek białych wyborców, a stopień niezadowolenia społecznego jest dość wysoki. Kandydat na wiceprezydenta z tego regionu, nawet o tak konserwatywnych poglądach jak Pence, daje na to pewne nadzieje. Z drugiej strony, o wyniku wyborów zwykle przesądzają wyborcy środka, którzy nie są zdeklarowanymi republikanami ani demokratami. W tej sytuacji postawienie na konserwatywnego Pence’a zamiast na kogoś centrowego, który by łagodził wizerunek Trumpa, wydaje się strzałem w stopę. Pence faktycznie nie przyciągnie wyborców centrowych, ale realistycznie oceniając, większość z nich i tak na Trumpa by nie zagłosowała niezależnie od tego, z kim wystartuje. Zresztą Stany Zjednoczone też stają się coraz bardziej spolaryzowane i centrowy elektorat się kurczy.